KSIĄŻKI DLA NAJMŁODSZYCH. MÓJ BARDZO OSOBISTY KANON (CZ. I)


Wizyta na ostatnich targach książki uświadomiła mi, że współczesna literatura dla dzieci to temat całkowicie mi obcy. Nie zamierzam się tłumaczyć, że z niej wyrosłem, że tyle ambitnej i „dorosłej” czeka w nieskończenie długiej kolejce. Dobra literatura, bez względu na wiek adresata, jest dobrą literaturą. Dzieci, jak wiadomo, są szczególnie surowymi krytykami, więc książka wyrastająca ponad przeciętność dla nich jest odpowiednikiem wybitnej dla pozostałych. Krótko mówiąc, zaległości trzeba będzie nadrobić. Zanim opowiem, jak mi z tym poszło, dziś powrót do przeszłości i bardzo subiektywna lista.

Sięgam pamięcią do lat dzieciństwa, kiedy czas wolny spędzało się na podwórku. Do zabaw służyły znalezione w okolicy przedmioty, którym trzeba było nadać nowe życie. Czy ktoś z nas miał wtedy pojęcie, że te sto pomysłów na minutę to ćwiczenia na kreatywność? Żadnego rozleniwiającego internetu, żadnych komputerów, smartfonów. Szczęśliwe dzieciństwo, w którym znalazło się też dużo czasu na lekturę.

Co mi utkwiło w pamięci? Jakie książki dla dzieci przywołują natychmiast falę wspomnień? Miała być topowa dziesiątka, ale kiedy zacząłem sobie przypominać, okazało się, że trudno się zmieścić w dwudziestce. Zatem dziś seria pierwsza z trzema tytułami.

 

MARK TWAIN, PRZYGODY TOMKA SAWYERA

Być taki jak Tomek Sawyer. Wszyscy moi koledzy marzyli o tym. Ja chyba szczególnie, bo przeczytałem książkę, gdzieś w okolicach trzeciej klasy, dwa razy pod rząd. Niewiele już pamiętam: malowanie płotu, wykradane ze spiżarni konfitury, miłość do Becky i zgubienie się z nią w jaskiniach. I oczywiście nocną wyprawę Tomka z Huckiem na cmentarz, żeby usunąć kurzajki przy pomocy zdechłego kota. Co w takim razie pozostało? Atmosfera spokoju amerykańskiego Południa z leniwie płynącą rzeką Missisipi, sielanka ciepłego lata, poczucie humoru, błogi stan beztroski dwunastolatka.

A może by tak wrócić do Tomka i przypomnieć sobie świat chłopięcej wyobraźni sprzed stu pięćdziesięciu lat, któremu „nie pomaga” telewizja, internet. Ba, w którym nie ma nawet samochodu, telefonu i radia.

Przerzucam lekko pożółkłe kartki. Bez dwóch zdań, muszę przeczytać. Choćby tylko dla takich fragmentów jak ten, w którym Tomek opowiada o właściwym traktowaniu kobiet: „Tylko kobiet się nie zabija. Zamyka się je, ale nie zabija. One są zawsze piękne, bogate i okropnie się boją. Zabierasz im zegarki i takie tam, ale zawsze zdejmujesz przed nimi kapelusz i grzecznie z nimi gadasz. Nie znajdziesz bardziej uprzejmych ludzi niż rozbójnicy, zobacz sobie w książkach. No i te kobiety w końcu się w tobie zakochują i po jakimś tygodniu czy dwóch w tej jaskini przestają płakać, aż w końcu nie możesz ich zmusić, żeby sobie poszły.”

Cały czas myślę o „Przygodach Tomka Sawyera” jako powieści dla chłopców. Ciekawe, czy się mylę.

 

CHARLES DICKENS, OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

Jedna z tych książek, które wędrują ze mną całe życie. To również dowód, że dobra literatura jest uniwersalna. Opowieść o starym skąpcu zmieniającym się w anioła była w tym samym stopniu aktualna w wiktoriańskiej Anglii XIX wieku i w dzisiejszym świecie ogarniętym chorobą konsumpcjonizmu, obrastania w dobra materialne i gnuśny dobrobyt. Dużo w niej życiowej prawdy zrozumiałej dla każdego; wiek nie odgrywa tu żadnej roli.

