JEDEN DZIEŃ IWANA DENISOWICZA. OPIS SYSTEMU, KTÓRY TRWA


Czy to możliwe, aby w jednym, niewielkim opowiadaniu zdemaskować nikczemność całego systemu? Bez pouczania, mentorstwa, przyznania sobie przywileju wszechwiedzy narratora? Owszem, ale przy spełnieniu dwóch warunków. Posiadania literackiego talentu i osobistych, życiowych doświadczeń, które tekst uczynią krystalicznie wiarygodnym (a w kwestii nieprzemijającej witalności totalitarnego  systemu w Rosji – niemal profetycznym). Oba kryteria spełnił Aleksander Sołżenicyn. I dlatego „Jeden dzień Iwana Denisowicza” odbija się w pamięci tak mocną pieczęcią.

Co ciekawe, nie znajdziemy w utworze scen okrutnych, bestialstwa, zwierzęcego sadyzmu. To my musimy, spokojny i na pozór beznamiętny realizm w opisie jednego dnia życia Iwana Denisowicza Szuchowa,  przełożyć na własne emocje. Kim jest bohater? To prosty, niewykształcony chłop, który wcielony w czasie II wojny światowej do wojska, dostał się w niemieckie okrążenie. Udaje mu się uciec. Wraca do swojego oddziału i zostaje oskarżony o szpiegostwo.

„Z akt by wynikało, że Szuchow poszedł siedzieć za zdradę ojczyzny. Przyznał się, że owszem, poddał się do niewoli pragnąc zdradzić ojczyznę, że potem wrócił z niewoli, żeby wypełnić zadanie niemieckiego wywiadu. Jakie to miało być zadanie, tego już ani sam Szuchow nie potrafił wymyślić, ani śledczy. Więc napisali po prostu tak: zadanie” .

Z dziesięcioletnim wyrokiem trafia do łagru. Takich jak on, całkowicie niewinnych, choć oficjalnie wrogów ludu i zdrajców, są w tym czasie w sowieckim gułagu miliony. Sam wcześniej niewiele świata widział, tu odizolowany został od niego bez reszty. Obóz to cały i jedyny kosmos, a dzień jest, według szatańsko rozpisanego scenariusza, całym życiem. „Tak się żyje, z mordą przy ziemi, i nie ma czasu, żeby pomyśleć ani jak człowieka posadzili, ani kiedy stąd wyjdzie”.

Sołżenicyn pisze, że pomysł na „Jeden dzień Iwana Denisowicza” narodził się w kolejnym obozie, do którego skierowano go w 1952 roku. Tam został, podobnie jak Szuchow, murarzem.

„Był to normalny obozowy dzień, ciężki jak zwykle. Pracowałem: pomagałem nosić pełne zaprawy. Pomyślałem, że jest to sposób na oddanie pełni obozowej rzeczywistości. Oczywiście mogłem opisać wszystkie dziesięć lat łagrów, mogłem napisać całą ich historię, ale wystarczyło zrobić wszystko w jeden dzień, pozbierać najrozmaitsze okruchy (…) i opisać jeden dzień od rana do nocy w życiu najprzeciętniejszego pod każdym względem więźnia”.

Poznajemy te kilkanaście godzin i obóz w najdrobniejszych detalach. Jego topografię, baraki, plac apelowy, izbę chorych, karcer. Jak więźniowie byli ubrani, co jedli. W jakich warunkach pracowali. Bo to właśnie praca, często bezsensowna, katorżnicza, w kilkudziesięciostopniowym mrozie, miała – według oficjalnej propagandy – stworzyć nowego człowieka radzieckiego, a była źródłem skrajnego upodlenia. „Zek, jeśli nie liczyć snu, żyje dla siebie tylko te dziesięć minut rano przy śniadaniu, przy obiedzie pięć i pięć przy kolacji” . I paradoksalnie, ta sama praca dawała szanse na uratowanie resztek godności i dumy. Pomagała zachować kanon moralnych zachowań.

