KILAR. GENIUSZ O DWÓCH TWARZACH /RECENZJA/


Powiem od razu, co mi się w książce Marii Wilczek-Krupy nie podoba. Potem będą już tylko słowa uznania. Mianowicie tytuł: “Kilar. Geniusz o dwóch twarzach”. Zbyt napuszony, pretensjonalny i swoją pompatycznością niezbyt chyba właściwie opisujący postać kompozytora. Pamiętam, kiedy go zobaczyłem czekającego przed północą w hali przylotów na samolot z Romanem Polańskim, stał w zacienionej części speszony obecnością grupki reporterów. Z jasną aureolą nastroszonych srebrzystych włosów. Skromny, skupiony, trochę nieobecny.  Jakby ustępował miejsca mającemu się niebawem pojawić sławnemu reżyserowi. Zadziwiająco często pamięć przywołuje mi portret Wojciecha Kilara w nocnym półmroku.

A teraz do pochwał. Udało się autorce, z zawodu dziennikarce prasowej i radiowej, ale – co równie ważne – absolwentce teorii muzyki w krakowskiej Akademii Muzycznej, napisać biografię z niesłychaną wrażliwością, by nie powiedzieć – kobiecą czułością. Książka jest zapisem wielogodzinnych rozmów, w czasie których Kilar dał się poznać jako człowiek ujmującej kultury osobistej, bezpośredni i otwarty, choć bywało też – żywiołowo reagujący, a nawet porywczy, choć to akurat niesłychanie trudno mi sobie wyobrazić.

Bliska znajomość z kompozytorem pozwoliła autorce ze  skrupulatnością (być może niekiedy nawet zbyt wielką) opisać codzienność. Niepozorny szary dom w katowickiej dzielnicy Brynów. Ukochaną żonę Basię (nie pozwalał, by mówiono Barbara), o której opowiadał do końca życia jak o postaci z cudownej, onirycznej baśni (“bez niej to już nie jestem ja, lecz jedynie połowa mnie.”). Pasję do podróży. Do samochodów, zwłaszcza mercedesów. Był smakoszem, więc ulubione dania. Przywiązanie do kotów.  Skłonność do lenistwa (w wersji oficjalnej mówił żartobliwie o naturze kontemplacyjnej). Ten sugestywnie namalowany portret ożywiają niezliczone anegdoty.

“Z darów, które przekazał ludziom i instytucjom, do historii przeszły przede wszystkim dzwony (Wojciech, Barbara i Franciszek) dla parafii macierzystej Kilarów pod wezwaniem Najświętszych Imion Jezusa i Maryi. Z tym trzecim dzwonem było trochę zamieszania, bo Wojtkowi bardzo głupio było przyznać, że go ochrzcił także na cześć kota (…). Plotka poszła w świat i wszyscy wiedzieli, że w Brynowie dzwoni Wojciech, jego żona i kot.”

Mówiąc o żonie Kilar z wdzięcznością podkreślał podwójne uratowanie: od nałogu alkoholizmu; wytrwał dzięki niej czterdzieści lat życia w całkowitym abstynenctwie. I uratowanie duszy od wiary pozornej, udawanej.

“Tyle lat chodziła do kościoła sama. Wytrwale, konsekwentnie, nie prawiąc mu kazań ani robiąc wymówek, że zostaje w domu albo idzie samotnie zwiedzać miasto. I wreszcie własnym przykładem, pokazała mu drogę do Boga. Może zajęło jej to trochę więcej czasu niż wtedy, kiedy przestali pić, ale efekt osiągnęła podobny.”

Stało się tradycją, że  swoje urodziny spędzał na Jasnej Górze, która od stanu wojennego była jego drugim domem. To miejsce wyleczyło kompozytora z egocentryzmu i sprawiło, że stał się człowiekiem głęboko, żarliwie wierzącym.

“Miałem momenty iluminacji, choć to może za duże słowo – nie wiem, czy Panu Bogu zechciałoby się akurat mnie iluminować (…). Doświadczenie wspólnoty było moim największym problemem i moim największym życiowym osiągnięciem jest zrozumienie sensu uczestnictwa w Kościele, rozkoszy i radości bycia we wspólnocie”.

Wiara i patriotyzm to dwie wartości, z których nie pozwalał żartować. Były jego mocnymi fundamentami. Mało kto jednak wie, jakie wątpliwości i rozterki przeżywał w czasie pracy twórczej i prawykonań swoich utworów. Jak niełatwe były wybory związane z karierą kompozytora muzyki filmowej a istnieniem w świecie, dającej prestiż artystyczny, muzyki poważnej.

Kilka słów o bardzo ciekawej formie biografii. Mam na myśli zaburzenie toku chronologicznego relacjami, wspomnieniami z ostatnich lat życia Kilara. Najpierw poznajemy dom w Brynowie, “oglądamy” jego centralne, plastycznie i szczegółowo opisane miejsce – duży salon. Po czym przenosimy się do Lwowa roku 1932, gdzie w kamienicy przy Sapiehy urodził się Wojtek. W szkole uczący się raczej słabo, co jeszcze kilkadziesiąt lat później potrafili wytknąć przyjaciele, żartując choćby z charakterystycznej fryzury:

“- Nad tobą, Wojtek, to jakby chmura ebonitu krążyła. Gdybyś się kiedyś fizyki uczył, tobyś wiedział  dlaczego!”

I znów wracamy do katowickiego domu i do fragmentów o charakterze bardziej intymnym, które autorka nazywa “Fascynacjami”. Już samo tylko poznanie siedmiu tytułów oddaje całą, wymykającą się prostemu opisowi, złożoność postaci kompozytora: “Madame Bovary”, “Hans Castorp”, “Christie”, “Morcinek”, “Iwaszkiewicz”, “Pismo Święte”, “Psalm 136”. Między tymi rozdziałami czytamy o rozwoju kariery muzycznej, poznajemy współczesnych kompozytorów (zwracam uwagę na błyskotliwą i delikatnym piórem oddaną konfrontację z Krzysztofem Komedą i Krzysztofem Pendereckim), dyrygentów: Kazimierza Korda, Witolda Rowickiego i Jacka Kaspszyka i naturalnie, reżyserów: Zanussiego, Kutza, Polańskiego, Wajdę, Coppolę. Żywa, barwna narracja i językowa sprawność powodują, że niemal czterysta stron to lektura niezwykle zajmująca.

Nie ukrywam, jestem pod dużym wrażeniem pracy, jaką włożyła Maria Wilczek – Krupa w napisanie biografii. Przeczytałem świetną, wyważoną w akcentach i taktowną książkę o wybitnym artyście i niezwykłym człowieku. A bliżej – książkę o wierności samemu sobie, mozole dochodzenia do prawdy, uważnym traktowaniu życia, niezwykłej miłości małżeńskiej i nie zmarnowaniu danego talentu. Niemało jak na jeden życiorys.

NINATEKA  udostępniła w 2015 roku prawie całą twórczość Wojciecha Kilara. Czytając książkę warto posłuchać jego najlepszych kompozycji. Doświadczyć jedynej w swoim rodzaju pięknej formy bliskości.