MARCIN WRONA „WRONĄ PO STANACH” (RECENZJA)


Okładka przyciąga wzrok z daleka. Jest w niej coś swoiście amerykańskiego – jaskrawość, przesada, chęć zwrócenia uwagi, zarozumiałość. Czy są to jednocześnie cechy zawartości książki Marcina Wrony „Wroną po Stanach”? I tak, i nie. Autor, amerykański korespondent telewizji TVN, mieszka w Stanach Zjednoczonych od piętnastu lat. Szmat czasu wystarczająco duży na oswojenie kraju. Czy udało się ten bagaż nagromadzonych wrażeń i wiedzy atrakcyjnie przekazać? Mam pewne wątpliwości.

Wrona szczęśliwie nie porwał się na relację ze wszystkich stanów, z pięćdziesięciu wybrał najbliższe sercu osiem. Czytelnik i tak jest na 320 stronach co chwila zaskakiwany. Nawet jeśli mu się zdaje, że Amerykę zna dobrze. Na przykład, mało kto wie, że turystyczną mekką jest nie Nowy Jork (67 milionów turystów), a znacznie mniej znane Orlando (75 milionów). Z kolei w Honolulu urządza się festiwal mielonki, ulubionego produktu Hawajczyków (tym samym turystów) i jednego z symboli wysp. Wiedziałem, że Ameryka jest dużym krajem, ale zaskoczyła mnie odległość między wschodnim a zachodnim wybrzeżem – jest taka jak z Warszawy do Gibraltaru (3500 kilometrów) i tak dalej.

Z pewnością oryginalnym pomysłem jest zamieszczanie przepisów kulinarnych. Dowiemy się jak przygotować cubano sandwich z niezbędnym składnikiem w postaci skromnych trzech kilogramów łopatki wieprzowej bez kości, Southern Fried Chicken do przygotowania którego potrzebujemy „ptaka o masie standardowej”. Inne jak crab cakes, clam chowder (kremowa zupa z małżami), jambalaya na wzór nowoorleański, czy swojski gulasz, są już na ludzką miarę.  Trzeba jednak przyznać, że nie jest to jakaś sztuka dla sztuki – autor podaje dokładnie wyliczone składniki, punkt po punkcie sposób wykonania potraw oraz zamieszcza ich zdjęcia. Nic tylko próbować we własnej kuchni, jak smakuje Ameryka.

Kończąc rozdziały autor zadaje po cztery pytania kilku mniej lub bardziej znanym osobom mocno ze Stanami związanym. Wśród nich pojawia się Marcin Gortat („zaskakiwało (…), gdy grałem w Orlando Magic, że ludzie podchodzili do mnie na stacji benzynowej i wypytywali o wszystko: o moje życie, o to, jak mija mi dzień, co będę tego dnia robił…”).

W książce wypowiada się również dwójka dzieci Marcina Wrony. Szczerze mówiąc, niewiele te wynurzenia wnoszą. Wynika z nich, że są za (Ameryką), a nawet przeciw niej. Na domiar złego ramki z ich tekstami są niefortunnie umieszczone, najczęściej ni stąd, ni zowąd w połowie zdania autora, więc trzeba przerywać jego myśl i po lekturze dziecięcych wynurzeń po chwili do niej wracać. Irytujące.

Czego mi zabrakło? „Wroną po Stanach” to rodzaj spisanych wrażeń z podróży po atrakcjach kilku stanów. Żałuję, że tak niewiele miejsca poświęcono na amerykańską prowincję. Jeśli już, dostajemy raczej oszczędne sygnały typu „gdy się tu wprowadzałem [Falls Church w Wirginii] wciąż panowała wspaniała, leniwa, „małomiasteczkowa” atmosfera (…)” albo „dzięki weekendowym wyprawom na dwóch kółkach poznałem małe klejnociki okolic Waszyngtonu, stare niewielkie miasteczka, którym udało się ochronić przed deweloperskim tsunami (…)”. Właśnie takich tematów byłbym bardziej ciekaw niż opisów Kalifornii, Florydy, Chicago czy Nowego Jorku.

Choć akurat rozdział poświęcony temu miastu zaliczam do ciekawszych. Autor zauważa, jak bardzo zmieniła się metropolia w ostatnim ćwierćwieczu. Wspomina czasy, kiedy na serio radzono turystom, żeby na wypadek napadu ulicznego mieli przygotowane w kieszeni 20 dolarów. Przełomem stał się wybór legendarnego dziś burmistrza Rudolfa Giulianiego i skierowanej przeciw przestępcom akcji „zero tolerancji”. Miasto stało się bezpieczniejsze, co nie zmienia faktu, że „(…) właśnie w Nowym Jorku najłatwiej ukryć istoty pozaziemskie, bo tam każdy wygląda jak podróżnik z innej planety, który w tym pokręconym miejscu zatrzymał się tylko na chwilę w drodze do innej galaktyki.”

Prawdziwa łyżka dziegciu pojawia się pod koniec. Wrona podejmuje temat ruchu Black Lives Matter. Razi polityczna poprawność ilustrowana fotografią wiecującej nastoletniej córki. Ciekawe, czy „przy okazji” wybijała też szyby, plądrowała sklepy, wypisywała wulgarne hasła na murach i pomniku Tadeusza Kościuszki, a inne figury niszczyła. Dziwny fragment, sprawiający wrażenie doklejonego. Jakby nad autorem stanął komisarz polityczny i kazał złożyć należną daninę aprobaty wobec lewackiej ideologii.

Jak podsumowałbym „Wroną po Stanach”? Lekka, szybka i mimo zastrzeżeń przyjemna lektura. Może zbyt luzackim tonem napisana („Turyście, który teraz wali paluchami w klawiaturę, ręce opadły do kolan, a szczęka do ziemi.”), może fragmentami powierzchowna i chaotyczna. Czytałem z mniejszym, a często z dużym zainteresowaniem. Powrotu jednak nie przewiduję.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DZIKA PROMENADA W PSZCZYNIE. NAPRAWDĘ DZIKA?
16.09.2021
CZY WYŻEJ JEST PIĘKNIEJ? O FOTOGRAFII Z DRONA
25.08.2021
ŚLĄSKI OGRÓD BOTANICZNY W RADZIONKOWIE. JAKI PO PIĘCIU LATACH?
20.05.2021
NA ROWER! O DZISIEJSZEJ FRAJDZIE I DAWNYCH PRZEPISACH
15.04.2021
BAZYLIKA PIEKARSKA NA FOTOGRAFIACH I WE WSPOMNIENIACH
01.04.2021
MARIUSZ SZCZYGIEŁ „OSOBISTY PRZEWODNIK PO PRADZE”
11.03.2021
OJCOWSKI PARK NARODOWY MA JUŻ 65 LAT
04.02.2021
SZWAJCARIA RACHOWICKA. GDZIE I DLACZEGO TAK WARTO
15.10.2020
ŚWIERKLANIEC. CHOĆ PIĘKNIE, A JEDNAK ŻAL
01.10.2020