MARIOLA PRYZWAN „HAŚKA” – BEZ SERCA NIE PODCHODŹ /RECENZJA/


Od kilku dni spędzam z nią każdą wolną chwilę. I jestem towarzystwem Haliny Poświatowskiej – onirycznej postaci literatury polskiej –  zauroczony. Teraz jest mi bliska jak nigdy wcześniej. Wszystko to dzięki lekturze książki Marioli Pryzwan „Haśka. Poświatowska we wspomnieniach i listach”. Autorka opracowania oddaje nam po dwudziestu latach nową, zaktualizowaną wersję. Teraz pojawiają się w niej zapiski Wisławy Szymborskiej i Magdaleny Samozwaniec oraz dwóch przyjaciółek. Wyjątkową wartość tomu stanowią, pierwszy raz publikowane, wspomnienia Ireneusza Morawskiego – postaci pięknie tajemniczej. O nim jeszcze opowiem.

Ciężka choroba serca /zwyrodnienie zastawki/ sprawiła, że Poświatowska od dziewiątego roku życia przebywała na przemian w szpitalach i sanatoriach. W 1958 roku udało się – można sobie wyobrazić, jakim trudem – zorganizować wyjazd do Filadelfii, gdzie zespół amerykańskich chirurgów z powodzeniem przeprowadził operację. Poetka żyła po niej jeszcze dziewięć lat. Zmarła niespodziewanie po kolejnej, przeprowadzonej w Warszawie. Tym razem nie napisała do mamy, jak wcześniej, „Na szczęście wyżyłam Ci”. Odeszła w wieku trzydziestu dwóch lat.

Róże jpg.Na dźwięk słowa Poświatowska otwiera się w mojej wyobraźni nie obraz poetki, nie poezji, ale najpierw świata wrażliwości, wdzięku i dyskretnego zmagania z cierpieniem. Ono nie uszlachetnia, jak się potocznie mówi. Jest wyłącznie bezwzględnym testerem godności. I często powoduje, że człowiek staje się kimś osobnym. Tak mówi stryjeczna siostra: „Halina była inna niż my wszyscy. Była jakby obok nas”.

Jeśli miałbym wymienić jedno kluczowe słowo wspólne, dla zapisanych relacji i listów, byłoby nim – miłość. Halinę wypełniała miłość, jak wspomina jedna z przyjaciółek.

Najpierw dozgonna do matki Stanisławy, która w przyszłej magister filozofii rozbudziła ciekawość świata, literackie zainteresowania, dbała o edukację /Halina, poza dwoma latami spędzonymi w szkole, musiała uczyć się w domu/. „Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę taką więź między matką a córką…” pisze znajoma.

Druga miłość to poznany w Kudowie Zdroju student szkoły reżyserskiej  w Łodzi – Adolf Ryszard Poświatowski. W liście do ciotecznego brata, pisanym z sanatorium, Haśka wspomina o nim pierwszy raz: „Niesłychanie śmieszną rzeczą jest, że jakiś student /…/ chce mnie „zaangażować” /bycze słowo,co?/ do swego dyplomowego filmu”. Słowo najwidoczniej okazało się rzeczywiście „bycze”, bo rok później byli już małżeństwem. Oboje wątłego zdrowia. Co to naprawdę znaczy? Posłuchajmy rozmowy zanotowanej przez Poświatowską w „Książce dla przyjaciela”. Kilka miesięcy po ślubie, mimo protestów, przyprowadza do lekarza również chorego na serce męża.

„- Po coście się pobrali?

– Bo się kochamy – odpowiedział mój mąż.

– Widzę – w głosie lekarza zabrzmiała nuta rozdrażnienia – ale te dwa serca razem to samobójstwo, osobno może mielibyście jakieś szanse, razem nie.

– Nigdy nie można przewidzieć, panie doktorze – zaczął mój mąż – czasem cegła…

– Tak, wiem – uciął lekarz – ale jeśli cegła nie spadnie, wy macie pierwszeństwo”.

Po dwóch latach Poświatowska zostaje dwudziestojednoletnią wdową.

I wreszcie miłość trzecia. Zawahałem się, pisząc to słowo. Związek z rówieśnikiem, niewidomym Ireneuszem Morawskim do dziś trudny jest do określenia, choć, kto wie, może najgłębszy.  To on był adresatem wyznania: „jesteś połową mej duszy, albo takim koniecznym zwierciadłem, w którym się dobrze mojej duszy przeglądać, bo wtedy nie jest zupełnie sama”.

Róża jpg.Poznali się w 1956 roku na spotkaniu poetyckim w Katowicach. Jego wspomnienia? „Dotkliwe cierpienie przy wrażeniu braku oddechu u tej dziewczyny”. Spotykali się – ona, zdobywająca popularność chora poetka, on, dobrze zapowiadający się niewidomy literat. Haśka, z nieco chyba egotycznych pobudek, potrzebowała przyjaciela, któremu mogłaby opowiadać o swoich nastrojach, przeżyciach. „Jej listy są prawie wyłącznie opowiadaniem siebie”.  Zmarły w 2011 roku Morawski, pisząc wspomnienia, próbował nazwać ich – wymykające się łatwemu zdefiniowaniu – relacje. Zapewne na własny użytek robił to w życiu wiele razy.

„Kiedy w liście Haliny czytam, że niepotrzebna była jej moja cielesna obecność, próbuję zrozumieć, jak było ze mną. Miałem lat dwadzieścia i parę /…/. Wiem na pewno, że gdyby mi było dane przeżyć naszą „cielesną dwuobecność”, pewnie serce by mi pękło ze szczęścia/…/. Dziś, po siedemdziesiątce pytam, czy tamto niespełnienie legło jakimś cieniem na moim późniejszym życiu? Nie wiem. Nie sądzę”.

Ta niepewność towarzyszyła mu od poznania Poświatowskiej do końca życia. W innym miejscu pisze przecież, że dał się wciągnąć w cudowną pułapkę kochania nadziei. „Wieczorami tęsknię za Tobą ” – odpowiada mu Haśka. To nic, że w liście sprzed ponad półwieku. Chronologia dla obojga już nie ma znaczenia.

Uspokajam. Książka Marioli Pryzwan nie jest o poezji. I dlatego może być tak ważna dla wszystkich, którzy są przekonani, że poezja jest przekazem hermetycznym, dostępnym dla garstki wtajemniczonych. Nie bójmy się jej. Za każdym wierszem stoi żywy człowiek, który go napisał. Jego „inność” nie polega na tym, że posiadł jakieś tajemne umiejętności. On tylko potrafi nazwać to, co my jedynie przeczuwamy.

Cieszyłbym się, gdyby ta recenzja stała się zachętą do sięgnięcia po zmysłowe wiersze Poświatowskiej. Sprawdź, zobaczysz w nich emanującą kobiecością, niezwykle piękną dziewczynę o zamyślonych dużych, zielonych oczach. Nieuleczalnie chorą na serce i miłość.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

ZBIGNIEW HERBERT. DWADZIEŚCIA LAT BEZ NIEGO/Z NIM
27.07.2018
JAKA BYŁA HALINA POŚWIATOWSKA
20.04.2018
SŁAWOMIR KOPER „ULUBIEŃCY BOGÓW” (RECENZJA)
24.02.2018