MAJ NA BLOGU. CO POLUBIŁEM, A CO MNIEJ


Minął poetycki miesiąc, a u mnie ani wierszyka. Na moment pojawił się tylko Marek Grechuta w Lanckoronie. Jednym słowem, proza rządziła. I fotografia, no bo jak w takim miesiącu nie wyjść z aparatem w plener. Zanim jednak zaproszę do przeglądu, wcześniej smakowita anegdota z czasów najsłuszniej minionych. Przy okazji, ciekaw jestem, czy ktoś z Czytelników chodził w pochodach pierwszomajowych? Jakie wspomnienia zachował?

Maj rozpoczął się w poniedziałek, który był, jak dawniej, dniem wolnym, choć bez manifestacji i “spontanicznego” poparcia dla polityki partii i rządu. Przypomniałem sobie przy tej okazji pewien krakowski incydent z 1967 roku. Wspomina o nim Jerzy Eisler w książce “Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL”.  Jest doskonale absurdalny, aż chce się powiedzieć: Mrożek lepiej by nie wymyślił. Otóż, «(…) na ulicy Lenartowicza robotnicy wywiesili transparent “Rewolucja Październikowa symbolem zagłady”. Został on natychmiast zdjęty przez funkcjonariuszy SB. W trakcie wyjaśnień okazało się, że jest to oficjalny transparent, tyle tylko, że niedokończony. Jego pełna wersja brzmiała “Rewolucja Październikowa symbolem zagłady kolonializmu”. Na drugi dzień monterzy, zawieszający kolejne wyrazy hasła, w pierwszej kolejności zamontowali słowa: “Rewolucja Październikowa symbolem kolonializmu”, a dopiero na końcu dodali wyraz “zagłady”»

STASIUK

Zaczynam od autora “Babadag”, ponieważ w swoim pisarstwie od lat z uporem szuka właśnie czasu minionego. I znajduje, bo zwyczajnie wie, gdzie szukać. To tereny Europy Wschodniej, Bałkany i byłe republiki radzieckie. W ostatniej powieści “Osiołkiem” udaje się do Kazachstanu. Jak to u Stasiuka, nie po to, żeby zwiedzać świat, ale żeby poznawać siebie. Dla mnie to najlepszy rodzaj książki podróżniczej.

Pojechać najdalej, jak tylko się da, i wrócić. Niespecjalnie się przejmując, dokąd właściwie się jedzie. Gdzieś do Azji. Że już nie można dalej, bo Chiny na przykład, a tam się własną furą nie wjedzie i bez chińskiego prawa jazdy. Tak to miałem wymyślone. Żeby się kawał świata przesunął za oknem. Żeby obce powietrze wpadało przez opuszczoną szybę. Żeby nieznany kurz się zbierał. Żeby nie było wiadomo, jak to się skończy. Żeby było jak kiedyś, gdy wsiadało się do autobusu, potem do następnego i następnego, żeby znaleźć się w obcej części miasta. Albo jeszcze po ciemku do podmiejskiego pociągu, żeby oglądać zimowy brzask w Skierniewicach.

Przy okazji, jest to obowiązkowa lektura dla wielbicieli samochodów. Stasiuk dociera pamięcią do najdawniejszych wspomnień z nimi związanych. Pisze o swoich kolejnych autach z taką czułością, że ma się wrażenie – to rodzina. Dobrze rozumiem jego słabości, bo też lubię samochody i traktuję je jak bliskich towarzyszy drogi.

Andrzej Stasiuk, Osiołkiem

IWASZKIEWICZ

Biograficzny reportaż Anny Król “Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” to też podróż w czasie i do miejsca, którego w dawnym kształcie nie ma i już nie będzie. Pisarz sportretowany został niecodziennie – poprzez rzeczy. Łóżko rozpoczyna opowieść o jego śmierci, fotografia żony o jej psychicznej chorobie, order o pozycji w polityce i środowisku literackim, a guzik o domu rodzinnym.

Autorka przedstawia wiele faktów mniej już dzisiaj znanych. Choćby taki, z ponuro kojarzącego się 1955 roku: w lutym belgijska królowa Elżbieta podejmowana była obiadem w Stawisku, posiadłości Iwaszkiewicza. Dlaczego? Otóż królowa przyjechała do Polski na V Konkurs Chopinowski. Dla władzy ludowej dom pisarza okazał się wybawieniem. Uniknęła posądzenia o bratanie się z koronowaną głową, przybywającą ze zgniłego Zachodu i wysyłała równocześnie w tamtym kierunku sygnał, jak bardzo hołubieni są pisarze w socjalizmie. Czy ktoś się domyślił w trakcie przyjęcia, że zorganizowano je na, nie podlegające dyskusji, polecenie partii, a sam pisarz przez lata żył w obawie, że rodzinna posiadłość przez tę samą władzę zostanie mu odebrana jako niezgodny z duchem epoki burżuazyjny relikt?

