JAK NA BLOGU MINĄŁ STYCZEŃ? PORA SPRAWDZIĆ


Czy to możliwe? Dopiero co pisałem o rozpoczynającym się karnawale, a tu na horyzoncie wyraźnie majaczy jego popielcowy koniec. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by w ostatnich dniach, a dla niektórych i niezliczonych następnych, wykorzystać pewne wskazówki. Te, których na początku miesiąca, korzystając z mądrości przodków, udzieliłem. Żeby sobie pomóc nie trzeba od razu szukać nóg jaskółczych i sowich jaj. Istnieje dużo łatwiejszy sposób na „obaczenie prawdy”. Zresztą, co będę opowiadał. Przekonaj się sam, o czym mówię. Styczeń całkiem świadomie i przezornie od tego zaczynałem.

drink jpg.

Nie tylko z karnawałem związane były moje spostrzeżenia na temat zachowania w restauracji, która w tytule funkcjonuje bardziej jako hasło wywoławcze. Wymieniłem dziesięć (aż, tylko) przykładów, które mnie zadziwiają, zaskakują, wprawiają w osłupienie albo mocno irytują. Nie przyszłoby mi na myśl przed publikacją, który z omówionych punktów wzbudzi największe ożywienie wśród komentatorów. Jeśli już czytałeś, przypominam – to ten o talerzach.

restauracja jpg.

Pozostańmy jeszcze chwilę w kręgu „lokalowym”. Często w takich miejscach zamawiamy kawę. Przyznając się do nałogowego jej picia wiedziałem, że przynosi zbawienne skutki, tylko nie miałem na to dowodu. A wystarczyło jedynie sięgnąć do „Opiekuna Domowego”. Fakt, może nie najnowszego numeru, bo z 1866 roku, ale przecież prawdziwa nauka dat się nie boi.

opiekun domowy jpg.

Mam więc wspaniałą wiadomość dla pijących kawę. Obiecują w „Opiekunie” – nie zostaniemy kretynami. W tekście liczne (prawie) naukowe przykłady na potwierdzenie tej diagnozy i sekretu długowieczności. Założę się, nie wiedziałeś, że w Szwecji żyje mężczyzna, który od dwustu lat codziennie ją pije.

czarna kawa w eleganckiej filiżance

Wiadomo jednak, nie samą kawą człowiek żyje. Poważne, dobrze udokumentowane badania dowiodły, że dłużej pożyje osoba w stanie lekkiej głodówki, w szczęśliwym małżeństwie, jeśli jest religijna i lubi pracę fizyczną. Piszę również o pewnym teście, który polega na przejściu sześciuset metrów pieszo. Do kogo adresowany i o czym informuje? Sprawdź, a przy okazji rzuć okiem, jakie profity przynosi taniec i krzyżówki. Na zdrowiu, jak mówi porzekadło, nie warto oszczędzać. Również czasu. Lektura wpisu zajmuje dwie minuty.

A właśnie, o lekturach. Było ich w styczniu mało. Jedna, ale mocno wstrząsająca. Myślę o reportażu Tadeusza Biedzkiego „W piekle eboli”. Z dziwnego zakątka Afryki, zapomnianego przez świat, w którym – jeśli nie byłoby ryzyka rozprzestrzenienia się wirusa – całe tamtejsze narody mogłyby wymrzeć bez medialnego rozgłosu, jaki towarzyszy nieporównanie mniejszym dramatom w krajach bogatych. A także o tym, jak poprawność polityczna potrafi skutecznie tłamsić prawdę. Niby nic nowego, ale jeśli w grę wchodzi los tysięcy, beznadziejność ich egzystencji, cierpienie i śmierć – to ten specyficzny rodzaj oszustwa robi jeszcze większe wrażenie.

w piekle eboli jpg.

Opisany przez Biedzkiego paniczny strach Afrykanów przed zarażeniem dokładnie przypomina psychozę przerażenia w średniowiecznej Europie. Tyle że śmiertelne żniwo zbierała tam nie ebola, a „czarna zaraza” – dżuma. Jak powracające epidemie kształtowały stosunek do spraw ostatecznych i wpływały na rozwój ówczesnej medycyny piszę zafascynowany od lat tą niezwykłą epoką. Wiesz, jaki niezwykły środek znieczulający miał średniowieczny anestezjolog? A jaki rodzaj broni bakteriologicznej wymyślili oblegający Genueńczyków Mongołowie?

