JAK SIĘ ŻYJE PO KONKURSIE CHOPINOWSKIM


Ciężko. Z mozołem i niechętnie wracam do rzeczywistości. Zakończony dopiero co XVII Konkurs Chopinowski uzmysłowił mi rzecz niełatwą do wyobrażenia. Na kilkanaście dni możliwe jest cudowne oderwanie się od łoskotu medialnej przyziemności. Można sobie, niczym wolny ptak, szybować swobodnie nad nią. W niezmąconej radości unosić się w rejonach wysokiej sztuki, której piękno wzrusza również muzycznego laika, jakim bez wątpienia jestem. Niestety, czysta, żeby nie powiedzieć, przeczysta przyjemność słuchania muzyki Chopina w Konkursie przeszła do historii. Pozostaje pięć lat oczekiwania na następny.

I. Rywalizowało siedemdziesięciu ośmiu pianistów z dwudziestu krajów. I kilkoro komentatorów w studiu telewizyjnym.  Dla kogoś, kto znajduje się poza środowiskiem muzycznym, ich oceny, rozmowy były tak frapujące i przykuwające uwagę, że dziś jestem małym chopinologiem. A po dokształceniu, które sobie obiecuję /dwie biografie kompozytora autorstwa Iwaszkiewicza i Ekierta czekają/ będę większym. Był to czas solidnej edukacji muzycznej, dzięki której tacy jak ja mogą być, stwierdził jeden z prowadzących: “głębiej osadzeni w klawiaturze”. Prowadzone dyskusje, o natężeniu godnym emocji sportowych, stanowiły też przy okazji dowód, że – przy stanowczości sądów i niezgodzie na opinię drugiego – można wypowiadać własne zdanie posługując się językiem eleganckim, stonowanym. Pozbawionym agresji, osobistych ataków i satysfakcji, że wdeptało się oponenta w ziemię.

II. Muzykolodzy zgodnie przyznali, że poziom Konkursu był najwyższy od wielu lat. Zgadzam się, bo jako muzyczny amator dałbym wszystkim już w drugim etapie pierwsze nagrody. Najlepszy, według jurorów, okazał się Koreańczyk Seong-Jin Cho. Otrzymał Złoty Medal, trzydzieści trzy tysiące euro, nagranie płyty dla Deutsche Grammophon  i dostęp do najbardziej prestiżowych sal koncertowych świata. Moja faworytka, ezoteryczna Amerykanka Kate Liu musiała się zadowolić trzecim miejscem. Mocno zawiedziony Krzysztof Nehring, jedyny Polak ze startującej czternastki pozostał jedynie z Wyróżnieniem i Nagrodą Publiczności. Następcy Haliny Czerny-Stefańskiej /1949/, Adama Harasiewicza /1955/, Krystiana Zimermana /1975/ i Rafała Blechacza /2005/ przychodzi wypatrywać w 2020 roku.

III. Z dużym rozczarowaniem obserwowałem słabą promocję tego wydarzenia w środkach przekazu. Organizujemy raz na pięć lat najbardziej prestiżowy chopinowski konkurs pianistyczny, mamy do czynienia z największym wydarzeniem kulturalnym tego roku w Polsce. Powinny mu towarzyszyć plakaty, billboardy, reportaże i liczne relacje w programach publicznych. To, że tak nie jest zdaje się być znakiem czasu. W jednym z serwisów informacyjnych zauważyłem kilkusekundową migawkę z finału II etapu już pod sam koniec programu. Po dłuższej relacji z wyścigów psów w łapaniu gumowych piłeczek.

IV. Wspaniałe były emocje związane z oczekiwaniem na finałowe wyniki Konkursu. Z przekazów na Facebooku wynikało, że nie tylko mnie udzielił się nastrój świątecznego wyczekiwania i sportowego napięcia. Wpisy typu: “Warszawo, ja o piątej muszę wstać!”, “Nawet mój dziewięcioletni syn czeka”, “My emeryci mamy dobrze, możemy czekać i tak nie możemy spać” przekonywały, że tej nocy jest nas spora grupa.

V. Ktoś w studiu powiedział, że Fryderyk Chopin wyraził w swojej muzyce wszystko, co chcemy o życiu wiedzieć. Zabrzmiałoby to może jak mocno górnolotny frazes, gdyby nie wzruszenia, jakich dostarczyło śledzenie zmagań. Dla mnie to zdanie jest potwierdzeniem, informacją. W takim razie przychodzi do głowy myśl, że werdykt jurorów dotyczy w małym jedynie stopniu biegłości technicznej – ta powinna być oczywista po surowej weryfikacji ponad siedmiuset chętnych do wzięcia udziału w konkursie – ale przede wszystkim zdolności wnikania w rejony metafizyczne, doświadczenia niecodzienne. Objawienia nie zawsze dostępne dla każdego. Zarezerwowane dla garstki. Chłopak, który wygrał ma dwadzieścia jeden lat. Wygląda na gimnazjalistę.

VI. Zjawiskowa jest dla mnie powszechność dotknięcia sztuki wysokiej przez miliony na całym świecie. Dlatego będzie mi brakowało tej wspólnotowej przygody: przeżywania piękna niezależnie od wieku, części świata i tradycji. Zabraknie mi też rozwijających rozmów w TVP Kultura, dzięki którym mogłem coraz bardziej świadomie – znów się posłużę pojemnym i barwnym cytatem eksperta – “wychodzić z chopinowskiego podglebia”.

Konkurs Chopinowski już za nami. Następny się zbliża. Wracam, w oczekiwaniu, do nagrań płytowych, książek muzycznych i rejestracji występów. Już za niespełna pięć lat nowe emocje!

Czy nastrój muzycznego święta też Ci się w ostatnich dniach udzielił?

O Konkursie pisałem tuż po inauguracji. Zerkam na ostatni akapit. Och, z tą ulgą miałem rację.

http://secundum.pl/konkurs-chopinowski-czyli-swieto/