JAK BY MI SIĘ JEŹDZIŁO W PRZEDWOJENNEJ POLSCE


Jeśli podzielić kategorie kierowców na tych, którzy nie lubią jeździć, którzy prowadząc samochód emocji nie odczuwają i wreszcie tych, dla których to frajda i niekończące się spełnianie dziecięcych marzeń, to bez cienia wątpliwości należę do tej ostatniej. Pomyślałem ostatnio, że chętnie pojeździłbym samochodem po Polsce lat międzywojennych – okresie, który od dawna budzi moją fascynację. No właśnie, czy z punktu widzenia współczesnego kierowcy wypad na drogi w latach 1918-1939 byłby na pewno dobrym pomysłem? Poszperałem w różnych źródłach i oto, co wynika.

Zacznijmy od spraw podstawowych: czy byłoby mnie wtedy stać na nowe auto. Mój dziadek Florian zarabiał przed wojną jako kolejarz 200 złotych miesięcznie, co było godziwą pensją. Załóżmy, że poszedłem w jego ślady. Jaki mam wybór? Najtańszym pojazdem w sprzedaży był Fiat 500 kosztujący 3 800 zł. Poniżej 5 000 zł można było nabyć również DKW Reichklasse, Morrisa 8HP oraz Polskiego Fiata 508 III.

 

Najdroższym pojazdem, jaki udało mi się odszukać był Mercedes 320, którego w wersji cabrio wyceniono na 33 500 zł. Powyżej 25 000 kosztowały także Mercedes 260D oraz Adler Diplomat.

 

Tak więc na najtańszy samochód musiałbym odkładać zarobki przez 19 miesięcy, na najdroższy przez 167. Dziś najtańszym pojazdem wyjechałbym z salonu po około roku, o najdroższych lepiej nie wspominać (Maybachem po ponad 300 miesiącach).

 

Mam wymarzone auto, jadę zatankować. Oj, muszę uważać – benzyna jest droga. W czerwcu 1936 roku litr kosztuje 68 groszy. Przeciętnie zarabiający robotnik mógłby sobie za dniówkę kupić około 4 litry benzyny. Jako dobrze zarabiającemu kolejarzowi stać by mnie było na 11 litrów. Czyli za całą pensję zatankowałbym 290 litrów, przy dzisiejszych ok. 700.

Mimo że benzynę mam już w baku, wyjechać na polskie drogi jeszcze nie mogę. Trzeba przecież pomyśleć o wymaganych wówczas opłatach. I tak za auto ważące 1200 kg należało zapłacić aż 180 zł podatku rocznie. Pozbyłbym się w ten sposób niemal miesięcznej dobrej pensji. A gdzie  ubezpieczenie, opłaty rejestracyjne, benzyna, komplet opon, które niszczyły się nieporównanie szybciej niż dziś? Nie sposób zejść poniżej 600 złotych rocznie, a to równowartość pięciomiesięcznej przedwojennej pensji robotnika. Czy może więc dziwić, że automobile były poza zasięgiem zdecydowanej większości mieszkańców kraju.

 

Zaciskam zęby, ograniczam pozostałe wydatki i po opłaceniu wszystkich kosztów dumny wyruszam na przejażdżkę. Z całą pewnością nie poruszałbym się przed wojną po drogach zatłoczonych. W 1938 roku we Francji na 10 000 mieszkańców przypadały 523 pojazdy, w Anglii 511, Niemczech 231, Włoszech 100, Rumunii 13, Czechosłowacji 69, w Stanach Zjednoczonych wprost nieprawdopodobne – 2 288. A w Polsce? Na 10 000 mieszkańców przypadało zaledwie 10 samochodów.

auta retro

 

Atlas dróg samochodowych w Polsce na rok 1939 podaje, że prędkość w terenie zabudowanym była ograniczona do 40 km/h dla samochodów osobowych, ciężarowych na pneumatykach, autobusów i motocykli, a do 20 km/h dla samochodów ciężarowych na obręczach gumowych masywnych. Zaś poza terenem zabudowanym prędkość była ograniczona do 60 km/h dla samochodów, autobusów i samochodów ciężarowych na pneumatykach, a do 40 km/h dla ciężarówek na masywach. Ciężarówki na obręczach żelaznych (!) nie mogły nigdzie przekraczać prędkości 10 km/h.

