IWASZKIEWICZ OPOWIEDZIANY CAŁKIEM INACZEJ


Każdego da się opisać komentując jego decyzje, cechy charakteru, postępowanie. Ale można też poprzez rzeczy, również te mało istotne, a nawet całkiem nieważne. Guzik, poplamiony krawat, tubka kremu do golenia, portfel, bilet lotniczy są w stanie powiedzieć więcej niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Przedmioty bywają trwalsze niż ludzie, więc mogą być punktem wyjścia do snucia opowieści o życiu. Każdy z nich to osobna historia, zwykle bardziej zajmująca niż dane biograficzne. Anna Król w swojej książce “Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” wykorzystała ten pomysł, by opowiedzieć o autorze “Brzeziny”. Biografia wbrew schematom? Owszem, i to atrakcyjna, z jedną wszak skazą.

Zwrócenie uwagi na na rzeczy znalezione w Stawisku – domu, w którym Iwaszkiewicz przeżył kilkadziesiąt ostatnich lat życia, owocuje barwną opowieścią o mieszkańcach tej niezwykłej posiadłości znajdującej się w granicach Podkowy Leśnej. Nade wszystko o nim samym. Człowieku pełnym sprzeczności, z wieloma kompleksami, dotkniętym samotnością, lękiem i poczuciem niezrozumienia. Z obsesjami dotyczącymi przemijania, choroby, starości, śmierci. Anna Król, urodzona rok po odejściu pisarza, potrafi o tym wszystkim opowiedzieć bardzo wrażliwie i z wielką czułością.

Autorka pisze o Iwaszkiewiczu także z dużym taktem i dyskrecją, co – jeśli chodzie  o tę postać – regułą wcale nie jest. Zawiedzie się więc czytelnik nastawiony na tanią sensację – na historie o nawrotach psychicznej choroby żony Anny, o Jerzym Błaszyńskim, robotniku z Brwinowa, który był kochankiem Iwaszkiewicza przez pięć lat, o związkach z innymi mężczyznami, o niejasnym epizodzie z Miłoszem. To raczej frapująco napisane świadectwo – mozaika na temat człowieka wymykającego się schematom. Przekonuje mnie komentarz autorki wyjaśniający pomysł na taką opowieść: “Duchy Iwaszkiewicza? Każdy dom ma swoje tajemnice. Żeby je rozwikłać, trzeba porzucić wpajaną nam od dzieciństwa logikę następstwa wypadków. Studiowanie biografii w kolejności występujących w niej zdarzeń miewa mniejszy sens niż przyglądanie się pojedynczym plamom. A chronologiczny układ zdarzeń ma często dużo mniejsze znaczenie, niż nam się zwykle wydaje.”

Od dawna twierdzę, że Iwaszkiewicz – tworzący obok Słonimskiego, Wierzyńskiego, Tuwima i Lechonia legendarną grupę Skamandrytów – jako jedyny z piątki pozostawił twórczość, a zwłaszcza prozę, wciąż żywą i znakomicie opierającą się czasowi. Stąd, z dużym zaciekawieniem przeczytałem fragmenty mówiące o samej czynności pisania. Okazuje się, że pisarz nie używał maszyny do pisania, bo uważał, że „utwór pisany ręcznie i ten sam pisany na maszynie to dwa różne dzieła”. Dzisiaj to pogląd prawdziwie rzadki – klawiatura i ekran monitora zdominowały pisanie, ale zdarzają się jeszcze pisarze twierdzący, podobnie jak  Iwaszkiewicz, że „maszyna zabija natchnienie”.

Przy biurku zasiadał wcześnie rano. Często korzystał z pomysłów zapisanych w nocy. Na nocnym stoliku zawsze czekał w pogotowiu notes i kilka ołówków. Domownicy byli zgodni: «Nie robił z pisania specjalnych ceregieli. (…) Czasem nawet nie rozpoznawał swoich tekstów i kiedy mu się coś przypominało, dziwił się: “Naprawdę ja to napisałem?”»

