LEKTURY PONOWNE. TYRMAND „DZIENNIK 1954”


Nieznośny egoista i ekscentryk, dla którego istniała tylko pierwsza osoba liczby pojedynczej. Dla innych barwny ptak, miotający się w zamkniętej na głucho klatce komunistycznej Polski. Nie ma co, Tyrmand budzi emocje nawet trzydzieści lat po śmierci. Tak jest zawsze, gdy mamy do czynienia z silną osobowością, która lubi narzucać swój punkt widzenia. Może nie byłoby to odczucie podobnie intensywne, gdyby nie czasy, w których przyszło pisarzowi żyć. Ciężkie dla niepokornych. Łajdacko tłumiące wolną myśl i wolne słowo. Z atmosferą przygnębiającej beznadziejności w powietrzu. Co można było zrobić w proteście przeciw systemowi? Niewiele. Na przykład, założyć wzorzysty krawat, ubrać kolorowe skarpetki i pisać dziennik.

Nienawidził komunizmu, więc komunizm odpłacał mu tym samym. W 1950 roku wyrzucono go z „Przekroju” za artykuł krytykujący radzieckich sędziów, którzy zwycięstwa przyznawali tylko swoim bokserom. Potem, wraz z całym zespołem, stracił pracę w „Tygodniku Powszechnym” za odmowę napisania nekrologu po śmierci Stalina.

„Cała prasa polska (…) obśliniła się nieprzytomnymi pochlebstwami i karykaturalną rozpaczą. „Tygodnik Powszechny” zamieścił na pierwszej kolumnie informację o zgonie i kurtuazyjny artykuł (…). Cenzura wstrzymała numer. Po czym zażądała fotografii Stalina w żałobnych obwódkach. A także wyraźnego sformułowania w druku, że umarł największy człowiek naszej ery.”

Wtedy właśnie, bez pracy i perspektyw, zaczyna pisać „Dziennik 1954”.

„Przegrałem wszystkie bitwy, ten dziennik to ostatnia reduta i będę się spoza niego bronił tak długo, jak będzie można. (…) Pisarz jest pisarzem, bo pisze. Jak nie pisze, to może też jest, ale nikt o tym nie wie, najmniej on sam.”

Wiedząc, że nie ma szans na jakąkolwiek poważną współpracę z wydawnictwami, podejmuje decyzję o pisaniu do szuflady. Dzięki temu przetrwał bezcenny zapis rzeczywistości lat pięćdziesiątych. Nie przypadkiem nadal korzystam z wydania z naniesionymi ingerencjami cenzury. Świetnie wyostrzają atmosferę opisanych czasów. Przyznaję, od czasu do czasu wracam do tej książki. I to z trzech przynajmniej powodów.

Po pierwsze, był Tyrmand ciekawą i złożoną osobowością. Trudno go oceniać według jakiegoś uniwersalnego klucza. Człowiek bardzo inteligentny, subtelny erudyta, niezłomny w swoich poglądach potrafił być często szalenie arogancki i nieprzyjemnie złośliwy. Relacje, często drobiazgowe, z niezliczonych podbojów miłosnych, kiedyś z pewnością musiały szokować. Teraz w czasie lektury szybko czuję nużący przesyt. Kiełkuje myśl, że być może pisarz kompensuje tym jakieś kompleksy. Jednocześnie pojawiają się przecież akapity dowodzące wielkiej wrażliwości. Zwłaszcza, kiedy opisuje swój dziwny romans z przygotowującą się do matury osiemnastoletnią Bogną (odmłodzoną w dzienniku o dwa lata).

Po drugie, moim zdaniem, to właśnie „Dziennik 1954” z wszystkich publikacji Tyrmanda najpełniej pokazuje jego talent zmarnowany przez miejsce i czas. Znajdziemy tu wszystko: i mini-opowiadania, i celne riposty, eseje, rozważania psychologiczne, analizy polityczne, obserwacje życia codziennego. Związaną z tym żonglerkę inicjowania, porzucania, kontynuacji różnych toków narracji. Umiejętność budowania nastroju, któremu bez protestu się poddaję.

