JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)


Pełny tytuł brzmi: „Krivoklat czyli ein österreichisches Kunstidyll”. Oryginalniejszy zapewne nieprędko się trafi. W połączeniu z przeczytaną na okładce informacją, że powieść jest pastiszem antymieszczańskiej twórczości austriackiego pisarza Thomasa Bernharda, którą znam jedynie ze słyszenia (dobre powiedzenie w przypadku literatury) daje to całość, nie ukrywam, dosyć niepokojącą. Od czego zaczynać? Nauki niemieckiego, lektury Bernharda i dopiero potem sięgnięcia po Dehnela? Czy solennie obiecać sobie to pierwsze i z poczuciem winy niedouczonego dyletanta najnowszą powieść przeczytać. Pozostając w nieświadomości, co tracę nie będąc poliglotą i nie znając Austriaka postanowiłem jednak zmierzyć się z książką pierwszego dandysa Polski.

Nie, naprawdę nie ma w tym określeniu żadnej ironii. Przeciwnie, konsekwentne kopiowanie ubioru i zachowań dandysowskich przekłada się od początku na dominujący ton twórczości Dehnela, czyli stylizację na przeszłość. Tytułowy bohater powieści, osadzony w czasach nam współczesnych, właśnie w niej szuka ratunku, a przy okazji stawia pytania, co się dzieje ze sztuką i dlaczego tyle wokół niej głupoty. Bardzo to dehnelowskie.

Krivoklat, pacjent Centrum Medycznego Zamek Immendorf, prościej – zakładu psychiatrycznego, między jedną a drugą przepustką wnosi do muzeów pojemniki z kwasem siarkowym i oblewa nim obrazy. Po każdym kolejnym incydencie wraca, rzecz jasna, do Zamku Immendorf. Wszystkie służby muzealne w Europie otrzymują jego fotografię na wypadek ponownych odwiedzin. Po długim czasie, kiedy udaje mu się przekonać lekarzy, że jest całkowicie wyleczony czujność w przybytkach sztuki zdążyła opaść i sytuacja powtarza się od nowa. Jako że jest wytrawnym koneserem i subtelnym znawcą światowego malarstwa bardzo starannie i wnikliwie wcześniej wybiera obrazy, które obleje. („Pochlebiam sobie, że nigdy nie zniszczyłem zwykłego dzieła”). Dlaczego to robi? Chce ukarać, a nawet upokorzyć społeczeństwo, wszystkich „półgłówków, idiotów, tępych zadufków” za ich naskórkowe przeżywanie, prymitywizm, obłudę.

Przyznaję, w wielu miejscach mam ochotę przyznać szaleńcowi rację.

„Kwasowy wandal”, jak go okrzyknęła prasa, naprawdę jest nieszczęśliwym (prawdziwym?) miłośnikiem sztuki, nie potrafiącym zrozumieć (znieść?) współczesnego powierzchownego jej odbioru. Szybkiego przechodzenia w muzealnych salach od obrazu do obrazu z z audioprzewodnikiem zamiast osobistej, głębokiej refleksji nad geniuszem artystów. Przeżycia wmówionego przez głos lektora w słuchawkach, a nie intymnego, mistycznego doświadczenia. Bezmyślnego powtarzania opinii krytyków sztuki („Leonardo, imponująca siła geniuszu, Botticelli, nieziemska słodycz, Rubens, boskie krągłości”), a nie własnego osądu. Przeliczania sztuki na pieniądze, jakby one stanowiły najważniejsze kryterium wartościowania („cała ta medialna obsesja wokół strat, (…) wszystko to zawsze głęboko mnie zniesmaczało, gdyż mam wyrobione zdanie na temat wartości Dürera czy Tycjana, a już zwłaszcza Vermeera”). Sporo w jego monologu irytacji, wzburzenia, ale też melancholii, która stała się znakiem rozpoznawczym twórczości Dehnela, poczynając od debiutanckiej i dotąd najlepszej, moim zdaniem, powieści „Lala”.

Sporo tu poczucia humoru, rubaszności, błyskotliwej ironii. Uczciwość nakazuje jednak dopowiedzieć, że nie jest to lektura łatwa. Problem z nią taki, że albo pochłania bez reszty (tak było ze mną), choć wymaga skupienia uwagi i  koncentracji; Dehnel nie od dziś lubi wywieść leniwego czytelnika na manowce. Albo też, co możliwe, nie przyjmuje się proponowanej wizji świata, krytycznej jego oceny i „Krivoklat” staje się nużącym monologiem wewnętrznym  austriackiego wariata. A właśnie dla tej wizji warto po tekst sięgnąć. Bo to rzecz o sprawach dotykających bez względu każdego, kto ma aspiracje, aby biorąc aktywny udział w życiu kulturalnym samodzielnie i niezależnie je oceniać. Butelka kwasu siarkowego jest znakiem buntu i przeciwko narzucanym interpretacjom, i przeciwko paraliżującej obawie, że własny „amatorski” osąd może być mało finezyjny w zderzeniu z autorytetami. W rezultacie to protest przeciwko pretensjonalności, trzymaniu się bezpiecznych frazesów, ciągłemu pędowi za czymś i zanikowi refleksji nad sztuką i sobą.

Krivoklat decyduje się więc pozbawić muzea arcydzieł, żeby „zadzwonić na trwogę i obudzić ludzkość”. Podobnie myśli jego przyjaciel, poznany również w zakładzie psychiatrycznym, znakomity rysownik Zeyetmayer, który nie został uznanym artystą tylko dlatego, że jego dzieł nikt nie wycenił, nie przeliczył na pieniądze. Obaj nie potrafią zrozumieć (bardziej – nie chcą) reguł rządzących dzisiejszym światem sztuki, w którym doświadczenie mistyczne staje się nieistotne, bo nie daje się wycenić. Ważne jest wykreowanie nazwiska, dzieła na sterowanej przez towarzyską sitwę giełdzie i powtarzanie tych „pewników” przez wszystkich. „(…) przecież to arcy jest doklejane do dzieła zupełnie arbitralnie (…), to znaczy jego arcydzielność nie tyle ogłaszamy, co uznajemy przez aklamację, przyjmując, że arcydzielne jest dzieło, które wszystkim nam opatrzyło się do znudzenia, które jest rozpoznawalne przez wszystkie nauczycielki wychowania plastycznego, reprodukowane w milionie książek o historii sztuki. (…) często bywa, że spotkanie z dziełem daje więcej niż spotkanie z arcydziełem, czy jeśli przyjmiemy inną nomenklaturę, niejedno wiele dające dzieło jest po prostu nieujawnionym, nierozpoznanym arcydziełem.”   

„Krivoklat czyli ein österreichisches Kunstidyll” – rzecz o hipokryzji? Wizjonerstwie? Głupocie? Albo zachowaniu niezależności?  Może o tym wszystkim razem?  Już tylko dla takich pytań i rozterek warto po tę powieść sięgnąć.

I jeszcze jedno. Jeśli rozpoczniesz lekturę, nie przerywaj jej zbyt często. Przeniesienie się na dłużej do cudzej świadomości, swobodne płynięcie z nurtem przeżyć, myślenie Krivoklatem daje dużo intelektualnej frajdy. Po dwóch wieczorach spędzonych w towarzystwie pacjenta domu wariatów, z godziny na godzinę coraz mi bliższego, zadałem sobie jeszcze jedno pytanie. Co znaczy „zdrowy psychicznie”?



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)
26.10.2018
TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016
CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…
17.02.2016