MAKI, MIASTO, MEGAWATY I BLOG CZERWCOWY


Jest ostatnim miesiącem, w którym dzień się wydłuża i pierwszym, w którym się skraca. Co tu dużo mówić, ten drugi fakt jeszcze nigdy mnie nie zachwycił. Mimo że całe lato przede mną, oczami wyobraźni widzę już jesienne słoty i zimowe zawieje. Ale dość czarnowidztwa. Czerwiec na blogu był, mam nadzieję, dobrym wstępem do tego, co się tu przez najbliższe tygodnie wydarzy.

Przede wszystkim sporo odkrywania uroków Polski i relacji z podróży. Od początku ubiegłego miesiąca ukazały się takie cztery. W rankingu na największe wrażenie z pewnością wygrała najstarsza elektrownia wodna w kraju – „Leśna”, niedaleko Świeradowa Zdroju. Mała, skromnie „przycupnięta” obok najbardziej uczęszczanych szlaków turystycznych na Dolnym Śląsku, robi oszałamiające wrażenie dzięki wkomponowaniu w otoczenie. Żadna fotografia nie odda uroku tego miejsca.

elektrownia lesna jpg.

Nie chcąc opuszczać łona natury dotarłem do górnośląskiego Radzionkowa. Niewielkiego, dynamicznie rozwijającego się miasteczka, które ma swój ogród botaniczny. Raczkujący dopiero, ale z takimi ogrodami tak już jest, że warto ich stopniowy rozwój obserwować. Radzionkowski najlepsze lata ma przed sobą, ale właśnie dlatego polecam już teraz dwugodzinny spacer. Choćby po to, żeby kiedyś powiedzieć: „Zobacz, jak te drzewa przy jeziorku wyrosły. A pamiętasz, jeszcze dziesięć lat temu całe było skąpane w słońcu?”

ogrod botaniczny w radzionkowie jpg.

Wydawało mi się, że kiedy z tego miejsca przyjadę do Przerzeczyna Zdroju to czeka mnie dalszy ciąg wrażeń estetycznych w kategorii: parki i ogrody. Nie przewidziałem jednego – nie wszystkie uzdrowiska w Polsce są równie zadbane jak Krynica, czy Ciechocinek. To, że Przerzeczyn jest najmniejszym w kraju nie musi tłumaczyć ogólnego zaniedbania. Dziwnie zabrzmi, ale nastrój poprawiły mi dopiero nagrobki wokół kościoła położonego w pobliżu sanatoriów.  Drugi paradoks polega na tym, że miejscowość leży w niebywale atrakcyjnej okolicy. Wokół przekwitały powoli pola rzepaku, a pojawiały się chabry i maki. Dlaczego w słoneczną niedzielę byłem tu jedynym turystą?

przerzeczyn zdrój jpg.

Maki zawsze mnie intrygowały. Musiałem więc w czerwcu, kiedy pokazują swój powab w pełnej krasie, poświęcić im osobną relację. Niby takie wiotkie, słabe, zwiewne, ale – okazuje się – naprawdę są zupełnie inne. Charakterne. Co mnie w nich zaskoczyło, opisuję wśród wielu zamieszczonych fotografii.

mak jpg.

O innych kwiatach – czereśni, sporo pisałem w kwietniu. Po kilku tygodniach kwiaty zamieniły się w czerwcu w owoce. A te zerwałem i zjadłem? Nawet gdybym miał największą ochotę (a miałem) i tak by mi się nie udało. Dlaczego wszystko, co pozostało to (przyznaję, nie bez frajdy) uprawianie modnego birdwatchingu (w wersji domowej)? I kupowanie czereśni na targu?

czereśnie jpg.

Na pierwszy rzut oka dziwne, ale właśnie te owoce będą mi się do końca życia kojarzyć ze świadectwami z podstawówki. Sięgnąłem na zakończenie roku szkolnego pamięcią do dzieciństwa, by na końcu wspomnień podać swoją bardzo prywatną definicję chłopięcego szczęścia.

szkolne świadectwo jpg.

Mieszkam na Górnym Śląsku, nic więc dziwnego, że w dzieciństwie otaczała mnie gwara śląska. Długie lata uważałem, że należy podchodzić do niej z rezerwą, a nawet jej się wstydzić, bo to gorsza odmiana języka i cokolwiek prymitywna forma komunikacji. Do czasu, kiedy dotarło do mnie, że wzbogaca – jak każda bez wyjątku gwara – polszczyznę literacką i jest świadectwem życia wielu pokoleń. Już teraz zapowiadam artykuł o śląskich przekleństwach. Dlaczego nie napisałem „wulgaryzmach”? Wyjaśnię wkrótce.

nikiszowiec jpg.

Rzeka Przemsza oddziela Górny Śląsk od Zagłębia Dąbrowskiego. Z zagranicy więc, czyli z Sosnowca, wywodzi się Zbigniew Białas, autor głośnego „Korzeńca”. Akcję wszystkich dotychczasowych powieści osadził właśnie w tym mieście. Postanowiłem podzielić się wrażeniami z lektury „Tala”, ambitnej powieści kryminalnej. Cóż, mogę powiedzieć jedno. Szkoda, że do tej pory Katowice nie doczekały się równie błyskotliwego autora.

zbigniew białas jpg.

Na swojego piewcę musi zapewne poczekać też dolnośląska Niemcza. Małe, zabytkowe miasteczko z niemal tysiącletnią historią. Dlaczego musi? Powody są dwa. Nikt nie zachęca do odwiedzenia grodu z dobrze zachowanymi zabytkami średniowiecza. Po drugie, nikt o to miejsce nie dba. Tak więc Niemcza czeka i na odkrycie, i na swojego Zbigniewa Białasa. Nie znaczy to, że nie ma sensu do niej przyjeżdżać. Przeciwnie, właśnie odkrywanie na własną rękę daje najwięcej satysfakcji.

niemcza jpg.

A co ja odkryłem na blogu? Po raz dziewiąty i całkiem niedawno, po raz dziesiąty w ciągu roku, przyjrzałem się polskim frazeologizmom. Nie chcę się powtarzać, ale śledzenie ich pochodzenia, losów od dawna mnie intrygowało. Przypomina pracę detektywa, który równie często wykrzykuje „eureka”, co przyznaje się do porażki, ponieważ ślady są od dawna zatarte.

starodruk jpg.

W innej postaci znam dobrze to zjawisko z fotografii nocnej. Zmierzch zapada szybko, czasu na zdjęcia niewiele i po godzinie, półtorej czerń (prawie) wszystkie ślady do świtu zaciera.

auta noc jpg.

Fotograf bez protestu aparat chowa do torby i wraca do domu przygotować kolejny reportaż. Na przykład, o tym, co słychać w katowickim Nikiszowcu. Nie ma takiej drugiej dzielnicy w Polsce. Ale o tym już w piątek.

(W okresie wakacyjnym zapraszam do nowych tekstów i fotografii w każdy wtorek i piątek)