Ze średniowiecza przenieśmy się w czasy (prawie) współczesne. Dwunastego stycznia zrobiłem mały przegląd prasy warszawskiej, też z dwunastego stycznia, ale roku 1871. Mówię Ci, tamta ciekawsza od współczesnej. Policja była skuteczniejsza, służby sanitarne sprawnie działające,  alkohol tańszy, a teatry wystawiały sztuki (co, udowadniam, dziś wcale regułą nie jest). Gdyby nie  paskudne zniewolenie rosyjskim zaborem żyłoby się całkiem znośnie.

gazeta warszawska jpg.

Sporo, jak zwykle, fotografii. Wśród niemal stu czterdziestu dominują zimowe krajobrazy jurajskie. Dwa wpisy na ten temat poprzedziłem krótkim poradnikiem fotografowania w nietypowych warunkach, jakie ta pora roku przynosi. Niebezpieczeństw czyha więcej niż w pozostałych razem wziętych. Zignorowanie kilku z nich grozi powrotem do domu z pustą kartą pamięci albo z materiałem tak nieudanym, że połączone photoshopowe siły nic nie poradzą.

park zima jpg.

Pół roku trwała przerwa między letnią a zimową sesją na Górze Zborów, w samym sercu Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W części pierwszej opowiadam, dlaczego w te okolice warto przyjeżdżać zawsze, nawet w pozornie niefotogeniczne marce i listopady. W drugiej skupiam się bardziej na tegorocznych planach związanych pomysłem zupełnie prywatnej promocji tego wciąż niedocenionego zakątka Polski. I dokładnie wyjaśniam, o co chodzi z listą dziewięciu średniowiecznych zamków i jednym renesansowym. A czym różni się jurajski styczeń od lata można zobaczyć sięgając do sierpniowego reportażu.

okolice gory zborow zima

okolice gory zborow na jurze

Tak już jest. Żeby wykonać porządne zdjęcia trzeba nierzadko wyruszyć samochodem w ciemną noc. Śpioch-fotograf zwyczajnie ma ciężko. Postanowiłem zebrać swoje doświadczenia kierowcy i spisać je w dziesięciu punktach. Niby niewiele brakuje, a nocna jazda mogłaby łatwo zamienić się w spokojną, relaksującą podróż. Dlaczego nie może?

Na szczęście, Muzeum Śląskie działające od ubiegłego roku w Katowicach w nocy jest na głucho zamknięte. A w ciągu dnia, miesiąc temu, otwarto tu ciekawą wystawę sztuki współczesnej „Z głębi”. Ciekawą, bo rzadko zdarza się, aby w jednym miejscu zgromadzono prace czołówki polskich twórców sztuk plastycznych, którzy nie tylko wybrali po jednym dziele wyłącznie na potrzeby konkretnej ekspozycji, ale i opisali je z podobnym zaangażowaniem, choć mam wrażenie, językiem niekiedy zbyt hermetycznym dla przeciętnego miłośnika sztuki. Zobaczyć można jeszcze tylko do końca lutego.

wystawa "w glebi" w muzeum slaskim

Skoro o języku. Zaciekawiło mnie, w jakiej kondycji znajduje się współczesna polszczyzna i czy jest językiem bogatym. Dlaczego odpowiedź musi być tak niejednoznaczna i co mają ze sobą wspólnego: flaba, gymba i flinta przeczytasz, zastanawiając się pewnie nad pytaniem: a ja iloma słowami posługuję się na co dzień? I na to próbuję udzielić odpowiedzi. Zupełnie nieliczni skupiają się natomiast na wykorzystywanych w swoim języku potocznym frazeologizmach. W pięciu wpisach udało mi się do tej pory rozwikłać ponad czterdzieści. Z mojej sondy wynika, że w ostatnim ranking zaskoczenia wygrywa samotny palec.

słownik jpg.

Co w dłuższym, tegorocznym lutym?  Rozpocznę od relacji z jednej z najpiękniejszych wystaw, jakie w ostatnich latach zwiedziłem, potem reportaże, recenzje (w księgarniach niebywały urodzaj świetnych tytułów), a także o prognozach na temat wynalazku samochodu w polskiej prasie. Czyli, jak przewidując przyszłość można się z kretesem pomylić.