MAMA I SZKOLNE ŚWIADECTWO


Wreszcie! Ostatni dzwonek, ostatnie słowa  pani, która do czegoś namawia i przed czymś ostrzega, ale niecierpliwa radość całkowicie odbiera słuch i widać poruszające się tylko usta. Po miesiącach wyczekiwania – najpierw w jesienne słoty, kiedy jedynie niepoprawni optymiści twierdzili, że dożyjemy, potem w zimowe zawieruchy i wiosenne, zielone ożywienia – wreszcie nadeszły. Wakacje. Ponad sześćdziesiąt wolnych dni, co przekładając na poczucie czasu kilkuletniego chłopca oznaczało, że do szkoły już chyba nigdy nie wróci.

Jak ten bezmiar zagospodarować? Kto by się martwił, jeśli tyle ważnych, męskich spraw musiałem odłożyć na lato. Wszystkie te szałasy, zamki i auta do zbudowania, codzienne wyprawy pod nasyp kolejowy, który przez pierwsze lata podstawówki stanowił granicę świata pełnego tajemnic, niezliczone zawody w dziedzinach na bieżąco wymyślanych. Tyle tego, że nie wiadomo było od czego zaczynać.

Po zakończeniu roku szkolnego wracałem do domu jak zawsze z Heńkiem, który mieszkał po drodze. Żegnaliśmy się poważniej, ściskając dłonie, jakbyśmy się mieli spotkać po latach, a nie tego samego dnia po południu. Ostatnie kilkaset metrów szedłem, a właściwie podskakiwałem, już sam. Ostrożnie, w dwóch spoconych palcach ściskałem na brzegach szkolne świadectwo. Do dzisiaj mogę w tych miejscach podziwiać  linie papilarne kciuka i palca wskazującego w rozmiarach z dzieciństwa.

Podskoki może byłyby jeszcze bardziej sprężyste i wyższe, gdyby nie – jak chciała tradycja utrzymująca się do samej matury – ocena z matematyki. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby w tym miejscu na świadectwie pojawił się kleks najczarniejszy z czarnych albo mały pożar wypalający papier na wylot. W rzeczywistości nie musiałem się jednak niczego obawiać. Rodzice jakiś radosnych sensacji w tej kwestii nigdy się nie spodziewali. Wystarczające powody do rozpoznania moich umiejętności i pozbycia się złudzeń dałem już w pierwszej i drugiej klasie. A w trzeciej z powodu ułamków poszedłem na ośmiodniowe wagary.

szkolne świadectwo jpg.

Wracając, jednego mogłem być pewny. Że mama – niezależnie, jakie szkolne świadectwo przyniosę – czeka na mnie z prezentem. Trochę dziwnym, ale dla mnie bardzo ważnym. Tworzącym pewien porządek i rytuał, choć tego słowa wtedy jeszcze nie znałem. Wręczenie oznaczało początek lata i zapowiedź wszystkich nieznanych przygód, jakie miały się wydarzyć.

Co to było? Książki? Piłka? Gry? Trampki? Nie, nic z tych rzeczy. Co roku, pokazując szkolne świadectwo dostawałem papierową torbę wypełnioną czereśniami. Czekałem na nie, śniły się – były owocową esencją beztroskiego i bezpiecznego życia.  Tylko tego dnia miały niecodzienny smak obietnicy, zapach początku lata. Teraz, kiedy widzę na zakończenie roku szkolnego odświętnie ubranych uczniów,  przewija mi się w pamięci ten sam film. Z mamą w roli głównej.

Chciałbym znów dzisiaj, na te kilka chwil, stać się kilkuletnim chłopcem, który przyspiesza kroku, a potem biegnie co sił w nogach, bo w oddali zobaczył stojącą przy furtce uśmiechniętą postać z wielką torbą czereśni.

Po latach okazuje się, że i tak może wyglądać najlepsza definicja dziecięcego szczęścia.

A jakie są Twoje wspomnienia z tego dnia?

Jakiś czas temu przywołałem obraz swojej Pani, dzięki której przestałem być analfabetą. To tekst nie tylko dla tych, którzy skończyli właśnie pierwszą klasę.