KAŁUŻYŃSKI „NIEBIESKIE PTAKI PRL-u” (RECENZJA)


„Niebieskie ptaki PRL-u” to przygnębiająco – dowcipna książka o wolnych ludziach, którzy – aby przeżyć w dławiącej atmosferze czasów budowy socjalizmu – szukali ukojenia w alkoholu. Bo, jak mawiał Jan Himilsbach: „Picie wódki to jest wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości”. I tyle.

Wojciech Kałużyński spędził dziesiątki godzin na poszukiwaniach anegdot, dykteryjek na temat opisywanych przez siebie postaci. Dzięki temu lektura może być przerywana od czasu do czasu szczerym śmiechem. A mimo to, zupełnie nie zgadzam się z opinią wyrażoną na ostatniej stronie okładki: „Ponury obraz peerelowskiej rzeczywistości zmieniał się w niekończący karnawał dzięki kolorowym postaciom, które na przekór zgrzebności tworzyły własne, baśniowe światy.” Ani czasy, ani opisane biografie nie uzasadniają zwrotu: „niekończący karnawał”. Dlaczego?

Większość opisywanych przez Kałużyńskiego bohaterów skończyła w podobnych okolicznościach. Wśród postaci są, między innymi: Stachura, Hłasko, Maklakiewicz, Himilsbach, Iredyński. Znająca to środowisko Jadwiga Staniszkis przywołuje swoje ówczesne obserwacje. Opowiada, że ci ludzie – z obrzydzeniem odnoszący się do ponurej, komunistycznej rzeczywistości – sprawiali wrażenie, jakby postanowili, że zapiją się na śmierć. Kiedy przeczytałem wspomnienie o ostatnim z wymienionych, pomyślałem, że spokojnie mógłby patronować (choć nie stylem picia) tym wszystkim, którzy w alkoholu znajdowali „baśniową” ucieczkę od PRL-u.

Żywe są jeszcze wspomnienia świadków, jak to Iredyński nie mógł nie pić, więc pił ciągle, codziennie, bo bez alkoholu nie funkcjonował.  «Mocno pił. Ale dziwnie, nie po polsku. Przyjmował alkohol niczym lekarstwo, regularnie i w dużych dawkach» mówi Piotr Kofta. Zawsze miał przy sobie zapas alkoholu. W kieszeni albo w torbie nosił butelkę, z której co jakiś czas pociągał, żeby utrzymać poziom alkoholu na stałym poziomie. Pił tylko czystą. Ortodoksyjnie, bez kompromisów. Nie mógł zrozumieć zamiłowania Stanisława Grochowiaka do koniaków. «Te koniaki go zgubią, kulwa, tylko czysta i broń Boże odstawiać» – prorokował. Te swoje «kulwa» wstawiał w co drugim zdaniu.”

Tak to jest z książką Kałużyńskiego. Emocje, śmiech i zaraz potem smutek. Grochowiak „przez koniak Budafok” zmarł mając czterdzieści dwa lata, „tylko czysta” pozwoliła przeżyć Iredyńskiemu „aż” cztery lata dłużej, Stachurze tyle samo, Maklakiewiczowi kolejne cztery. Himilsbach zmarł na tle tej grupy niemal w wieku podeszłym – pięćdziesięciu siedmiu. Pozostały legendy o barwnym życiu „niebieskich ptaków” i poczucie, że niepospolite talenty utopili w alkoholu. A błazenada była tylko pozą skrywającą rozpaczliwe przygnębienie.

Barwny styl życia był niesłychanie mitotwórczy i trzeba przyznać, że Kałużyński włożył wiele wysiłku, by oddzielić fakty od historii zmyślonych, które często okazują się trwalsze niż prawda, co świetnie pokazuje fragment poświęcony przyjaźni Himilsbacha i Maklakiewicza. Fenomen ich popularności, zdaniem autora, wynikał z normalnego zachowania. „Kochano ich, bo im nie zazdroszczono. Dla zmęczonego i sfrustrowanego narodu stanowili dowód, że nie trzeba wyglądać jak Beata Tyszkiewicz, żeby zrobić karierę. I że nie ma się o co bić, bo z tej kariery nic nie wynika”.