Książka posiada jedną wadę, o której piszę w recenzji. Niewielką wszak, więc rzecz polecam. Jest szansa, że rozbudzi apetyt na lekturę utworów bohatera tej oryginalnej biografii.

Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

PAWLIKOWSKA

Od pewnego czasu uwierzyła w nadprzyrodzoną umiejętność pisania o wszystkim. Publikuje w takim tempie, że w recenzjach lepiej powstrzymać się od określenia “ostatnia książka”, bo być może w księgarniach wykładają już na półkach następną. Nie byłoby źle, gdyby opisywała, jak kiedyś, swoje wrażenia z podróży. Szkopuł w tym, że postanowiła leczyć. Niestety, nie z lekkiej niestrawności, otarcia naskórka czy bólu gardła, ale z anoreksji, narkomanii, bulimii, alkoholizmu, depresji. To, że sama przezwyciężyła te choroby ma dawać przepustkę do udzielania fachowych porad, tym samym ignorowania wiedzy medycznej. Nic dziwnego, że pojawia się coraz więcej głosów protestu zarówno ze strony dotkniętych uzależnieniami, jak i środowiska lekarskiego. Również “normalnych” czytelników, do których – przyglądając się swoim słabościom – ostrożnie się zaliczam. Pod recenzją rozgorzała dyskusja. Ciekawsza niż mój tekst. Wiadomo, że Pawlikowska ma swoich przeciwników, ale też dozgonnie oddanych wielbicieli.

Przykład? Powszechnie wiadomo (okazuje się, nie do końca jednak), że najgorszą rzeczą, jaką można “obdarować” chorego na depresję są słowa: “weź się w garść”. Pawlikowska radzi: “Jeżeli w twoim życiowym ogrodzie pojawiło się więcej suchych badylków niż zielonych pędów, przestań narzekać, podwiń rękawy, weź do ręki odpowiednie narzędzia i popracuj. Wszystkie nasionka tylko czekają, żeby wypuścić kiełki i rosnąć do słońca.”

Tak komentuje te pouczenia osoba dotknięta depresją: “Co za bzdury. Niebezpieczne dla zdrowia i życia chorych bzdury. Nieleczona depresja niweczy plany, łamie kariery, rujnuje życia, zabija. Nieleczona depresja jest chorobą śmiertelną. Czasem rzeczywiście wystarczy chodzić na spacery i dostrzec piękno świata, by się pozbyć depresji. Czasem faktycznie wystarczy “wziąć się w garść”. Często jednak jest to niewykonalne. Gdy przychodzi taki czas, że wyjście z domu na zakupy staje się wyprawą, którą się planuje przez godzinę, a nastawienie pralki staje się naprawdę skomplikowanym zadaniem, wtedy poradnik Pawlikowskiej staje się tylko kolejnym wyrzutem. Następnym dowodem dla chorej osoby, że skoro inni mogą uporać się z depresją, a ja nie mogę, to znaczy, że coś jest ze mną nie tak.”

Beata Pawlikowska, Narkotyki, anoreksja i inne sekrety

Co jeszcze znalazło się na blogu majowym?

MUZEUM OGNIA

Relacja z jednego z trzynastu najciekawszych muzeów na świecie w rankingu serwisu architektonicznego Contemporist.com.

Muzeum Ognia

LANCKORONA

Sama się nie lansuje, ale może liczyć na pomoc artystów, którzy uczynili z tej wsi swoją mekkę. Właśnie dlatego zastanawiam się w relacji, czy nowa nazwa tego miejsca nie powinna brzmieć – Lanskorona.

Lanckorona

KWIATY

Te lansu nie potrzebują. W poradniku piszę, jak w sposób łatwy i bez ponoszenia kosztów można je lepiej fotografować.

Fotografia kwiatów

NIECODZIENNA WYSTAWA W GALERII HANDLOWEJ

Trafiłem na nią przypadkiem, w trakcie zakupów. Karolina Wojaczek-Jergla każdego dnia fotografuje trójkę swoich dzieci. Z całości tworzy co roku album, który jest częścią jej Projektu 364. Kilkadziesiąt wybranych z niego świetnych fotografii stworzyło wystawę. Dobrze popatrzeć na szczęśliwe dzieciństwo uwiecznione przez utalentowaną mamę.

Galeria zdjęć w galerii handlowej? To możliwe.

BIBLIJNE FRAZEOLOGIZMY

Wyjaśniam w tej części pięć. Na rozgrzewkę nieco łatwiejszych. Niebawem kolejne i wtedy zaczną się “biblijne” schody. A na razie: o głosie wołającego na pustyni, złotym cielcu, misce soczewicy, salomonowym wyroku i dlaczego bycie na świeczniku to odpowiedzialność.

Biblijne frazeologizmy

Co w najbliższym czasie? Reportaż z miasta, które w nazwie już ma jeden kolor, a przydałby się bardzo kolejny. Z tą zagadką pozostawiam Was do poniedziałku.

Żadna z fotografii nie była wcześniej publikowana na blogu.