MAJ PRZEMKNĄŁ. A CO NA BLOGU?


Nie mogło być inaczej. Kiedy, jak nie w maju – w czasie długich dni, z najpiękniejszą w roku odsłoną natury – zwiedzić, a wieczorami w ogrodzie poczytać, do kuchni przynieść coś rankiem z łąkowej spiżarni i kulinarnie poeksperymentować. Zawsze mam przekonanie, że trzeba ten majowy czas maksymalnie wykorzystać, bo już pod koniec czerwca dni powoli się skracają. No więc pojeździłem i pochodziłem sobie, poczytałem i podjadłem. Przyznacie, zgrabny zestaw.

Najpierw pojechałem na wieś, czyli do Katowic. A dokładniej, do dzielnicy Giszowiec. Nie ma w Polsce podobnie dużego miasta, w którym – o kilka minut jazdy od centrum – można spotkać równie sielankowe obrazki. Kilka tysięcy mieszkańców żyje w otoczeniu niemal nie zmienianym od czasu budowy tego niezwykłego osiedla górniczego na początku XX wieku. Pionierskość przedsięwzięcia była tak duża, że architektura chałup ze schodzącym w dół załamanym dachem, rozwiązania urbanistyczne robią i dziś wrażenie na wszystkich, którzy się tu pojawiają. Niesłychane, ale – żeby uniknąć monotonii – każde domostwo budowano w nieco innym stylu. Dlaczego okaleczony Giszowiec pozostał jedynie w jednej trzeciej dawnej całości, wyjaśniam w reportażu.

giszowiec jpg.

W niewielkich Goczałkowicach, na południe od Pszczyny, też znalazłem kawałek (maleńki) wsi. I choć niezwykle malowniczy i prawdziwy, to bardziej jego otoczenie skupia wzrok. Prywatne ogrody Kapias są jednym z większych moich odkryć tego roku. Zjawisko, o którym można by dużo opowiadać, ale dopiero zobaczenie na własne oczy ma prawdziwy sens. Słyszałem już wcześniej entuzjastyczne opinie na temat miejsca, więc byłem przygotowany na spore estetyczne przeżycia. Rzeczywistość przerosła oczekiwania. Tak bardzo, że materiał fotograficzny ze względu na wielkość byłem zmuszony podzielić na dwie części. W drugiej, gdzie pokazuję starą część ogrodu, dominuje nastrój bardziej kameralny. Dziś nadarza się okazja, by dodatkowo kilka zdjęć pokazać.

ogrody kapias jpg.

Ze szczególnego sentymentu do Henrykowa musiałem się w swojej relacji wytłumaczyć. No bo jak to. Kolejny raz jechać kilkaset kilometrów, żeby zobaczyć opactwo? Chodzi o coś więcej niż pieczołowicie odrestaurowane zabudowania i wnętrza, malowniczą okolicę. Mamy w kraju miejsca, o których można powiedzieć: tu się coś dla Polski zaczęło. W małej dolnośląskiej wsi nie było to może jakieś spektakularne wydarzenie rangi najwyższej, ale ważne bez wyjątku dla każdego, kto po polsku czyta i pisze. Chodzi o pewne zdanie zapisane ręką opata Piotra prawie osiem wieków temu.

Zaskoczyć może fakt, że to zdanie znalazło się w „Księdze henrykowskiej” w czasach, kiedy jeszcze nie funkcjonowała nazwa „Polska”. To stało się dopiero około XV wieku. Tak późno? Tak, historia nazwy naszego kraju jest ciekawsza niż mogłoby się wydawać. Należy zaczynać od… pola. Następnie zapytać, dlaczego nie Polonia i co z tym wszystkim mieli wspólnego Polanie (albo, według hipotezy jednego z historyków, na pewno nie mieli).

flaga polski jpg.

O Polsce z dumą („Bo to naprawdę cudowny kraj”), także w jakiej dziedzinie jest beztalenciem, kiedy spotkał największą miłość swojego życia, jaki związek ma zamek z samotnością opowiada Bogusław Linda w przeprowadzonym przez Magdę Umer ciekawym i wrażliwym wywiadzie. Jedno jest pewne – Linda z filmów Pasikowskiego jest, na szczęście, inny prywatnie. Dla wielu zaskoczeń i dla samej rozmówczyni, o której też dowiedzieć się można niemało, warto po książkę „Zły chłopiec” sięgnąć.

bogusław linda jpg.

Historia Polski to również kilkadziesiąt lat dziwnego tworu nazywanego PRL-em. Na pierwszy rzut oka książka Wojciecha Kałużyńskiego „Niebieskie ptaki PRL-u” potwierdza obiegową opinię, że byliśmy „najweselszym barakiem obozu socjalistycznego”. Jednak, mimo dziesiątków przytoczonych anegdot (Himilsbach: „W całym swoim życiu byłem w teatrze półtora raza.” Jeden spektakl widział w całości, z drugiego wyszedł po przerwie, bo bał się, że ucieknie mu ostatni pociąg do Międzylesia, gdzie mieszkał) ten trop jest fałszywy. Naprawdę to rzecz o tym, jak utalentowani ludzie w dławiących czasach efektownie i perfekcyjnie marnowali swoje talenty topiąc je w alkoholu.

niebieskie ptaki prl-u jpg.

Kto wie, czy, gdyby alkohol był tak tani i łatwo w Korei Północnej dostępny, jak w czasach Polski Ludowej, to nie pogrążyłaby się w chronicznym delirium. Do książki „Tydzień w Korei Północnej”, o jedynym kraju rządzonym od pięciu już lat przez dwóch zmarłych przywódców, podchodziłem z nadzieją, że dowiem się czegoś nowego od świadka, który był tam, przewiózł notatki i kilkaset zdjęć. A tu rozczarowanie, bo do czynienia miałem raczej ze studium naiwności przedstawiciela sytego i prostodusznego Zachodu.

tydzień w korei północnej jpg.

Teraz sobie uświadomiłem, że w kulinariach zająłem się produktami, które Koreańczycy mają w dużej obfitości (obfitość i Korea Północna?). Jeden z nich to podstępnie skradający się wróg każdego ogrodu – podagrycznik. Do niedawna i mój osobisty. A wystarczyło poczytać. Wiedzą się dzielę, podagrycznik w smaku marchewkowo – pietruszkowym polecam, a na fotografiach w artykule dokładnie go pokazuję.

Drugi z chwastów (już bardziej w kuchni „oswojony”) to pokrzywa. Zdarza mi się pić herbatę z pokrzywy, sam proponowałem sałatkę z jej udziałem, a ostatnio dodaję posiekaną w dużej ilości do chleba. Po upieczeniu, dwie niespodzianki. Chleb ma wyjątkowo delikatny i lekko wilgotnawy miąższ, a sama pokrzywa w tajemniczych okolicznościach w nim znika i żaden sposób nie zmienia zwykłego wyglądu bochenka.

chleb z pokrzywą jpg.

A kiedy już pozwiedzałem, poczytałem i zjadłem to na koniec miesiąca, jak co roku, poszedłem do Piekar. Ponownie doświadczyć atmosfery, jedynej takiej na świecie, męskiej pielgrzymki.

pielgrzymka mężczyzn do piekar jpg.

pielgrzymka mężczyzn do piekar jpg.

Chcę tam wrócić za rok, a na blog wcześniej.  Już w poniedziałek.

Na fotografii tytułowej – Piekary o 3.59 nad ranem.

Żadnego ze zdjęć nie publikowałem we wcześniejszych wpisach.