MIASTO, OGRÓD, KSIĄŻKI I PIERONY, CZYLI BLOG W LIPCU


Dziwne, ale pierwszy wakacyjny miesiąc trwa wyraźnie dłużej od drugiego. Sierpień, pewnie jak zawsze, minie nie wiadomo kiedy. Niezawodnym sposobem na przyspieszenie są znajdowane w skrzynce oferty zeszytów, plecaków i flamastrów. A zwłaszcza cyrkli. Z geometrii byłem zupełnie beznadziejny i do dziś ta pomoc szkolna wywołuje we mnie przerażenie. Na razie trzymam się tego, że dopiero półmetek i najciekawsze przygody przede mną. No i do szkoły nie muszę wracać we wrześniu. Co tu ukrywać, są powody do radości. Do rzeczy jednak. Czym wypełniony był blog lipcowy?

Najpierw zwiedziłem miasto, potem zmęczony skwarem, pojechałem niemal dwieście kilometrów na zachód odetchnąć w ogrodzie. Przeczytałem dwie książki. Wiem, wstyd, ale latem czytam o wiele mniej. I napisałem o śląskich przekleństwach. Teraz już dokładnie zdaję sobie sprawę, po co – mogłem dzięki temu nazwać jedną z dwóch lektur tak jak na to zasługuje.

Właśnie od niej rozpocznę. Muszę jednak wcześniej coś i sobie wyjaśnić. Zastanawiałem się, czy warto recenzować książkę, która, moim zdaniem, jest zwyczajnie beznadziejna i dedykowana nie wiadomo komu. Wciąż mam problem z określeniem adresata. Myślę o powieści Erica-Emmanuela Schmitta „Zazdrośnice”. Oczywiście, istnieje literatura popularna i nie każdy utwór musi sięgać poziomem Joyce’a, czy Dostojewskiego, ale byłbym ciekaw, jakiego czytelnika widział Schmitt opisując losy czterech rozkapryszonych nastolatek. Czy ich rówieśnice, czy matki. Zdaje się, że wybrał wariant najgorszy, a więc jedne i drugie. Zawsze jest szansa na zwiększenie sprzedaży.  Polecam, jeśli zależy komuś na wybitnie infantylnym utworze. Pozostałym mówię (i w tym momencie przydaje się artykuł o przekleństwach) – pierońsko zła powieść.

Nie ma to jak śląskie, męskie słowo. Od razu solidnie i należycie wzmocniło ocenę. Gwary interesują mnie od dawna, w końcu współczesna polszczyzna z nich bierze początek. Skoro mieszkam na Górnym Śląsku, nic dziwnego, że dialekt tych terenów jest mi najbliższy. Moja babcia mówiła piękną gwarą, ja większość słów już zapomniałem. Pisząc o śląskich przekleństwach musiałem więc rozpytywać. Dlaczego nie było to proste – wyjaśniam w moim tekście. A swoją drogą, dziś żałuję, że kołaczą mi tylko pojedyncze wyrazy.

nikiszowiec jpg.

Po lekturze powieści Schmitta musiałem odetchnąć świeżym powietrzem. Wybrałem, jak się okazało, znakomity kierunek – małą mieścinę niedaleko Wrocławia. Uwielbiam takie zaskoczenia. Mam na myśli i pobyt w takich miejscach, i rzucenie w trakcie jakiejś letniej rozmowy o podróżach zdania: „a ja ostatnio byłem w Wojsławicach”. Zapada milczenie, po czym pokazuję fotografie. I nagle okazuje się, że wszystkie te znane, często odległe, „pocztówkowe” zagraniczne miejsca, są co prawda nadal ładne, ale to arboretum w Wojsławicach, o którym nikt nie słyszał staje się gwiazdą. W drugiej części reportażu piszę o wzorcowym pikniku i z czym się mogą wiązać weekendowe wyprawy do tego parku botanicznego.

Każdy przyzna, że to dwa całkowicie odmienne światy. Przeniesienie z założonych prawie półtora wieku temu i z nadzwyczajną starannością pielęgnowanych ogrodów do niewiele młodszej górniczej dzielnicy Katowic mogłoby szokować, a tak nie jest. Dlaczego? Bo surowość architektury czerwonych familoków złagodzona została widoczną na każdym kroku troską architektów i budowniczych o estetykę i ludzką miarę, która zapewnia komfort życia. Nikiszowiec zamieszkują kolejne pokolenia, wielokrotnie to słyszałem, nie dopuszczające myśli o przeprowadzce. Są u siebie, w najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Z drugiej strony, wśród najstarszych mieszkańców pojawia się w opowieściach o starych czasach i atmosferze panującej, jak się tu mówi – na Nikiszu, nuta nostalgii. Za czym naprawdę tęsknią? Próbuję rozwikłać w drugiej części relacji.

Spory odzew przyniosła recenzja książki Marka Orzechowskiego „Mój sąsiad islamista”, zdecydowanie wyróżniającej się na tle innych, podejmujących wątek terroryzmu religijnego. Coraz ich więcej na półkach księgarskich i coraz więcej też absurdów na ten temat. Czytałem już o tym, że zagrożenie jest przesadzone, bo prawdopodobieństwo śmierci w zamachu jest mniejsze niż w wypadku samochodowym, że islam z terrorem nie ma nic wspólnego i o całkowitej winie nas, Europejczyków, za istniejący stan rzeczy. Na tym tle publicystyka Orzechowskiego, dziennikarza od lat mieszkającego w Brukseli, wyróżnia się znajomością tematu i świadomością, że wnioski, jeśli mają coś znaczyć, muszą iść pod prąd poprawności politycznej.

W jednym z lipcowych artykułów zastanowiłem się nad pierwszym zdaniem. Poważna sprawa. Nie przypadkiem powstał termin „syndrom pierwszego zdania” i bez wyjątku każdy, nie tylko pisarz, ma coś na jego temat do powiedzenia.

pierwsze zdanie jpg.

Do zamieszczonego tam  zestawu moich ulubionych początków dodaję jeszcze ten z „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa:

„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwóch obywateli.”

A ja już wiem, jak będzie się rozpoczynać moja najbliższa relacja:

„Po raz kolejny niewielkie, ale takimi właśnie lubię sycić oczy.”