Każdy bywa Ebenezerem Scroodgem, więc ten przykład moralitetu zmuszający do zastanowienia się nad sobą, będzie pewnie wznawiany do końca świata. Bo to arcydzieło, pod warunkiem, że odrzuci się proponowaną w kulturze masowej ckliwą opowiastkę o pazernym dziadku, który się zmienił pod wpływem duszków. Naprawdę zaś, „Opowieść wigilijna” mówi o rezygnacji z miłości, marnotrawieniu życia w poszukiwaniu iluzji prestiżu, awansu, pieniędzy.

Jedną z zapadających w pamięć scen jest ukazany przez widmo Marleya korowód pokutujących duchów. Ich rozpacz i bezsilna udręka polega na tym, że choć bardzo chcą, nie mogą już pomóc ludziom. Scroodge szansę wykorzystał i do pochodu nie dołączył. Tym samym daje ważną wskazówkę każdemu, nie tylko na czas Bożego Narodzenia.

 

LUDWIK JERZY KERN, FERDYNAND WSPANIAŁY

Ferdynand, który jest psem, spełnia swoje marzenie. W czasie snu (choć kto wie, w końcu pamiątką po „sennej” wizycie u dentysty jest korona na zębie po przebudzeniu) zamienia się w chodzącego na dwóch łapach Pana Ferdynanda. Ferdynanda Wspaniałego, jak lubi o sobie mówić, ubranego w dobrze skrojony garnitur i korzystającego z uroków ludzkiego świata. Niekiedy nawet próbuje go poprawić („w bigosie powinno być więcej kiełbasy niż kapusty”).

Akcja toczy się w czasach, w których panowie wychodzili z domu w melonikach i z laseczkami, na ulicy mijały ich dorożki, a w windzie hotelowej uprzejmie witał boy. I w których w języku codziennym słyszało się: jeśli byłby pan tak łaskaw, najuprzejmiej dziękuję, kłaniam się nisko. Ferdynand przeżywa różne przygody: odwiedza króla krawców, wynajmuje pokój w hotelu z windą do nieba, występuje w cyrku, zdobywa złoty medal w konkursie psich piękności, zostaje generałem kociego wojska, odwiedza hodowlę parasoli. Nikt nie przypuszcza, że postać – wytworny arbiter elegantiarum, w której jest tyle ogłady, kultury osobistej i cieszenia się codziennością to pies. Czyż nie piękny koncept?

Kto go podsunął? Kern przyznaje, że Farsa: „Uchodzę za tego, co to wszystko wymyślił, a to guzik prawda. Ja rzeczywiście tę książkę napisałem, ale wymyślił ją pies. Mój pies. I to w dodatku pies, że tak powiem, płci pięknej, czyli suka. Miała literacko-teatralne imię: Farsa. Też na F, jak Ferdynand. (…) Był taki wieczór, że w domu byliśmy tylko ja i ona. Ja stukałem sobie coś na swojej dziś już niemodnej maszynie, a ona leżała u moich nóg i spała. Początkowo spokojnie, a potem w tym jej śnie zaczęło się coś dziać. Szczerzyła zęby, drżała, przebierała łapami, jakby przed kimś czy przed czymś uciekała. Nie ulegało wątpliwości: pies ma sny. Być może podobne do naszych? A może jej się śni, że jest człowiekiem?… I książka była gotowa. Pozostał drobiazg: trzeba ją było tylko napisać.”

Nie przesadzę, jeśli powiem, że w „Ferdynandzie Wspaniałym” jest coś z Kabaretu Starszych Panów. Powieść dla każdego, kto lubi surrealizm w eleganckim wydaniu z domieszką subtelnego dowcipu.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

TOMEK WILMOWSKI PRZEPADŁ. NA SZCZĘŚCIE POWOLI WRACA
10.07.2018
JEST JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI „TYTANICZNYM GRAFOMANEM”?
25.05.2018
DLACZEGO MIŁOSZ ODCHODZI W ZAPOMNIENIE
15.05.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
STASIUK „OSIOŁKIEM”. PO MELANCHO NA WSCHÓD
16.05.2017
ANNA DZIEWIT-MELLER „GÓRA TAJGET” (RECENZJA)
06.10.2016
JACEK DEHNEL „KRIVOKLAT” (RECENZJA)
09.08.2016
ZBIGNIEW BIAŁAS „TAL” (RECENZJA)
13.06.2016
CHUTNIK „W KRAINIE CZARÓW”. NIE TAKA CHUTNIK…
17.02.2016