KONSERWATYSTA. BRZMI DOBRZE


W jednej z coraz liczniejszych książek na temat Polski Ludowej (moda? nostalgia?) wyczytałem, że każdego człowieka można było opisać wtedy za pomocą trzech parametrów. Dwa z nich zawsze wykluczały trzeci. Ten, kto był mądry i partyjny, nie mógł być uczciwy. Kto był uczciwy i partyjny, nie mógł być mądry, a kto uczciwy i mądry, ten nie mógł być partyjny. Pomyślałem, że gdyby dzisiaj zamiast „partyjny” użyć określenia „postępowy” to stara zasada miałaby się nadal bardzo dobrze. Czy właśnie dlatego „konserwatysta” brzmi dumnie?  Dlatego nim jestem?

Przede wszystkim to poczucie daje mi wewnętrzną siłę. Prowadzi mnie busola albo inaczej – zestaw norm otrzymanych w domu rodzinnym i popartych doświadczeniem, lekturami, oglądaniem świata. Te sfery zawsze jakoś się przenikają tworząc wartości, do których, o dziwo, chętnie przyznaje się większość ludzi. Szkopuł w tym, że z zestawu tworzącego całość wybierają oni niektóre, tylko te akurat pasujące do okoliczności. Konserwatysta zaś uważa wszystkie bez wyjątku za jednakowo ważne i nierozdzielne. Owe drogowskazy to tradycja, zdrowy rozsądek, wolność, religia, prawda, sprawiedliwość, honor. Co oznaczają w praktyce? Nie kierować się w życiu reżyserowanymi przez innych schematami, reklamą, pędem do posiadania, wiarą w technologię, roztaczanymi wizjami narzuconego postępu, który ma prowadzić do powszechnego szczęścia.

Piszę o postawie tak normalnej, przynajmniej dla mnie, że już od dawna chciałbym się dowiedzieć, dlaczego nie każdy jest konserwatystą. Przecież ciągłość, zwyczaje, tradycja porządkują, ich brak wprowadza bałagan, który przez jakiś czas może wydawać się nawet atrakcyjny, tyle w nim nowego i niespodziewanego. Ta pozorna fantazja i ferment po czasie okazują się męczącą wydmuszką – każdy chaos i ciągły sceptycyzm w końcu zaczyna nużyć, bo są granice szamotaniny. Obserwacja rzeczywistości dowodzi, że przesuwane coraz bardziej w stronę absurdu i odczłowieczenia.

My próżni ludzie
My wypchani ludzie
Podpieramy się wzajem
Niestety w głowach słoma
Kiedy do siebie szepczemy
Ciche i bez znaczenia
Są nasze wyschłe głosy (…)

Kształty bez formy, cienie bez koloru
Zastygła siła i gesty bez ruchu.

Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
W inne królestwo śmierci
Wspomną jeżeli wspomną
Nie dusze gwałtowne
Lecz ludzi wydrążonych
Lecz wypchanych ludzi.

T.S. Eliot, Próżni ludzie

Na szczęście, konserwatystów jest więcej niż się może wydawać, tylko często tak siebie nie nazywają, a nawet czasem (co za piękna sprzeczność!) nie życzą sobie, by ich tak określano. Czy to z niechęci do szufladkowania, czy też dlatego, że termin dla wielu, za sprawą „postępowej” narracji, niedobrze się kojarzy. Nazewnictwo jest sprawą drugorzędną, istotne ich wybory, życiowe decyzje, ochrona tych wartości, które są obrazem harmonii. Świadomość, że „matematyka życia ma swoje własne prawa: zgodnie z nią całość jest czymś więcej niż sumą swoich części, małżeństwo czymś więcej niż mężczyzną i kobietą, przyjaźń czymś więcej niż dwoma ludźmi, naród czymś więcej niż może to wyrazić wynik powszechnego spisu ludności. To dziwne, ta irracjonalna wielkość życia nie dająca się zważyć, zmierzyć, policzyć lub w jakiś inny sposób wykalkulować wydaje się być tym, co naprawdę czyni życie wartym życia.” (Ernst Jünger, Przybliżenia)

Jakże daleka jest ta propozycja niemieckiego pisarza od opętańczego pościgu za  nieustanną zmianą, burzeniem, bezrefleksyjną kreacją. A jak bliska chęci obrony i trwałego zachowania metafizycznego porządku. Prawdy i pewnych nienaruszalnych  praw naturalnych. Nawet wbrew większości.

Paradoksalnie, konserwatysta mając przeciwko sobie poprawność polityczną, postępowość lewicową, postmodernizm i niejeden jeszcze -izm, całą tę dominującą w przestrzeni publicznej narrację, posiadł opinię buntownika i wichrzyciela. A on jedynie broni niewielkiego zestawu prawd, bez których ciężko będzie nam przetrwać. I marzy o świecie na powrót oswojonym, gdzie nie obowiązuje walka wszystkich ze wszystkimi.

Lubię tak o sobie myśleć. Kto powiedział, że konserwatysta ma być skromny.