MARTA KWAŚNICKA „POMYŁKA” (RECENZJA)


Raptem wszystkiego trzy książki. Już pierwsza, „Krew z mlekiem” zapowiadała niepospolity talent. Kolejna, „Jadwiga” zwróciła większą uwagę krytyki i czytelników. Wreszcie „Pomyłka”, dzięki której nie ma wątpliwości, że Marta Kwaśnicka weszła do grona najlepszych polskich pisarzy, a prestiżowa Nagroda Literacka im. Marka Nowakowskiego tylko tę pozycję potwierdza. Dlaczego Kwaśnicka pozostaje i moim odkryciem ostatnich lat? Co powoduje, że czytam wszystko, co wychodzi spod jej pióra?

„Pomyłka” to zbiór opowiadań. Pierwsze zmierzenie się autorki z tym – jak nie bez racji się uważa – szczególnie trudnym gatunkiem, wymagającym sporej dyscypliny pisarskiej. Poprzednie pozycje były albo zbiorem esejów o literaturze i sztuce („Krew z mlekiem”), albo kunsztownym, pozbawionym patosu portretem świętej polskiej królowej, Jadwigi Andegaweńskiej, z misternie wplecionym wątkiem osobistym („Jadwiga”).

Tym razem Kwaśnicka przedstawia inną bohaterkę – młodą kobietę, która po ukończeniu studiów próbuje porządkować sobie życie. Bezmiar możliwości u progu dorosłego życia rychło okazuje się iluzoryczny, rodzi się więc poczucie niespełnienia, świadomości, że nie jest się panem swojego losu, co jeszcze niedawno było niemal pewne. Bohaterka w pewnym stopniu doświadcza wspólnoty scenariusza pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych: studia, emigracja zarobkowa w Wielkiej Brytanii, praca w warszawskiej korporacji, potem doktorat i asystentura na krakowskiej uczelni.

A „Pomyłka”? Do czego odnieść można tytuł pod którym kryje się trzynaście opowiadań? Odczytać go można na kilku poziomach. Na przykład przez pryzmat pokolenia, które najpierw zdobywało wykształcenie (mile widziane dwa fakultety), a potem tułało się od jednej (korpo)pracy do drugiej bez poczucia stabilizacji. „Zbliżałam się do trzydziestki i znikała moja gotowość do ciągłego zaczynania od nowa.” Tak odczytane ujęcie (mamy prawo przypuszczać na podstawie znajomości biografii Kwaśnickiej, że odnajdujemy w tekstach jej osobiste doświadczenia) pozostaje rzadkim w polskiej literaturze świadectwem tęsknot, marzeń, iluzji, spełnień i rozczarowań pokolenia żegnającego się z młodością, wchodzącego w wiek średni. A jeśli tak, nie może dziwić pewna surowość, ostrość obserwacji i gorycz wyciąganych wniosków. „To niby nic niezwykłego: rutyna i poczucie bezpieczeństwa otępiają. Zarobkujący, dopóki ma pracę, jest rodzajem udomowionego zwierzęcia, które nie potrzebuje polować, ponieważ jest karmione. Zwolniony staje się zaś drapieżnikiem, i to głodnym, drażnionym przez każdy szczegół otoczenia.”

„W Warszawie nie wystarczyło być kompetentnym; trzeba było jeszcze zostać zaakceptowanym przez tamtejsze towarzystwo – spośród wszystkich algorytmów, które można było zastosować, aby zrobić karierę, najważniejszy i najpewniejszy był właśnie klucz środowiskowy. Ci, którzy nie zabiegali o żadną przynależność lub z jakichś powodów nie zostali przyjęci do którejś z istniejących frakcji, po dekadzie pracowali na stanowiskach równie niewysokich jak na początku kariery i dopiero z perspektywy czasu zaczynali rozumieć, że nigdy nie mieli w stolicy zbyt dużych szans; że chociaż z domów wynieśli przekonanie, że są tak samo wartościowi jak inni (…).”

Można też w „Pomyłce” widzieć zapis procesu zdobywania wiedzy o sobie i innym człowieku, który prowadzi do konstatacji o nierozpoznawalności, nas samych też:  „Każdy ma jakieś miękkie miejsca, stany zapalne, które doskwierają nawet wtedy, kiedy nie zostawia to żadnego śladu w ich codziennym życiu; może to one, chociaż niewidoczne, decydują o tym, kim się stajemy. Trawią duszę od środka i zmieniają nas lub czynią bezużytecznymi, nawet jeśli bardzo się staramy. Jesteśmy przecież czymś więcej niż nasze świadome decyzje i sami nie zawsze znamy prawdę o sobie.”

