KAMPANIA WRZEŚNIOWA ALBO GRZECH POCHOPNOŚCI


Najpierw wyobraziłem sobie ten widok. Wydał mi się niezwykle śmieszny. Chwilę potem poczułem się nieswojo. Kiedy przeczytałem ponownie, znów rozbawienie wzięło górę. Przyglądam się krótkiemu tekstowi zdumiony. Jakże to było możliwe. Na trzy dni przed rozpoczęciem wojny taka farsa?

Wpadł mi ostatnio w ręce archiwalny numer „Kuriera Warszawskiego” z piątku, 1 września 1939 roku. To na stronie piątej znalazłem sprawcę moich doznań – króciutką relację z Katowic, następującej treści:

 

Notatka z "Kuriera Warszawskiego" z 1.09.1939

Wtorek wieczorem. Czyli pozostały jeszcze dwie doby z okładem, pięćdziesiąt kilka ostatnich spokojnych godzin przed sześcioletnią wojenną tragedią. W powietrzu, jak przekazują świadkowie tamtych czasów, opowiadają starsi wiekiem bliscy, nabrzmiewało – pełne niespokojnego wyczekiwania – przekonanie o nieuchronnym wybuchu. I wiara, granicząca z niepodważalnym przekonaniem, że damy radę, a gdyby pojawiły się jakieś kłopoty – mamy serdecznych przyjaciół – zachodnich sojuszników, którzy nie dość, że są przyjaciółmi, to jeszcze podpisali bardzo honorowe traktaty.

Niemcy w tych dniach utrzymują w pełnym pogotowiu i alarmie bojowym, skierowane w stronę swojej wschodniej granicy: 1 850 000 żołnierzy, 2 800 czołgów, 11 000 sztuk artylerii, 2 000 samolotów. A przez Katowice jedzie na rowerach uzbrojony oddział Wojska Polskiego.

Ostatnią rzeczą, o jaką chciałbym być posądzony, to wykpienie kampanii wrześniowej i odwagi polskiego żołnierza. Jak pisze Norman Davies w książce „Europa walczy 1939-1945”: „W rezultacie wcale nie nastąpił ten beznadziejny walkower, o którym się często mówi. W gruncie rzeczy Polacy zachowali się dużo lepiej, niż mieli się zachować Brytyjczycy i Francuzi, kiedy w następnym roku Hitler zwrócił się na zachód.”

Dysproporcja w liczebności, uzbrojeniu była ogromna. Mimo to, ostatni walczący na polu bitwy oddział został zmuszony do kapitulacji dopiero 5 października. A wtedy, od ponad dwóch tygodni kolejny agresor atakował od wschodu. Wszyscy stratedzy są zgodni – nie ma takiej armii, która samotnie i bez wsparcia byłaby w stanie wytrzymać prowadzenie wojny na dwóch frontach.

Skąd więc pomysł na publikację, nieco humorystycznie brzmiącej notatki, w tak ważnym dla nas dniu. Powód jest jeden. W rzeczywistości jej znaczenie nie ogranicza się do tej jednostkowej sytuacji sprzed kilkudziesięciu lat. Z powodzeniem można wymowę przenieść na sferę publiczną i prywatną obecnie. I okaże się, że walor rozbawionego politowania gdzieś się natychmiast ulatnia.

Pomyślmy. Być może emocjami ludzi żywiołowo witających żołnierzy rowerzystów kierowała przede wszystkim naiwność, ale najprawdopodobniej działał też mechanizm wyparcia lęków, złych przeczuć i obaw tkwiących gdzieś w podświadomości. Pokrycia ich wrzawą, owacjami, pewnością siebie na pokaz i, utwierdzanym propagandowo, wzajemnym narodowym przekonywaniem, że nie oddamy ani guzika.

A ja zachowuję się inaczej? W reakcjach na zagrożenie mój mechanizm jest podobny. Bywa, że staram się je, mimo wysokiego realnego prawdopodobieństwa, bagatelizować czyli infantylnie oswoić. Albo tak łagodząco o nim opowiadam, że usłyszana w odpowiedzi uspokajająca diagnoza daje mi poczucie złudnego bezpieczeństwa. Lub pokrywam je pozorowanym zaabsorbowaniem, które odsuwa w czasie brutalną konieczność otwartego i odpowiedzialnego zmierzenia się z problemem.

Dopiero teraz, kiedy uświadamiam sobie te procesy, zupełnie nieoczekiwanie dochodzę do wniosku, że stojąc w tłumie katowiczan pod koniec sierpnia 1939, ogarnięty tłumionym lękiem, co przyniesie najbliższa przyszłość, zachowałbym się pewnie nie inaczej. Widząc zbliżającą się kolumnę wojska na rowerach, machając ręką, też wołałbym w uniesieniu i co sił w gardle: niech żyje Wojsko Polskie, niech żyje Naczelny Wódz Rydz-Śmigły. Im bardziej towarzyszyłaby mi świadomość, że samoloty Luftwaffe zaczynają już powoli kołować na lotniskach, a mechanicy Wehrmachtu upewniają się, czy baki czołgów na pewno wypełnione są po korek tym mój entuzjazm byłby gwałtowniejszy, a reakcje jeszcze bardziej żywiołowe.

Nawet na widok pojedynczego żołnierza na rowerze, który wraca szybko do koszar, bo zapomniał karabinu.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

SAMOLOT MRIJA – WIĘKSZEGO NIE ZOBACZYSZ (cz. I)
11.03.2022
ŚWIERKLANIEC. CHOĆ PIĘKNIE, A JEDNAK ŻAL
01.10.2020
pomnik jozefa pilsudskiego w katowicach
ZWYKŁY PATRIOTYZM I NORMALNA DUMA
10.11.2015