Pisał szybko. Już po tygodniu światło dzienne ujrzały takie dzieła jak „Wesele pana Balzaca” czy „Panny z Wilka”. A przygotowywał się do nowej prozy bardzo starannie – „rozrysowywał drzewa genealogiczne bohaterów, notował ich imiona i nazwiska, obliczał, ile mieli lat w pierwszych i ostatnich dniach akcji opowiadania czy powieści. (…) Dbał o prawdę historyczną oraz zgodność czasową”.

Używał wyłącznie wiecznego pióra, które zawsze nosił przy sobie. Był przekonany, że gdyby nie ono, nie powstałyby jego najlepsze utwory. Pióro potrzebne mu było jeszcze w jednym celu. Pisarz miał manię notowania. Prowadził w ciągu roku dwa, nawet trzy kalendarze. Zapisywał luźne myśli, fakty, wrażenia ze spotkań, błahostki, które z czasem mogły znaleźć swoją formę literacką. Szanował papier. Nie używał marginesów, pisał ciasno i od razu na czysto. Jedynie w poezji niekiedy przestawiał słowa lub je zmieniał.

Znał wartość swojej twórczości. Czy przekonanie, że nie ustępuje ona utworom Sartre’a, Camusa czy Steinbecka uznać należy za przejaw megalomanii? Nie wydaje mi się. Podobnie rzecz ma się z oczekiwaniem na literackiego Nobla: “Żartował, że nic go nie obchodzi, czy inni go czytają, ale w chwilach szczerości nie ukrywał, że marzy o Noblu.”

W swoich “Dziennikach” napisał: „Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii, ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom”. Czy Anna Król zadała kłam tym przypuszczeniom? Pewnym głosem powiedziałbym, że tak, gdyby nie skaza, a właściwie skazka, o której wspomniałem na początku. Autorka, bez wątpienia, jest Iwaszkiewiczem zafascynowana. Odnoszę jednak wrażenie, że próbuje z autorem “Brzeziny” współzawodniczyć. Nie w jakości literatury, a w wysuwaniu siebie na plan pierwszy. Zdaję sobie sprawę, że jej książka nie jest typową biografią, raczej fabularyzowanym reportażem, ale wymyślane dialogi i fraternizowanie się z pisarzem nieco mnie drażniły (“W zasadzie wszystko się zgadza – potwierdza trafność opisu Jarosław, wyrywając mnie z zamyślenia”.) 

Warto odnotować bardzo staranne, wysmakowane wydanie książki. Świetne fotografie otwierają każdy z trzynastu rozdziałów. Ładny papier i krój czcionki, jasnocytrynowe strony z fragmentami “pobocznymi” cieszą oko.

Dobra, niespieszna lektura o przemijaniu na ciepłe, łagodnie zmierzające ku wieczorowi popołudnie spędzane na łonie natury. Nie tylko dla wielbicieli Iwaszkiewicza. 


  • basetla

    Słyszałam, że pochowano Iwaszkiewicza w górniczym mundurze. Ciekawe dlaczego,czy coś na ten temat Ci wiadomo?

    • Istotnie, pisarza pochowano w galowym mundurze górnika. Wielu traktowało ten pomysł jako świadectwo starczego zdziecinnienia artysty. Pojawiły się nawet głosy, że był to wyraz poparcia zza grobu dla towarzysza Gierka, pochodzącego z Katowic.
      Autorka miała okazję wyjaśnić tę zagadkę w rozmowie z córką Iwaszkiewicza, Marią. Oto, co usłyszała: “Wszyscy byliśmy wtedy zdenerwowani i działaliśmy w pośpiechu. Ponoć Szymon (osobisty kierowca przyp. mój) nie znalazł w szafie ojca żadnego ciemnego ubrania albo takiego, które wydało mu się wystarczająco godne do trumny, i wziął ten mundur. Zresztą ojciec rzeczywiście wkładał go kilkakrotnie w ostatnich miesiącach, raczej dla żartu niż z powodu wielkiej admiracji dla tego stroju. Gdy mówił, że będzie w sam raz do trumny, nie traktował tego jak ostatniej woli.”