JAK SIĘ ŻYŁO W ŚREDNIOWIECZNYM MIEŚCIE?


Wcale nie tak ciężko, jak uważa wielu powtarzających frazesy o ciemnocie średniowiecza. Profesor Henryk Samsonowicz, wybitny polski mediewista, w książce „Życie miasta średniowiecznego” pisze, że wbrew pozorom różnic jest niewiele. Podstawowa funkcja pozostała ta sama. I średniowieczne miasto, i obecne, są w tym samym stopniu  „przyspieszaczami historii”. Bo istota sprawy to nie technologiczny postęp, a człowiek. Tylko skupienie w jednym miejscu wielu ludzi, ich wzajemne kontakty przyczyniają się do cywilizacyjnego rozwoju.

W wiekach średnich nawet bardziej niż dziś. Z prozaicznego powodu – słabe zaludnienie powodowało, że o relacje z innymi było zwyczajnie trudno. Szanse dawały jedynie miasta. Poza nimi było pustawo. Z Gdańska do Rzymu jechano konno pięćdziesiąt dni, do Wrocławia z górą tydzień. Informacja przemieszczała się z prędkością około trzydziestu kilometrów dziennie.

Gdzie, jak nie w miastach, miały się ścierać nowe idee? Gdzie miały się ożywczo mieszać kultury i obyczaje? Miejskie mury służyły nie tylko obronie przed najazdami obcych, ale łączyły wspólnotę mieszkającą wewnątrz. Dawały poczucie emocjonalnej przynależności do grupy – były „małymi ojczyznami”. Właśnie dzięki temu, jak powiada Elżbieta Cherezińska, autorka powieści historycznych, „każda europejska metropolia tkwi korzeniami w mieście średniowiecznym, wyrastając z niego jak fantastyczna roślina z ziarna, które nie zostało zasiane przypadkiem.”

Warto jednak pamiętać o kilku faktach. Większość miast skupiała od 100 do 400 mieszkańców. Spośród około 700 istniejących w Polsce na przełomie XIV i XV wieku, prawie 600 stanowiły właśnie takie ośrodki. Nie liczebność więc, a zawody mieszkańców i układ urbanistyczny decydował o tym, że takie miejsce nie było wsią.

Główny trakt zabudowany był niskimi, drewnianymi budynkami. Prowadził do rynku, murowanego często kościoła i karczmy. Samsonowicz pisze, że wielu artystów, zwłaszcza malarzy, zarówno w średniowieczu, jak i później, idealizowało miasta, przedstawiając je jako pełne pięknych murowanych budynków. Należy do tego podchodzić krytycznie, dominowała bowiem chaotyczna zabudowa drewniana, co powodowało, że wybuchające często pożary błyskawicznie zamieniały wszystko w zgliszcza.

Niezależnie od wielkości, wszelakie skupiska przyciągały włóczęgów – ten obraz przemieszczających się nieprzerwanie tabunów ludzi ubogich, wędrujących od miasta do miasta w poszukiwaniu pracy, jałmużny albo łatwego zysku, był bardzo charakterystyczny. Samsonowicz dodaje, że „coś takiego jak dorobienie się w tamtych czasach nie istniało. Więc gdy straciło się swoją pozycję społeczną (a było o to wyjątkowo łatwo, przyp. mój) powrót do niej był praktycznie niemożliwy. Między innymi stąd właśnie brali się włóczędzy, którzy chcieli spróbować odmienić swój los.”

Większość średniowiecznych annalistów, często bardzo precyzyjnych, nawet nie zadaje sobie trudu, by odnotować ilość przybywających do miast żebraków. Jeden z kronikarzy „notujący napływ gości do Konstancji w 1414 roku z okazji soboru powszechnego skrupulatnie zaznacza, że przybyło m.in. 23 kardynałów, 27 arcybiskupów, 106 biskupów, 28 królów, 78 hrabiów, 350 przekupniów z pachołkami, 160 piekarzy, 170 krawców, 336 balwierzy, 516 trębaczy i kuglarzy oraz 718 prostytutek. (…) nie wymienia żebraków. A przecież udział ich w codziennym życiu miasta, był obowiązkowy. Dzięki nim można było spełniać dobre uczynki udzielając jałmużny.”

Co jedli najbiedniejsi? Z reguły potrawy mączne: przaśny chleb, raczej przypominający podpłomyk niż dzisiaj znane pieczywo, mączną polewkę, kaszę jaglaną albo jęczmienną. Napojem równie powszechnym jak dzisiejsza herbata albo kawa było piwo. I to mocne piwo, bo z zawartością alkoholu dochodzącą do 20%.  Niewiarygodne, ale źródła donoszą, że aż 60% wydatków konsumpcyjnych w Polsce przeznaczano na ten napój. Mięso jedli lepiej sytuowani stosując przyprawy korzenne w ilościach dla nas niewyobrażalnych.

