LEKTURY PONOWNE. „LATO LEŚNYCH LUDZI” MARII RODZIEWICZÓWNY


Od razu, w pierwszych słowach, przyznaję się do trzech rzeczy. W cyklu „Lektury ponowne” przedstawiam powieść, którą przeczytałem dopiero teraz, a nie ponownie. Umieszczanie jej wśród nowości byłoby pomysłem jednak dość karkołomnym. Po drugie, zdumiony jestem, że przeczytałem ją do końca. A po trzecie, właściwie nie wiem, jak to się stało, ale „Lato leśnych ludzi” Marii Rodziewiczówny /tak, tej Rodziewiczówny/ zauroczyło mnie bez reszty.

Było tak. W czasie jazdy samochodem słuchałem radiowego wywiadu ze znanym socjologiem. Kiedy przyszła pora na wspomnienia z dzieciństwa usłyszałem, że najbardziej zapadły mu w pamięci wędrówki z dziadkiem po bieszczadzkich połoninach i poznawanie „Lata leśnych ludzi”, kiedy w czasie przerw leżał sobie na łące, a dziadek głośno czytał. Sentyment i wzruszenie w głosie profesora dałyby się łatwo wyjaśnić powrotem do szczęśliwych i bezpowrotnie minionych czasów. Był dzieckiem, więc przed sobą miał całą nieśmiertelność, żył ukochany dziadek. W wątku opowieści o samej lekturze pojawiła się jednak jeszcze zagadkowa nuta nostalgii.

Traf chciał, że kilka dni później powieść znalazła się w moich rękach. Przyjrzałem się nieufnie. Mała książeczka, ledwo dwieście dwadzieścia stron. I ten tytuł, i ta autorka. Skrzywiłem się. Pierwsze zdanie, na które zawsze zwracam uwagę, też nie brzmi zachęcająco: „O starodawnym, bo jak bór odwiecznym, rodzie mowa tu będzie.” Komu się tu potem przyznać.

Czytałem jednak dalej. Mało! Zaczytywałem się dalej o tym, jak to co roku, wczesną wiosną, do chaty ukrytej głęboko w leśnej głuszy przybywają trzej przyjaciele o przezwiskach: Rosomak, Żuraw i Pantera. Znają się na przyrodzie, jak mało kto. Darzą ją przy tym niezwykłym uczuciem. Obok bezgranicznej miłości do natury towarzyszy im mądra świadomość, że tylko w oderwaniu od cywilizacyjnego zgiełku, pośpiechu, gonitwy za czymś da się odnaleźć wewnętrzny spokój. Gwarantem jest zawsze bliskie obcowanie z naturą.

Mężczyźni zajmują się zwykłymi, codziennymi pracami: uprawiają ogród, łowią ryby, zakładają barcie, zbierają grzyby. I uczą rozumienia lasu kilkunastoletniego Coto, ironicznie nazwanego tak od ciągle stawianych pytań. Pobyt wśród twardych współtowarzyszy ma być dla delikatnego, miejskiego chłopca odtrutką na jego egzaltowaną, szkolną miłość do nauczycielki. I jest. Ciężka praca w domu i ogrodzie, sianokosy, żniwa,  wyprawy w nieznane leśne ostępy, na niedostępne mokradła, poznawanie tajemnic pradawnego boru i jego mieszkańców – wszystko to hartuje  Cota, a rany, jakie odnosi w czasie obrony źrebięcia przed rysiem, pozwalają nazwać go uroczyście Orlikiem.

Jeśli ktoś powie po lekturze: książka dla dzieci – nic z niej nie zrozumiał. Chodzi o coś znacznie ważniejszego niż opis życia mieszkańców leśnej głuszy w ciągu kilku miesięcy. Rodziewiczówna wydała „Lato leśnych ludzi” w 1920 roku. Przed wojną książkę wznawiano siedem razy. Pamiętajmy, w czasach, kiedy o zwariowanym pośpiechu i oplątujących nas mackach gadżetów czytano co najwyżej w powieściach fantastycznych. A dzisiejsze  licytacje na kolejne wersje slow-life’u, w ówczesnym świecie, w którym nie zatracono jeszcze sztuki celebracji życia, potraktowano by wzruszeniem ramion. Wtedy przekaz autorki był już nadzwyczaj ważny. A dziś?