A naprawdę rzecz należy sprowadzić do zagubienia, poczucia beznadziejności, rozpaczy nawet. Stanów, które rzadko opuszczały, bo – jak wyjaśniał Stefan Kisielewski – nie piło się tylko po to, by było lepiej na duszy, ale by zmniejszyły się wymagania. I to miałby być, jak chce Kałużyński, ten „niekończący się karnawał”? Oprócz już wymienionych tańczą w nim podobnym rytmem również Piotr Skrzynecki z Piwnicą pod Baranami – enklawą kolorowych ptaków (najlepszy rozdział w książce), Leopold Tyrmand, Janusz Szpotański, Agnieszka Osiecka, Janusz Głowacki, Marek Piwowski, Marek Nowakowski.

„Niebieskie ptaki”, ten zwrot o ewangelicznym przecież rodowodzie (dobry pomysł ze stosownym mottem z Ewangelii świętego Łukasza), miał w propagandowej rzeczywistości PRL-u wydźwięk zdecydowanie negatywny. To „one”, obok bikiniarzy, spekulantów, pasożytów społecznych i cinkciarzy były odpowiedzialne za opóźnianie socjalistycznego pochodu. Płaciły cenę bycia outsiderami, funkcjonowania na obrzeżach oficjalnego życia publicznego.

Co pozostawało? Odtrutka w postaci wygłupu, drwiny, sarkazmu, dowcipu. Gorzkiego, choć śmiesznego. Choćby takiego, jak ten:

„Pod koniec lat osiemdziesiątych Himilsbach coraz rzadziej pojawiał się w SPATiF-ie. Był już bardzo schorowany, ale do końca nie zrezygnował z picia. Znany warszawski lekarz wyznaczył mu alkoholowy limit: sto gramów czystej dziennie. Wkrótce po przepisaniu takiej „diety” zobaczył swojego pacjenta w stanie wskazującym na wielokrotne przekroczenie dziennej dawki. „«Jasiu! A nasza umowa?» – spytał. -«Miałeś pić góra sto gramów». – «A ty, kurwa, myślisz, że ja się leczę tylko u ciebie?»” – spokojnie odpowiedział Himilsbach.”

„Niebieskie ptaki PRL-u”, mimo zdarzających się dłużyzn i przytaczania czasem wyświechtanych anegdot, przeczytać z pewnością warto. Na przykład, by przekonać się, jak bardzo słowa Jana Wołka, o tym, że pół litra powinno stać w Sevres pod Paryżem jako polski wzorzec kulturowy, opisały całą epokę. I, przy okazji, jak celnie odpowiedziały na pytanie, o czym jest książka Kałużyńskiego.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

MŁODY DENTYSTO, JEDŹ NA TARG STAROCI!
07.08.2018
JAK ZACHOWAĆ MŁODOŚĆ? GARŚĆ PORAD Z 1951 ROKU
01.06.2018
UMARŁ STALIN. NIECH STALINOGRÓD WIECZNIE ŻYJE!
03.03.2018
„MARZENIA Z BETONU”. DOBRY TYTUŁ, ZAWARTOŚĆ JESZCZE LEPSZA
19.11.2017
PRL W OPARACH NOSTALGII
30.09.2017
KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW. LITERATURA FAKTU I ABSURDU
12.11.2016
„CZASYPISMO”. CO MA WSPÓLNEGO HICZKOK Z OPERACJĄ NA PROSTOTĘ
14.10.2016
książka tyrmanda rok 1984 i wzorzysty krawat z epoki
LEKTURY PONOWNE. TYRMAND „DZIENNIK 1954”
23.09.2015
FIAT 126p – MAŁY NARODOWY SYMBOL
14.08.2015