KONKURS CHOPINOWSKI CZYLI ŚWIĘTO


Od soboty przeżywam wielkie święto. Zdarza się raz na pięć lat i trwa całe dwadzieścia dni. Rozumiem tych, którzy, aby naprawdę w tym czasie świętować, biorą urlop lub zaczynają oszczędzać sporo wcześniej tylko po to, by kupić drogi karnet i ten okres spędzić w Warszawie, w sali Filharmonii Narodowej. A kiedy w sobotni poranek uniesiony palec rozpoczynającego przesłuchania Tymoteusza Biesa – jednego z piętnastu występujących Polaków – zawisł nieruchomo nad klawiaturą fortepianu poczuli wtedy rodzaj narastającego radosnego napięcia, które nie tak często się zdarza. XVI Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, podobnie jak wcześniejsze, to dla mnie ważna cezura, choć spieszę szybko donieść, że meloman ze mnie i znawca muzyki poważnej w najczystszej postaci amatorski.

Jak mawia wybitny rosyjski pianista i kompozytor Władimir Aszkenazy, mamy trzech genialnych kompozytorów w historii muzyki: Mozarta, Bacha i Chopina. Jeśli więc temu ostatniemu poświęcony jest najbardziej prestiżowy konkurs na świecie to warto może, chociaż w skromnym stopniu, nim się zainteresować. Na czym dla mnie polega wyjątkowy  magnetyzm tego wydarzenia, pomijając, rzecz jasna, piękno samej muzyki? Na dramaturgii, która przypomina trochę rywalizację sportową.

Po pierwszym etapie zaczyna się krystalizować czołówka, co nie znaczy, że i wśród niej nie dojdzie do radykalnych przetasowań. Zaczynam rozpoznawać twarze, z wywiadów dowiaduję się o życiu prywatnym, rodzinach, marzeniach młodych pianistów. Wspomniany Tymoteusz Bies rozmawiał z dziennikarzem w otoczeniu swoich pięciu braci, Włoszka Michelle Candotti opowiadała o ojcu, który przyjechał z nią i siedząc na sali przejęty pomagał wybrać właściwy fortepian i o rodzinie w Livorno, śledzącej Konkurs przed telewizorem, a piękna Ivett Gyongyosi z Węgier występująca w czarnej sukni wieczorowej i szpilkach wyznała, że na odreagowanie stresu wybiera się wreszcie na długi spacer po wieczornej Warszawie. Te drobne relacje, błahe niekiedy zwierzenia bardzo zbliżają do uczestników. Tworzy się moja osobista czołówka, widzę swoich faworytów, którym kibicuję. Niektórych pianistów nie lubię, nie do końca czasem nawet wiedząc, za co /piękny przywilej melomana-amatora/. Potem kolejne etapy i sięgające zenitu emocje /tak, to możliwe!/, kiedy dochodzi do wielkiego finału, w którym pozostanie jedynie dziesięciu z siedemdziesięciu ośmiu uczestników. A zwycięzca jest tylko jeden. To przed nim otworem staną wszystkie sale koncertowe świata.

Kamery pokazują ostatnie chwile przed wejściem na scenę. Gesty świadczące, że mam do czynienia z żywym człowiekiem, który musi opanować potworny stres. Wycieranie rąk w spodnie, sprawdzanie, czy chusteczka na pewno jest w kieszeni, zamknięcie oczu na długą chwilę, nerwowe odgarnianie włosów. A często kamienna twarz. Pamiętajmy, to nie są nowicjusze, tylko światowa czołówka młodych, do trzydziestego roku życia, pianistów, już laureatów wielu konkursów.

I moment samego występu, kiedy poskramiając tremę trzeba balansować między zachowaniem chłodnego dystansu a mocnym zaangażowaniem emocjonalnym, bez którego gra Chopina nie istnieje. Eksperci mówią, że pianistami na scenie rządzą bardzo skomplikowane prawa psychologiczne. Końcowy sukces jest więc splotem wielu różnych elementów, a nie, jak sądzą niektórzy, wynika jedynie z techniki gry na instrumencie. To cały złożony i wymykający się prostym regułkom, pełen napięcia proces. 

Śledzę konkurs chopinowski, na ile czas pozwala, na ekranie telewizora. Bardzo się staram się nie opuszczać, następujących w przerwach, frapujących i ożywczych rozmów w studiu. Naturalnie, siedzą w nim wybitni znawcy tematu, sporo się dowiaduję i co rusz jestem zaskakiwany. Kiedy zbliża się finał moja wiedza o muzyce Chopina jest wprost gigantyczna w porównaniu z tą z pierwszego dnia /pomaga też świetna strona internetowa Konkursu Chopinowskiego/.

Mam jednak na myśli również coś innego. Chodzi mi o sferę językową. Egzotyczną dla mnie, bo na co dzień nie obracam się w środowisku muzycznym. O rodzaj żargonu fachowego w połączeniu z niezbędną w tej dziedzinie sztuki /i nie tylko tej/ metaforyką. Dla nie-fachowca brzmi ona urokliwie tajemniczo, momentami dwuznacznie, często żartobliwie. Zanotowałem kilka spostrzeżeń komentatorów:

“to nokturn filozoficzny z dużą ilością wolnego czasu”

“lewa ręka jest dopełnieniem wyrazu muzycznego”

“etiuda myślana większymi całościami”

“głęboko wnika w dno klawiatury”

“scherzo dobrze leży pod palcami”

I cały czas zastanawia mnie, czy nasz pianista w pełni doceni płynący ze studia komplement pod jego adresem. Usłyszałem, że jego “pedalizacja jest bardzo czytelna”.   

Takie też są uroki chopinowskiego święta. Oglądajmy więc konkurs. Rozwija nie tylko muzycznie. A jaka niewysłowiona, najpojemniejszą nawet metaforą, ulga oderwania od wciskającej się każdą szparą polityki i obyczajowych sensacji.  Chopin bezcenny!