Podejmowanie tematów wzniosłych („Istotą miłości nie jest szczęście ani melancholia, poryw ani cierpienie, ale obawy. Żaden z węzłów życia nie splata się tak z obaw jak miłość”) i przyziemnych w formie esencjonalnej,  z mistrzowskim panowaniem nad słowem – oto dlaczego Tyrmand jest moim częstym gościem. Z niewielu książek o ponurych latach pięćdziesiątych udało mi się dowiedzieć więcej niż z tych zapisków.

Po trzecie, rozmawiamy o najtrudniejszym bodaj dla Tyrmanda okresie życia, kiedy pisał o sobie: „Mam blisko trzydzieści cztery i gniję. Jestem pisarzem, któremu nie wydają książek, publicystą nie drukującym artykułów, dziennikarzem nie mającym dostępu do żadnej redakcji.(…) Po prostu nie ma mnie.” Podziwiam go więc za umiejętność zachowania poczucia humoru. Fakt, często podszytego goryczą, wynikającego z niezliczonych absurdów epoki, ale celnego i błyskotliwego. Już tylko dla dowcipu, komizmu po książkę warto sięgnąć. Jakiś przykład? Proszę bardzo.

„Co mówią w Warszawie? Mówią o pewnej podróży samolotu „Lot-u” z Warszawy do Poznania. Zaraz po starcie, gdy samolot unosił się wdzięcznie nad stolicą, wyszedł z kabiny pilota młody człowiek w mundurze „Lot-u”, lecz w złowróżebnym czerwonym krawacie zetempowca i oświadczył „Obywatele! Składam wam gratulacje! Samolot, w którym znajdujecie się, uznany został jeszcze kilka tygodni temu za niezdatny do użytku w opinii bezdusznych rutyniarzy i biurokratów. Ale młoda brygada zetempowskich lotników, w ramach współzawodnictwa pracy i wart przedzjazdowych, zobowiązała się użytkować go nadal bez generalnego remontu, oszczędzając w ten sposób miliony złotych i setki roboczogodzin dla naszej ludowej ojczyzny! I proszę, oto lecimy…”

Wszyscy zrazu struchleli, po czym rozległ się lament nieznany w historii polskiego lotnictwa cywilnego, zaś jeden z pasażerów, jak się okazało wysoki dygnitarz partyjny, podobno zawył: „Dość tej szopy! Natychmiast lądować! Wy nie wiecie, kto ja jestem! Ja wam pokażę…” Ale zetempowcy nie dali się łatwo zastraszyć, ostatecznie poza stachanowszczyzną wchodziły w grę nie byle jakie premie. Samolot doleciał do Poznania, gdzie połowa pasażerów natychmiast po opuszczeniu srebrnego ptaka rzuciła się do panicznej ucieczki, podczas gdy połowę trzeba było długo cucić.”

Od końca Polski komunistycznej w 1989 roku upływa dwadzieścia sześć lat. W kategoriach ludzkiego życia – dużo. Od roku opisanego przez Tyrmanda mija aż sześćdziesiąt jeden. Dla tych, którzy nie wierzą, że kiedyś nie było internetu to zagadkowa prehistoria. Dla wielu, często idealizowany, czas ich młodości. Innym pozostały ponure, dręczące wspomnienia. „Rok 1984” polecam tym wszystkim. Poznajcie dziwną egzotykę. Przypomnijcie sobie, jak było naprawdę. Spróbujcie Tyrmandem cienie przeszłości  oswoić.

 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

POLSKA LUDOWA. Z NIEPODLEGŁOŚCIĄ SŁABO, Z ABSURDEM WYŚMIENICIE
16.11.2018
MŁODY DENTYSTO, JEDŹ NA TARG STAROCI!
07.08.2018
JAK ZACHOWAĆ MŁODOŚĆ? GARŚĆ PORAD Z 1951 ROKU
01.06.2018
UMARŁ STALIN. NIECH STALINOGRÓD WIECZNIE ŻYJE!
03.03.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018
LEKTURY PONOWNE. „DWÓR. DWÓR POLSKI W STAREJ FOTOGRAFII”
01.02.2018
LEKTURY PONOWNE. COLLODI „PINOKIO”
29.11.2017
„MARZENIA Z BETONU”. DOBRY TYTUŁ, ZAWARTOŚĆ JESZCZE LEPSZA
19.11.2017
PRL W OPARACH NOSTALGII
30.09.2017