O wiele łatwiej opisać miasta duże, powyżej 1000 mieszkańców. Zawsze występował tam rozległy rynek z domami zawodowych kramarzy, pełniący rolę centrum handlowego, administracyjnego, rozrywkowego i towarzyskiego (na nim odbywały się egzekucje). Tu schodziły się drogi handlowe, tu najbogatsi mieszczanie budowali swoje siedziby. Często na środku stał, najpierw drewniany, z czasem coraz bardziej okazały ceglany albo kamienny, ratusz. W pobliżu nie mogło zabraknąć kościoła.

Wyglądałoby to wszystko bogato i okazale, gdyby nie wygląd ulic. Miasta we Włoszech od antyku brukowały nawierzchnie dróg. Na północy Europy robiono tak dopiero od XIV wieku. Wcześniej ulice pokryte były grząskim błotem, a z boków, w rynsztokach płynęły ścieki. Czasami, żeby mieszkańcom ułatwić życie, stawiano drewniane podesty. Z tamtych czasów pochodzi w języku polskim słowo bruk, od niemieckiego brücke – most.

A co wewnątrz domów? Inaczej niż dzisiaj, o wiele bardziej dbano o pokazanie się w kosztownych strojach niż przykładano do wystroju komnat. Zwłaszcza początki były skromne. Jedna izba musiała wystarczyć za kuchnię, sypialnię i miejsce pracy. Przybywało służby, domowników – trzeba było dobudować kolejny budynek od strony podwórza, gdzie znajdowały się już stajnie i obory. Coraz okazalsze domy z frontu świadczyły o pozycji i zamożności właściciela.

Ściany pomieszczeń bielono wapnem, podłogi pozostawiano gliniane lub wykładano kamieniem. Meble – stoły, ławy i skrzynie były proste, ale masywne. Może zaskakiwać, ale właśnie skrzynie, w których przechowywano niemal wszystkie ruchomości, były znakiem zamożności gospodarza domu. Jedynie najbogatszych stać było na lustra, tkaniny albo „święte” obrazy. I jedynie tacy mogli sobie pozwolić na oświetlanie wnętrz kosztownymi świecami z wosku. Pozostali używali lampek oliwnych, smolnych drzazg, a biedni nie oświetlali pomieszczeń niczym.

Przy zawieraniu małżeństw miłość nie zawsze odgrywała decydującą rolę. Często chodziło o korzyści materialne czy koligację z możnym rodem. Z zachowanych testamentów, tablic genealogicznych wynika, że rodziny najbogatszych mieszkańców składały się z rodziców oraz sześciorga do ośmiorga dzieci o dużej rozpiętości wieku. W średniozamożnym mieszczaństwie przeciętna liczba członków rodziny rzadko przekraczała 4-5 osób, w rodzinach plebejskich 2-3 osoby. Biedota, ale także liczni czeladnicy, marynarze, najemni żołnierze, często żyła samotnie.

Znalazłem w książce Samsonowicza zdanie mówiące o tym, że w miastach o wiele wyraźniej niż na wsi, gdzie szacunek i prestiż opierał się na tradycji rodzinnej, o pozycji człowieka decydowało bogactwo.

Czy coś od średniowiecza się w tej kwestii zmieniło? Przywołuję obrazy mieszkańców polskiej wsi i miasta – ich zmieniającą się mentalność, obyczaje, wartości. Choć na początku odpowiedziałem na to pytanie przecząco, po głębszym namyśle jestem tych różnic coraz mniej pewny.

Henryk Samsonowicz, Życie miasta średniowiecznego



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

TOMASZ GAŁUSZKA OP „INKWIZYTOR TEŻ CZŁOWIEK” (RECENZJA)
04.01.2017
ZAMEK MIRÓW. BĘDZIE NOWY? JAK NOWY?
17.10.2016
rotunda swietego mikolaja w cieszynie
ŚREDNIOWIECZE ALBO O ŻYCIU I BARDZIEJ O ŚMIERCI
20.01.2016
TYNIEC – RADOŚĆ ŚREDNIOWIECZA (I)
15.10.2015
Zamek w Będzinie
MIASTO KRÓLEWSKIE BĘDZIN
16.08.2015
Średniowieczne mury obronne w Olkuszu
DLACZEGO TĘSKNIĘ ZA ŚREDNIOWIECZEM
28.07.2015