 

Nie ma co ukrywać, na wielopasmowe, gładkie szosy liczyć nie mogłem. Byliśmy młodym państwem, wciąż na dorobku, dawała o sobie znać spuścizna wyniszczających rozbiorów, a drogownictwo było zawsze drogie. Polska w latach 1928-1937 na budowę dróg wydała ok. 500 milionów złotych. Dla porównania Niemcy tylko w dwa lata 1934 i 1935 na ten cel przeznaczyły 3,3 miliarda złotych. Pod koniec 1939 posiadały 3300 km autostrad, podczas gdy Polska dopiero je planowała ( na pierwszą quasi-autostradę, czyli słynną gierkówkę, czekaliśmy do 1976 roku).

 

Tak opisał jedną ze swych inspekcji po kraju minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj-Składkowski: „Prowadziłem mozolnie samochód do stacji kolejowej Nałęczowa po straszliwie wyboistej, szerokiej, nieuregulowanej drodze, gdzie w jesienie bryczki i dorożki łamały resory i tonęły w błocie. Niestety, nic nie zmieniło się od czasów rosyjskich. Nie ma nawet porządnych rowów po bokach okropnej drogi. To ciągle dawny »Prywislinskij Kraj«, o który nikt nie dbał – myślałem rozgoryczony. Moskale puścili linię kolejową w bok uzdrowiska, bo nie dostali łapówki, a Polska dotychczas nie pomogła, by choć dojazd porządny zapewnić licznie zjeżdżającym kuracjuszom. A przecież zarząd uzdrowiska i gmina Nałęczów własnymi siłami szosy wybudować nie mogą. Stąd kuracjusze wracając do domów opowiadają o fatalnej drodze jako świadectwie »polskiej gospodarki«”

 

Małgorzata Szejnert w fascynującej opowieści „Usypać góry. Historie z Polesia” opisuje wyprawę Amerykanki Luise Boyd po polskich Kresach w latach 30. XX wieku. Na Polesie podróżniczka przyjechała własnym packardem z kierowcą. Nieposkromiona fantazja albo czyste szaleństwo – inaczej pomysłu nie sposób nazwać. Czy wiedziała, że na powierzchni Polesia liczącej 42  000 km² dróg bitych było zaledwie 710 kilometrów, a trzy powiaty: piński, łuniniecki i stoliński wcale ich nie miały?

Oddaję głos Szejnert: „Kiedy Louise z Percym wjeżdżali do Polski mieli cztery świeże opony i dwie zapasowe. Kiedy wyjeżdżali, wszystkie były zdarte do spodu. Percy załatał trzynaście dziur od hufnali w końskich kopytach zatopionych w błocie na drogach. (…) Percy prowadził ostrożnie, ale już sam widok packarda płoszył ludzi i konie, tym silniej, im dalej od miast. Ludzie najpierw się bali, potem gromadzili zaciekawieni. Konie uciekały z drogi na pole, ciągnąc furmanki albo stawały dęba przed maską.”

Czy nadal marzę o przejażdżce samochodem po drogach przedwojennej Polski? Trochę mi przeszło. Wybieram ówczesne pociągi. Nie dość, że słynęły z punktualności, to podróż Luxtorpedą z Krakowa do Zakopanego zajęłaby 2 godziny 44 minuty, dziś najszybszy Intercity pokonuje ją 14 minut dłużej. Z Warszawy do Radomia jechałbym 1 godzinę 15 minut, dziś – 26 minut dłużej.

 

Źródła:

Jan Kłos, Motoryzacja Polski w świetle prawdy i faktów, 1934

ATS Auto i Technika Samochodowa, nr 12, grudzień 1936

ATS Auto i Technika Samochodowa, nr 11, listopad 1938

Atlas dróg samochodowych w Polsce, 1939

Henryk Chudziński, Motoryzacja Niemiec (referat wygłoszony na posiedzeniu Rotary Club Gdynia 4.IV.1936 r.)



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

AUTOSTRADY. JAK TO SIĘ ZMIENIŁA POLSKA
05.09.2019
MERCEDESY TRZY. ALE ZA TO JAKIE!
28.02.2019
UCZTA DLA OKA. MERCEDES RETRO – ODSŁONA DRUGA
30.11.2018
POWAB DETALU CZYLI PONOWNIE O MOTOCYKLACH
03.07.2018
MOTOCYKLE. NIE JEŻDŻĘ, A UWIELBIAM
12.06.2018
FIAT 126p – MAŁY NARODOWY SYMBOL
14.08.2015
Wnętrze samochodu
CZY AUTO MOŻE BYĆ GRATEM
18.07.2015