MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)


Wyobraziłem sobie, że Michel Houellebecq wydał „Uległość” nie teraz, a piętnaście lat temu. Jego pomysł, by w roku 2022 we Francji premierem został muzułmanin, na terenie całego kraju wprowadzano prawo szariatu, a mieszkańcy ze zrozumieniem przyjęli te zmiany, uznałbym na początku XXI wieku za ciekawą, ale zupełnie fantastyczną ideę. Towarzyszyłoby mi zaciekawienie egzotyką tematu, zapewne podobne do doświadczanego przez czytelnika, który w 1932 roku usiadł z tomem „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya. I jemu, i mnie przemknęłoby przez myśl zapewne to samo – może coś w tym jest, ale political fiction to w końcu zwłaszcza fiction, a nie literatura faktu. Niestety, nie zawsze tak musi być.

„Uległość” przeczytałem jednak nie lata temu, a w roku 2016 i przeszła mi ochota na stanowcze wypowiedzi na temat fikcji. Od razu dwie obserwacje wybiły się na plan pierwszy: ostatnie lata wprowadziły w Europie zmiany wywracające cały wielowiekowy porządek. Cicho wpełza nowy, choć wszyscy udają, że nic takiego się nie dzieje. I druga, wynikająca z tego – chcę wierzyć, że francuski pisarz jest marnym profetą. Coś mi jednak podpowiada, że niestety, nie.

ISLAM JEST MIŁY

Strach Europy przed islamem stał się elementem wpisanym w codzienne życie. Paraliżuje po każdym kolejnym zamachu, odpuszcza w czasie spokoju. Ale i wtedy przytłumiony trwa. W swojej nowej powieści Houellebecq pokazuje islam, który zwyciężył, więc już nie walczy. Daje poczucie bezpieczeństwa i jest przyjazny. Panuje i nikomu to nie przeszkadza.

François, czterdziestoczteroletni wykładowca na paryskiej Sorbonie, to człowiek zgorzkniały, znudzony i samotny. Jednym słowem, typowy przedstawiciel sytego Zachodu i liberalnego indywidualizmu. Duchowego uwiądu i braku zasad. Interesuje się polityką, ale bez szczególnego zaangażowania. Nawet to, że w drugiej turze wyborów wygrywa z Marine Le Pen przywódca Bractwa Muzułmańskiego, Mohammed Ben Abbes, nie jest dla niego jakimś wstrząsem. Co prawda, wprowadzane natychmiast zmiany są widoczne w każdej dziedzinie życia, ale nie krępują, a nawet mają swoje dobre strony.

Drastycznie spada przestępczość. Miasta stają się oazami bezpieczeństwa. Patriarchat odzyskuje należne mu miejsce. Kobiety, co prawda, pozostają w domach, ale dzięki hojnym świadczeniom wreszcie mogą bez reszty poświęcić się rodzinie, która – po czasach kryzysu – na powrót staje w centrum życia społecznego. Maleje bezrobocie. Gospodarka, za sprawą lukratywnych kontraktów z państwami arabskimi, nabiera rozpędu. Nauczyciele zarabiają trzykrotnie więcej. Wszystko razem to nic innego, jak spełnienie marzeń tych, którzy nie wytrzymywali dusznej atmosfery wybebeszonej z wartości, znudzonej i znerwicowanej  Europy. Jaka jest cena przywróconego porządku w islamskiej wersji?

Na pozór niewielka. Dla sprawującego władzę Bractwa Muzułmańskiego „kluczowe elementy to demografia i szkolnictwo; wygra ta grupa ludności, która ma najwyższą rozrodczość i potrafi przekazywać swoje wartości. (…) przyszłością zawładnie ten, kto sprawuje kontrolę nad dziećmi.” We wszystkich szkołach, również na Sorbonie, kupionej przez Arabię Saudyjską, wprowadzane są nowe porządki. François dowiaduje się, że albo przejdzie na islam i pozostanie wykładowcą, albo będzie musiał przejść na emeryturę.

„ZBAWCZE” ROZTERKI

Dylemat, co wybrać. Dotychczasowy ateizm czy wiarę w Allacha. Droga odnalezienia się bohatera w katolicyzmie i tak pozostaje zamknięta; próba powrotu – pomimo przeżytej, niemal religijnej, ekstazy przed Czarną Madonną z Rocamadour – kończy się porażką: „Następnego ranka, po zaparkowaniu samochodu i zapłaceniu za hotel, wróciłem do kaplicy Notre-Dame, o tej porze pustej. Dziewica czekała w cieniu, spokojna i niezniszczalna. Posiadała suwerenność, władzę, ale coraz bardziej czułem, że tracę z nią kontakt, że oddala się w przestrzeni i w czasie. Osunąłem się na ławkę rozbity, pokonany.”

Zresztą, „prawdziwym wrogiem muzułmanów (…) nie jest katolicyzm, tylko laicyzm, państwo świeckie, ateistyczny materializm. Dla nich (…) katolicyzm jest jedną z religii Księgi; chodzi o to, żeby katolików przekonać do konwersji na islam: oto prawdziwa, pierwotna wizja świata chrześcijańskiego w oczach muzułmanów.”

 

A więc z trzech możliwości pozostaje – gwarantujący ład i pokój – islam. Wypełniający miejsce po duchowej pustce naznaczonej myślami o samounicestwieniu: „nie potrafiłem żyć dla samego siebie, a dla kogóż innego miałbym żyć?” W tej sytuacji bohater – Francuz z umysłem wypranym z ideałów, kulturowej przynależności – już jako świeżo nawrócony muzułmanin,  ma pełne prawo do stwierdzenia: „I niczego nie będę żałować”.

Nowy ustrój wprowadzany jest błyskawicznie, bez jakiegokolwiek protestu ze strony społeczeństwa. Właśnie to bezproblemowe oddanie państwa, stającego się częścią kalifatu, brak poczucia przegranej, mimo drastycznych zmian obyczajowych, robi największe wrażenie. Towarzysząca temu wszystkiemu narodowa ulga, że odtąd powstanie lepszy, oparty na trwałych wartościach, porządek, najbardziej w trakcie lektury przytłacza.

CZYJA WINA?

Nie udało mi się odnaleźć żadnego pokrzepienia, cienia konsolacji. Choćby sygnału, że Houellebecq opisuje wizję świata, która jest jedną z wielu możliwych, a nie jedyną. Trudno mi odszukać w pamięci czytaną ostatnio równie smutną literaturę. Z narzucającą się, nie ma co ukrywać, słuszną diagnozą – to nie muzułmanie winni są tego, co się dzieje i w przyszłości wydarzy. To my Europejczycy – z naszą apatią, biernością, nastawieniem na hedonizm i bezmyślną konsumpcję, z obsesją na punkcie młodości, z odcięciem od definiujących nas korzeni – jesteśmy łatwym i bezwolnym łupem.

Spełnia się tym samym katastroficzna definicja szczęścia obowiązującego w utopijnej Republice, opisanej w „Nowym wspaniałym świecie” Huxleya:  „szczęśliwi ludzie to tacy, którzy nie są świadomi lepszych i większych możliwości, żyją we własnych światach odpowiednio skrojonych do ich predyspozycji”.

Przygnębiająca książka, ożywiająca ciemne zakamarki wyobraźni. Literacko przeciętna. Z bardzo dobrym tytułem.

Zobacz też:

Marek Orzechowski, Mój sąsiad islamista



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ
19.07.2016