Znajdziemy w książce ten rodzaj umiejętności nazywania spraw istotnych, który może i jest podskórnie uświadamiany, ale wyrażony tekstem brzmi świeżo i pobudza do myślenia: „Ludzie lgną do siebie i nie ma na to lekarstwa; można tylko nadawać kształty ich przywiązaniu, tak jak kształtuje się lipy w zachodnich parkach, zmuszając gałęzie, aby rosły w określonym kierunku i przeplatały się ze sobą. Ciała więdną, eros przygasa, ulubione rozrywki tracą smak, bo każdy apetyt maleje. Tylko potrzeba bliskości nie zmienia się, nigdy się nie zaciera.”

Jest też „Pomyłka” książką o pożytkach wynikających z poznawania kultury widzianej poprzez osobiste doświadczenia. Stanowiłaby więc swoiste credo pewnej, coraz bardziej kurczącej się, części polskiej inteligencji. Tej, która ma jeszcze świadomość swoich cywilizacyjnych fundamentów, czy też punktów orientacyjnych tkwiących – symbolicznie rzecz ujmując – w Rzymie, Atenach i Jerozolimie.

Skoro Jerozolima – jest to również rzecz o poszukiwaniu Boga. Dość typowym, bo rozpoczętym od utraty wiary we wczesnej młodości (polecam zwłaszcza ostatnie opowiadanie „Owoc”). Autorka tekstów, a zarazem narratorka, nie waha się opowiedzieć o odejściu od Boga i – co już stanowczo mniej typowe dla jej pokolenia – powrocie do Niego. „Przekonanie o tym, że Bóg istnieje i że istnieje także zło inne niż suma niewykorzystanych przypadków, zjawiło się tak naturalnie jak fala przypływu lub jak dawny nawyk, który, porzucony na chwilę, mógł zostać podjęty w dowolnej chwili. Nie była to już jednak ani wiara małej dziewczynki, ani zapalczywość bohaterów Dostojewskiego. Chodziło raczej o coś zbliżonego do naturalnego spokoju ducha, o stan, który nie tyle się posiada, ale o którego utrzymanie ciągle należy się starać.” W czasach modnego w literaturze szydzenia z religii, parodiowania wiary i licytowania się w przejawach ateizmu to głos tyleż ważny, co odważny. Trzeba też odnotować, że jest również „Pomyłka” rzadkim przykładem mądrego feminizmu, jakże odmiennego od tego, który zawłaszcza przestrzeń publiczną swoją natarczywą, wściekłą krzykliwością i eskalacją roszczeń podlanych sosem wulgarności.

I wreszcie, warto sięgnąć po ten zbiór osobistych w charakterze opowiadań dla urody języka, dla coraz rzadszej we współczesnej prozie przyjemności smakowania zdań, fraz. „Usuwała z grobowca opadłe liście gestem tak czułym jak ten, kiedy kobieta, znalazłszy swój włos na ramieniu ukochanego, zdejmuje go jako dowód ich wzajemnej, intymnej przynależności”.

Jak bardzo inna książka od tych, które piszą rówieśnicy Marty Kwaśnickiej. Już to zdanie wystarczyłoby za pochwałę i zachętę do lektury. Mamy na literackim firmamencie znakomitą pisarkę. Wnikliwą, subtelną, panującą nad słowem.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CO CZYTAŁEM W 2020 ROKU. CO CZEKA W KOLEJCE (CZ. 2)
21.01.2021
ANDRZEJ DOBOSZ „Z RÓŻNYCH PÓŁEK”. TO TEN Z „REJSU”
28.05.2020
CO MI DAJE INTERNET W CZASIE „POZAMYKANEJ” KULTURY
02.04.2020
29 ZŁOTYCH MIESIĘCZNIE. A TWOJE WYDATKI NA KULTURĘ?
02.01.2020
SHAUN BYTHELL „PAMIĘTNIK KSIĘGARZA” (RECENZJA)
17.10.2019
EUSTACHY RYLSKI „BLASK” (RECENZJA)
22.08.2019
TEŻ JESTEŚ ZAŻENOWANY, CZYTAJĄC BIOGRAFIE?
08.08.2019
„SŁODKI KONIEC DNIA”. GORZKI KONIEC EUROPY? (RECENZJA FILMU)
13.06.2019
AMOR TOWLES „DŻENTELMEN W MOSKWIE”. PRZECZYTAM PONOWNIE?
07.03.2019