KS. JAN KACZKOWSKI „GRUNT POD NOGAMI” (RECENZJA)


Nie będę pisał frazesów w stylu: książka ważna, poruszająca, chwytająca za gardło. Tym razem trzeba innego klucza, bo inna jest waga, albo raczej – niezwyczajność przekazu. Prawie trzydzieści tekstów tworzących całość trudno mi odczytać inaczej niż osobisty apel, abym się wreszcie porządnie zastanowił, kim naprawdę jestem w obliczu nieubłaganie nadchodzących spraw ostatecznych. To przesłanie, które ks. Jan Kaczkowski wzmacnia prywatnym doświadczeniem, od pewnego czasu nie opuszcza mnie i nie przestaje, powiedziałbym, zbawiennie dręczyć.

Ksiądz – mówiący o sobie onkocelebryta, jednocześnie dyrektor hospicjum w Pucku – ma wykrytego w 2012 roku glejaka mózgu czwartego stopnia, najcięższą odmianę nowotworu w tym organie. „Już gorzej wylosować się nie dało.” A więc smutna książka? W żadnym wypadku. Inna niż wcześniejsze, o czym uprzedza sam autor w podtytule: „nieco poważniej niż zwykle”, co nie znaczy, że przygnębiająca. Ostatnią rzeczą, jaką w niej znajdziemy jest biadolenie. Nie do wiary, ale śmiertelnie chory ksiądz Jan pisze cudowny pean na cześć życia i wartości godnej, spokojnej śmierci. Zaczynam rozumieć, że nie na darmo dla setek tysięcy Polaków autor stał się symbolicznym wzorem mądrego przeżywania najbardziej dramatycznych doświadczeń.

„Nie użalajcie się nade mną, że taki młody i taki biedny. Nie jestem aż taki biedny, w jakimś sensie jestem szczęśliwy, że ta choroba przyszła, bo ona mnie wyzwoliła z lęku. Miałem mnóstwo kompleksów, bałem się rzeczy głupich, irracjonalnych, byłem pyszny. Ona mnie z tego wyleczyła. Bałem się, że kuria mnie przeniesie z Pucka gdzie indziej. No i co z tego? Wszędzie są dusze nieśmiertelne.”

To jedna z tych książek, które nieustannie prowokują do powtarzania sobie w duchu dziesiątki razy: a ja? Czy byłoby mnie stać na zachowanie godności, dalsze życie bez użalania się nad sobą, zachowanie hartu ducha, pokory i spokoju wobec faktu, którego zmienić w żaden sposób nie mogę. Myślę nie tylko o postawionej diagnozie, która potrafi zabrzmieć jak wyrok, ale o każdej sytuacji granicznej wywracającej mój uporządkowany świat na nice. Czy, kiedy stałbym pod ścianą, dałbym radę – podobnie jak ksiądz Jan – ufnie spojrzeć w przyszłość, a nie poddać się zwierzęcej, paraliżującej trwodze? Zachować poczucie humoru i autoironii, a nie oskarżycielsko wylewać kubły pomyj na Pana Boga i cały świat?

„Był taki moment, kiedy Kościół (w wymiarze gdańskim), który kocham, jeździł po mnie jak walec. Nie będę opowiadał szczegółów, bo wyjdę na frustrata. Każdy ma jakieś kompleksy, każdy by chciał zostać zauważony – to jest takie ludzkie, naturalne. Pojawił się w moim życiu paniczny strach, bo telefony w nocy, bo przekleństwa – my z tobą zrobimy to i tamto. Wtedy poprosiłem: «Jerzy, wyzwól mnie z tego potwornego strachu». Niedługo po tym przyszedł dzień, w którym okazało się, że mam glejaka czwartego stopnia. Kiedy ze mnie zeszło napięcie, otrząsnąłem się z pierwszego szoku, mówię: «Jerzy, ale nie z takiej grubej rury, nie tak ostro! Teraz mnie z tego wyciągaj».

Tak całkiem serio: przykład Jerzego Popiełuszki i ta moja choroba uwolniły mnie z lęku, dały niezwykłą wolność w wypowiadaniu się, ale także w wierności własnemu sumieniu. Czy macie w sobie tyle siły, żeby zejść na dno swojego sumienia i wszystko bardzo dokładnie ponazywać?”

Wbrew pozorom, to – „czy macie”, nie jest adresowane wyłącznie do ludzi wierzących, choć naturalnie, najważniejsze miejsce w książce zajmuje taktowne namawianie do pielęgnowania, ocalających w obliczu życiowych zawirowań, dobrych relacji z Bogiem. Nie waham się powiedzieć, że to książka dla każdego. W tym zadeklarowanego ateisty. Uczy w wymiarze uniwersalnym, jak przeżywać ciężką chorobę swoją lub kogoś bliskiego i jak mówić o tym. Uczy sztuki oswajania i akceptowania jej, wreszcie – spokojnego umierania. Jednym słowem, doświadczeń wspólnych wszystkim i zawsze.

To, że ksiądz Jan Kaczkowski sam zmaga się z cierpieniem, ale od lat troszczy się też o terminalnie chorych, daje w rezultacie niezwykle mocny przekaz. Kiedy więc stwierdza, że w swoim chorowaniu widzi pewien sens (a przecież tak w tym kontekście pasuje słowo – „bezsens”), to wierzę mu bezgranicznie. Gdy mi mówi, co mam robić w kryzysie beznadziejności, czym jest głos sumienia i jak nań powinienem reagować, na czym polega walka o siebie i wreszcie, jak mam nie schrzanić własnej śmierci – w każdej z tych lekcji jest dla mnie krystalicznie wiarygodny.

„Odczytuję moje chorowanie także jako pewien sens. Chcę być bardzo prawdomówny. Ten glejak czwartego stopnia, który bardzo źle rokuje, nie jest dla mnie niczym przyjemnym, ale też nie jest jakimś potworem i tragedią – jestem po prostu chory. Ani ze mnie żaden wielki bohater, ani jakaś wielka ofiara. To, co się dzieje w mojej głowie, każe mi wykorzystać ten nowotwór, żeby cały czas machać łapami i mówić to, co mi sumienie dyktuje w kontekście prawdy. I dobić do końca – zejść ze stanowiska księdza, kiedy taka będzie wola Pana Boga, i zrobić to godnie, w miarę sprawnie, z klasą. Amen.”

Życzę sobie głębi wiary księdza Jana!



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
CZY SIOSTRA CHMIELEWSKA JEST ŚWIĘTĄ?
06.07.2018
„DEKALOG KSIĘDZA JANA KACZKOWSKIEGO” (RECENZJA)
10.01.2018