ŁUBIEŃSKI „DWANAŚCIE SROK ZA OGON”. O PTAKACH Z CZUŁOŚCIĄ


W którymś z opracowań na temat Chin lat pięćdziesiątych XX wieku czytałem o zarządzonej na terenie całego kraju akcji wyłapywania ptaków. To one, według komunistycznego dyktatora Mao Tse Tunga, miały być odpowiedzialne za głód. Obywatele karnie wyruszyli na łowy. Chwytali w przeróżne siatki wszystko, co latało w powietrzu, niszczyli gniazda, a nawet zabijali hałasem. Wreszcie ogłoszono wykonanie partyjnego rozkazu. Z relacji świadków można się dowiedzieć, że cisza, jaka nastała w świecie pozbawionym skrzydlatych istot była tak zatrważająca i posępna, że nie sposób jej porównać z żadnym innym rodzajem przejmującego smutku. Na polach wkrótce masowo pojawiły się szkodniki niszczące plony, a prawdziwa klęska głodu pochłonęła nawet czterdzieści milionów ludzi. Tyle świadectwo oszalałej ideologii. Ptaki są taką oczywistością, że na co dzień umyka zmysłom, jak bardzo wzbogacają naszą rzeczywistość. Dobrze, że Stanisław Łubieński w książce „Dwanaście srok za ogon” ani na chwilę nie pozwala o tym zapomnieć.

Skromna okładka, około dwustu stron tekstu. Nie ma ani jednej fotografii. Może i byłby to zarzut, gdyby autor pisał tekst naukowy. Tym razem daje świadectwo niemal dziecięcej fascynacji i zachwytu. A zaczynało się typowo, od zaspokojenia ciekawości małego Stasia, amatorskiego podglądania ptaków przez kupioną na bazarze radziecką lornetkę, potem lektur, eskapad na Węgry, do Skandynawii, penetrowania bezkresnej delty Dunaju.

Łubieński jest sprawnym pisarzem, panującym nad specjalistyczną terminologią. Pisze o swoim hobby z taką swadą, zapałem i wrażliwością, że można mówić o literaturze bez reszty wciągającej. Do tego stopnia, że jedyną konkurencję widzę w dobrym atlasie ornitologicznym albo wypatrywaniu na niebie krążących ptaków.

Żurawie uspokajają się i przez kilka minut słyszę już tylko delikatne kumkanie któregoś ptaka. Większość schowała głowy pod skrzydłami. I nagle wybucha afera. Dziesięć żurawi, trąbiąc z oburzeniem, odlatuje. Za chwilę, po namyśle, dołącza do nich jeszcze kilkanaście. Zupełnie jakby któryś ptak, niezadowolony z przydzielonego mu miejsca, zrobił gospodarzom awanturę, a potem zabrał się wraz z rodziną. Urażony żuraw i solidarni krewni. Dalej, z pewnym ociąganiem – znajomi. Secesjoniści lądują na sąsiednim polu. Żurawie mają podobno rozwinięte stosunki społeczne, ale nie wiem, czy są obrażalskie i przewrażliwione na punkcie honoru.

Pisarz, podobnie jak bohaterowie książki, też swobodnie krąży. Co cieszy czytelnika, bo dzięki temu nie ma do czynienia z nudną monografią typu: wszystko, co wiem o sowie, gilu, bocianie czy jaskółce, a raczej ze swobodnym gawędziarskim lotem rozpisanym na dwanaście rozdziałów. Z wieloma dygresjami z dziedziny filmu, muzyki, malarstwa.

Tak Łubieński widzi obraz w Muzeum Chełmońskiego w Radziejowicach.

Kaczeńce. Wiosna z 1908 roku. Jasny, świetlisty jak większość późnych obrazów. Żółciutka majowa łąka, wielkie, pogodne niebo i „para bocianów wnosząca spokój”, tłumaczy głos w słuchawce. Wystarczy rzut oka na szerokie zaokrąglone skrzydła i krótkie ciemne szyje ptaków, by stwierdzić, że to nie bociany. Problem identyfikacji gatunków nie trapi przesadnie historyków sztuki. Te czarno-białe sylwetki to koziołkujące w powietrzu czajki. Kto choć raz widział ich chwiejny lot tokowy, ten wie, że jest przeciwieństwem statecznego bocianiego szybowania. Czajka ze swoimi podniebnymi ewolucjami jest wiosenną apoteozą życia i witalności. U Chełmońskiego nie ma nigdy przypadkowych ptaków. Są zawsze konkretne gatunki w przemyślanej scenerii i w bezbłędnie uchwyconym ruchu.

Birdwatching (trwają poszukiwania polskiego odpowiednika) – nieprofesjonalne podglądanie ptaków jest w Wielkiej Brytanii pasją i sposobem na spędzenie wolnego czasu dla sześciu milionów ludzi. U nas wciąż rozrywką niszową, choć pasjonatów z roku na rok przybywa. Jak ich nazwać? Łubieński proponuje dla języka potocznego „ptasiarze” albo bardziej infantylnie „ptakoluby”. Odrzuca „ornitologa” zarezerwowanego dla fachowców i „ornitologa amatora”, bo nazwa kładzie nacisk na amatorskość. Coś z tego zapewne w polszczyźnie zostanie; przyswojenie nazwy angielskiej nie wydaje mi się możliwe.

Mnóstwo w książce ciekawostek. Skąd, na przykład, wiadomo, że James Bond był ornitologiem? Że nazwa sowy pójdźki pochodzi od jej głosu, który tłumaczono jako „pójdź, pójdź w dołek pod kościołem”? Po co ptaki śpiewają, a te w filmie Hitchcocka zachowują się nienaturalnie? Dlaczego lelek nosi przydomek „kozodój”, a modraszki piją „kocie mleczko”?

Moda na „ptasiarstwo” nie zawsze jest dla samych ptaków neutralna. Książka „Dwanaście srok za ogon” przynosi, zwłaszcza w ostatnich rozdziałach, wystarczająco dużo przykładów „miłośników” przyrody gotowych ją niszczyć, byle tylko pochwalić się później zaliczeniem jakiegoś okazu. Łubieński wspomina też o fotografach, którzy za cenę zdobycia efektownego ujęcia gotowi są na niemal wszystko. Cóż, wiadomo nie od dziś, że największym wrogiem ptaków jest człowiek.

Żeby nie kończyć w minorowym nastroju. Nieczęsto zdarza mi się czytać książki zmieniające postrzeganie jakiegoś zjawiska. Po lekturze przyznaję autorowi rację: „(…) pasja zmienia na zawsze. Możesz już nie chodzić po bagnach i lasach, ale twój wzrok zawsze przykuje przelatujący dzięcioł. Nigdy nie pozostaniesz obojętny na połyskliwe piękno pierwszych wiosennych szpaków. Zawsze przystaniesz na dźwięk nieznajomego śpiewu. Nigdy nie przestaniesz obserwować”.

Szkoda, że tych srok jedynie dwanaście.