LANCKORONA CZY JUŻ BARDZIEJ LANSKORONA


“Lanckorona, Lanckorona/rozłożona gdzie osłona/od spiekoty i od deszczu/od tupotu szybkich spraw” śpiewał niegdyś Marek Grechuta. Na szczęście, próżno tu nadal szukać “tupotu szybkich spraw”. Jest sielsko, cicho, trochę sennie. Najwyraźniej taką atmosferę mieszkańcy lubią, bo w niedawnym głosowaniu stwierdzili, że nie chcą przywrócenia praw miejskich, które posiadali przez sześćset lat. Dobrze im ze swoją wiejskością i utraconej w 1934 roku “miastowości” ani myślą żałować. Tak sobie w spokoju żyją trzydzieści kilometrów od Krakowa, pomiędzy Wadowicami a Myślenicami, gdzieś w Beskidzie Makowskim. Czas zwolniłby tu jeszcze bardziej, gdyby nie artyści.

Bo to modne miejsce, nie tylko wśród krakowskiej bohemy. Kto tu nie bywał. Jerzy Nowosielski, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Wajda, Zofia Kucówna i oczywiście Marek Grechuta, autor piosenki “Lanckorona”. Wieść głosi, że Wojciech Pszoniak w czasie wakacji w Toskanii powiedział do żony: “Wiesz, tu jest tak pięknie. Zupełnie jak u nas w Lanckoronie!”.

Gustaw Holoubek we “Wspomnieniach z niepamięci” opisuje wakacje w tej wsi. Najpierw przyjazd na stację kolejową i smak zrywanych nieopodal granatowych ostrężyn, zmysłowych “tak jak bywają zmysłowe wilgotne usta dziewczyny.” A potem umieszcza pean na cześć prostoty lanckorońskiego trybu życia, w tym celebrowania zwykłych posiłków:

“Lanckorona była naszą letnią rezydencją. Była to izba w wynajętej chacie. Stał w niej stół, kilka krzeseł, na ścianach wisiały święte obrazki, a podłoga była zasłana słomą pokrytą lnianymi prześcieradłami.

Ilekroć jestem świadkiem dywagacji o jedzeniu (…) nie mogę się wyzbyć współczucia dla tych wielbicieli francuskiej, włoskiej czy węgierskiej kuchni, którzy w ich smaku dopatrują się szczytu wykwintu i wyrafinowania. Biedni. Nie byli nigdy z nami w Lanckoronie. Wiecie, co to jest jajecznica z jajek, z których każde ma czerwone żółtko, przegryzana gorącym jeszcze wiejskim chlebem o chrupiącej skórce, z masłem zrobionym w domu, jedzona wspólnie z ogromnej patelni umieszczonej na środku stołu, na obrusie haftowanym w polne kwiatki.”

Chlubą wsi pozostaje rynek z drewnianą zabudową. Spacer wokół niego to na przemian wspinaczka i schodzenie. Wszystko z powodu stromizny. Wybudowano go na stoku o pochyleniu 9,5 stopnia, co powoduje, że jest jednym z najbardziej stromych w Polsce. Z górnej części widać rozległą beskidzką panoramę, a z dolnej jedynie zabudowania północnej pierzei. Ciekawe doświadczenie.

Architektoniczną spójność rynek zawdzięcza pożarowi w 1868 roku. W miejscu spalonych domostw postawiono drewniane, które w podcieniach mają wejścia do piwnic przykryte klapami. Wszystko po to, by ułatwić handlowanie w dni targowe. Intryguje też charakterystyczne duże wysunięcie zadaszenia. Moda? Nie, ówczesne prawo, w myśl którego koniec dachu oznaczał koniec posiadłości właściciela. Przy okazji podcienia służyły jako schronienie przed deszczem i słońcem dla kupców.

Ślady obecności artystów widać na każdym niemal kroku. Jeśli nawet nie zawsze są to spektakularne działania twórców, to chociaż ślad pozostawiony w oknach przypomina, gdzie jesteśmy. Trochę w tym atmosfery Kazimierza Dolnego, ale w wydaniu spokojniejszym. Po prostu, masowy turysta o wiele rzadziej tu dociera.

Skąd dziwnie brzmiąca nazwa tej wsi? Z niemieckiego. Tam słowo “landskrone” oznacza “koronę kraju”. Trudno się domyślić w trakcie spaceru, ale założona w XIV wieku Lanckorona była ważnym i bogatym miastem królewskim, położonym u stóp zamku broniącego dostępu do Krakowa. Warownię zniszczono w czasie potopu szwedzkiego, reszty dokonały potyczki konfederatów barskich pod wodzą Maurycego Beniowskiego (tak, bohatera poematu Juliusza Słowackiego) z żołnierzami dowodzonymi przez słynnego generała rosyjskiego Suworowa. Konfederaci poddali się dopiero w 1772 roku. A zamku już nie odbudowano. Ruiny jak ruiny, ale jaki stąd widok na okolicę!

Gdyby nie potop szwedzki i Rosjanie ten fragment też wyglądałby inaczej. Kościół świętego Jana Chrzciciela powstał w XIV wieku z inicjatywy króla Kazimierza Wielkiego, ale po wielu przeróbkach spowodowanych zniszczeniami stracił swoją oryginalną formę. Z gotyckiej zabudowy ocalały tylko resztki murów magistralnych. Warto zajrzeć do środka i zobaczyć renesansowy ołtarz.

Obojętnie gdzie poszedłem i tak wszystkie (czyli cztery) drogi prowadziły mnie na powrót do rynku. Warto przysiąść w Cafe Pensjonat i poczuć, że dobrze dotrzeć od czasu do czasu do miejsca, które nie zmieniło się przez dziesięciolecia. Jakie to ułatwienie dla wyobraźni!

Przenoszę się w lata przedwojenne. Z bocznej ulicy wjeżdżają konne bryczki wiozące ze stacji Kalwaria-Lanckorona w Brodach worcorzów, jak wtedy nazywano na tych terenach turystów. Zziajane konie ledwo ciągną małe powozy wypełnione ludźmi i sakwojażami. Każda z pań trzyma w ręku parasolkę chroniącą przed słońcem, panowie w jasnych garniturach i słomkowych kapeluszach. Wszyscy oczarowani rozglądają się po centrum modnego wtedy letniska.

Rok 2017. W majowy dzień przyjechałem bryką, co prawda z końmi mechanicznymi, ale równie zziajanymi. Też jestem worcorzem i widzę niemal to samo, co tamci w latach trzydziestych. I też, podobnie jak oni, urzeczony zachwycam się miejscem.

Wehikuł czasu istnieje? Nie, to Lanckorona.

 


  • I teraz zastanawiam się – byłam, nie byłam? Nierozwiązywalny problem, bo bardzo wiele miasteczek i wsi wygląda w Polsce podobnie. I nie mówię, że to wada! Dla mnie to swojskość. I chociaż łatwo się w nich odnaleźć, znajdziesz ryneczek i już jesteś ustawiony 😀
    Po roku w mieście zaczynam rozumieć tych artystów, którzy z miasta uciekali na wieś żeby pojeść jajecznicy. Jeszcze rok temu byłoby to dla mnie śmieszne, ale teraz sama mam ochotę na chwilę się oderwać, wrócić do domu, pojeździć na rowerze po doskonale znanych mi dziurach.

    • Nie byłaś. Lanckoronę pamięta się i wraca do niej. Choćby dla samych kilkuset aniołów. A nowi wciąż przybywają. Znasz drugie takie miejsce?