Dziś tę powieść przeczytałem jak baśń, która przeniosła mnie na kilka godzin do ziemskiego raju. Do czasu i miejsca, gdzie o sprawach najważniejszych nie dyskutowano, bo były stałe, niezmienne, uświęcone zwyczajem i tradycją. Do patriotyzmu, którego nie wyśmiewano, do religii, której nie szargano i pracy, w której widziano metodę na kształtowanie silnego charakteru. Do dzieciństwa, z łatwym do zrozumienia światem, bo jest tylko dobry albo niedobry. Jeśli szukacie azylu przed naporem nie zawsze przyjaznej cywilizacji „Lato leśnych ludzi” może być kojącym wytchnieniem i plastrem ciszy na męczący harmider.

Wszystko to Rodziewiczówna oddaje stylem powolnym, podniosłym i malarskim.

„Do izby wszedł olbrzymi chłop. Twarz miał suchą z orlim nosem, parę siwych bystrych oczu, usta osłonięte przystrzyżonym siwym wąsem, na głowie gęsta, krótka, szpakowata czupryna, a w całości swej typ przepyszny, sarmackiej siły i powagi. Miał na sobie burą kapotę, nogi w rzemiennych chodakach; przy jednym boku borsuczą torbę, przy drugim łubiankę, puzderko, na plecach strzelbę pistonówkę, za pasem rzemiennym siekierę. Pozdrowiwszy, podniósł oczy na Królową i odmówił ich zwykłą modlitwę: Salve Regina, potem zaczął się rozbierać i zawieszać swe rzeczy w alkierzu Pantery na zwykłych widocznie miejscach, i mówił, odpowiadając na ich pytania.”

Powieść napisana jest, z dzisiejszego punktu widzenia, staroświecką polszczyzną. Nie chodzi o niezrozumiałe archaizmy, mozolne przedzieranie się przez nie dzisiejszą składnię, a o całość, która mogłaby przypominać futro babci pachnące naftaliną. Nie, nie przypomina. Brzmi nieoczekiwanie naturalnie i elegancko. Rytm życia w starym borze mistrzowsko oddano przez rytm języka literackiego. Warto mu się poddać, nieść jego niespieszności. Na początku czytany tekst jest tak inny od prozy współczesnej, że – lekko rozdrażniony – miałem ochotę książkę odłożyć. Nie należy, bo to jedno z tych dzieł, którym trzeba dać szansę, a odwdzięczą się szybko czystą przyjemnością z dalszej lektury.

Mieszkając przede wszystkim w miastach trochę już zatracamy umiejętność zauważania pór roku, nazywania szczegółów zmieniającej się natury, poczucia, że jest się jej cząstką. Jakże mnie pocieszył fragment dotyczący pierwszego dnia lata, tym samym pierwszego krótszego dnia:

„/…/  w dzisiejszy dzień nas wszystkich pierwszy smętek trąca!

– Dlaczego?

– Słońce od dziś mniejsze! Idzie ku jesieni, ku ziemi, ku nocy. Ha, trudno!”

I już nie jestem sam, a myślałem, że tylko mnie dopada wtedy „smętek”, że dobroczynnej jasności będzie coraz to ubywać, mimo że lato dopiero się rozpoczyna.

No dobrze, przyznam się do czegoś jeszcze. A po czwarte – „Lato leśnych ludzi” zostanie na półce już na stałe. Mam literacką krainę marzeń na wyciągnięcie ręki. Pewnie nie raz będę do niej powracał. Nie zazdrościcie mi? A może ktoś z leśnymi ludźmi już się zaprzyjaźnił?

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

LEKTURY PONOWNE. BLAISE PASCAL „MYŚLI”
25.06.2020
KSIĄŻKI MOJEGO DZIECIŃSTWA (CZ. IV)
11.04.2019
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
LEKTURY PONOWNE. „DWÓR. DWÓR POLSKI W STAREJ FOTOGRAFII”
01.02.2018
LEKTURY PONOWNE. COLLODI „PINOKIO”
29.11.2017
LEKTURY PONOWNE. BIAŁOSZEWSKI „ROZKURZ”
08.12.2015
książka tyrmanda rok 1984 i wzorzysty krawat z epoki
LEKTURY PONOWNE. TYRMAND „DZIENNIK 1954”
23.09.2015
LEKTURY PONOWNE. SOŁŻENICYN „JEDEN DZIEŃ IWANA DENISOWICZA”
11.09.2015