Cały opisany dzień jest dla tytułowego bohatera pasmem nieustannych zagrożeń. Najpierw, tuż po przebudzeniu nieomal trafia do karceru, potem nie zostaje przyjęty na izbę chorych, grozi mu surowa kara podczas rewizji i kolejna za spóźnienie na zbiórkę. Wszystko to w warunkach syberyjskiej, niezwykle ostrej zimy. „Wiedział jedno: mróz nie chce zelżeć. Ktoś usłyszał od wolnych, powtarzali potem – wieczorem ma być trzydzieści stopni, a nad ranem do czterdziestu”.

Z permanentnym stanem głodu. „Bałanda była dzień w dzień taka sama, zależała tylko od tego jakie zielsko przygotowano na zimę. W zaprzeszłym roku samą marchew zasolili i od września do czerwca była na okrągło zupa marchwiowa. A w tym roku – czarna kapusta”. Z przenikającym całe ciało chłodem, „ubrani w swoje łachy, przepasani sznurkami, od mrozu omotani szmatami od podbródka po oczy”. Zredukowany do numeru Sz-854. Tragicznie nieszczęśliwy? Załamany kolejnymi czekającymi go latami w łagrze, z dużym prawdopodobieństwem powiększenia wyroku o kolejne dziesięć lat i kolejne? Miotany samobójczymi myślami? Otóż, okazuje się, że nie.

Czy w takim razie Szuchow to bezwolne narzędzie? Otumaniony przez obozową rutynę, niezdolny już nawet do oceny własnej sytuacji? Poddał się?  Odpowiedź nie jest taka oczywista. System złamał mu życie. To pewne. Niewykluczone, że resztę dni przyjdzie mu spędzić w brutalnej rzeczywistości obozu.  Wiedząc o tym, świadomy, że jakikolwiek protest jest czynem bezsensownym, przyjął swój los z pokorą. Instynktownie przeczuwając, że jedynie ona ratuje życie.

Przyjęcie okrutnego przeznaczenia nie musi jednak oznaczać zatraty wewnętrznej wolności i godności. Zdziczona rzeczywistość nie zdeprawuje go i nie zniszczy umiejętności odróżnienia dobra od zła, prawdy od kłamstwa. Nie do wiary, ale nie odbierze też optymizmu, prostej radości życia, cieszenia się chwilą. „Czterysta chleba i dwieście, i w sienniku co najmniej dwieście. Wystarczy. Dwieście zje teraz, jutro rano wrąbie pięćset pięćdziesiąt, czterysta weźmie do pracy – żyć nie umierać!”

Przenosimy się w sferę wartości uniwersalnych – męstwa, wolności, szczęścia, hartu ducha. Oceniając więźnia współczesnymi kategoriami, nie unikniemy jednak narzucającego się niepokojącego wniosku. Jeśli opis całego dnia, rozpoczynający się zdaniem: „O piątej rano, jak zawsze, młotkiem o szynę koło baraku komendy wydzwonili pobudkę” i kończący podsumowaniem: „Minął dzień niczym nie zamącony, nieomal szczęśliwy” ma oddawać obraz potwornej egzystencji w warunkach urągających człowieczeństwu to niepodobna rozstrzygnąć, czy Szuchow jest herosem, czy wzorcowym sowieckim niewolnikiem.

„Jeden dzień Iwana Denisowicza” Sołżenicyna przeczytałem w życiu wiele razy. Objętościowo niewielka rzecz, zaledwie sto dziesięć stron. Zawsze, kiedy książkę odkładam, pojawia się to samo natrętne pytania. Dlaczego zamknięta w niej metafora zniewolenia, symboliczny odprysk biografii milionów niewinnych ofiar  nie jest tylko historią? Czy barbarzyński system władzy totalitarnej, który – jak udowodniły tragiczne wydarzenia ostatnich dni – ma się w XXI wieku wciąż dobrze, kiedyś zmurszeje i się rozsypie? A ludzkie życie będzie wreszcie coś znaczyć?

„Zasypiał Szuchow w pełni zadowolony”. Jakoś – zwłaszcza w te noce – z trudem mi to przychodzi.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

EKSTREMALNA DROGA KRZYŻOWA 2022. JESZCZE RAZ Z CUDEM
10.04.2022
CICHA NOC BOŻEGO NARODZENIA
23.12.2020
BIBLIA CODZIENNIE I PRZEZ LATA. POLECAM
30.04.2020
CZY CHCIAŁBYM UMRZEĆ „NAGLE I NIESPODZIEWANIE”
31.10.2019
„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016