MILCZENIE W NATŁOKU


Setki szybkich i stanowczych ruchów kciuka, od czasu do czasu zatrzymany na chwilę wzrok. Z reguły wystarczał moment. Piętnaście, dwadzieścia sekund było zaszczytem dla autora. I tak przez całą ponad godzinną podróż autokarem. Na uszach słuchawki, więc jeszcze dodatkowa porcja bodźców. Po przyjeździe na dworzec autobusowy obserwowana przeze mnie dziewczyna schowała smartfon i rozejrzała się wokół lekko nieprzytomnym wzrokiem. Tak, real też istnieje.

Zastanawia mnie, jak duża część tej masy informacji naprawdę była istotna i potrzebna. Ile z niej przetrwa dłużej, ile udało się uchronić w pamięci na później.

Jasne, że to wszystko, o czym napisałem, dotyczy również moich zachowań. Chociaż stawiam sobie granice i tak czuję się coraz bardziej zniechęcony agresywnym medialnym naporem i swoją bezradnością w radzeniu z nim. Mam poczucie przymusu, że powinienem zobaczyć, przeczytać, poznać. Jak najwięcej, w możliwie jak najkrótszym czasie. Bo jeśli nie, wykażę niedopuszczalną ignorancję w trakcie rozmowy, stracę jakąś szansę, bezpowrotnie coś mi umknie.

Nabieram coraz większej pewności, że nie umknie, a nawet jeśli, to niewielka strata. Że płacę za iluzję dotrzymania kroku zbyt dużą cenę. Co mam na myśli? Zwłaszcza tłumienie głosu wewnętrznego „ja”, ale i trudnej sztuki przebywania ze sobą sam na sam. Szczególnego i potrzebnego stanu skupienia „przykrywanego” na co dzień niszczącym dyktatem bycia zajętym czymś lub kimś.

Z niepokojem zauważam od pewnego czasu narastające kłopoty z utrzymaniem koncentracji. Potrafiłem przeczytać za jednym razem kilkadziesiąt stron, teraz już po kilku, nieokiełznane myśli szukają innej aktywności. Zmiana, ruch, działanie, krzątanina, nowe wrażenia – żeby „się” zagłuszyć.

Złości mnie to wszystko. I co z tego. Zamulony natłokiem informacji, po sprawdzeniu iluś tam maili, odpisaniu na niektóre, klikaniu, googlowaniu, telefonach – wieczorem zadaję sobie pytanie: na ile to wszystko było ważne i potrzebne. Co z tej naskórkowości kontaktów i nadmiaru treści zostanie.

Edward Hallowell, uznany amerykański ekspert zajmujący się problematyką niepokoju i stresu, nazwał ten stan rzeczy „nabytą niezdolnością do koncentracji”, prowadzącą w rezultacie do impulsywności, niepokoju, skłonności do rozproszeń i zamętu. Mimo umiejętności wykonywania kilku rzeczy jednocześnie, tacy ludzie są mniej efektywni niż ci, którzy potrafią się normalnie koncentrować.

Znam wielu, którzy z nostalgią wspominają czasy, kiedy przekazywanie informacji, poznawanie idei, poglądów miało zupełnie inny wymiar. W świecie telefonów stacjonarnych i drogich połączeń rozmawiano krótko. Za to umawiano się na spotkania z żywymi ludźmi. Na wymianę myśli, dyskusję, wspólne słuchanie muzyki. Bycie razem przy stole. To też absorbowało, ale całkiem inaczej niż współczesne gadżety. Było rozwijającą aktywnością umysłową, a nie przekleństwem pustki wynikającej z przesytu.

W gonitwie myśli, ich zgiełku, milczenie i harmonia stają się towarem deficytowym. W dużym stopniu na nasze życzenie.

Już wkrótce zaśpiewamy „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi”. Innymi słowy, głos się rozejdzie pod warunkiem, że nastąpi cisza. Ta na zewnątrz i ta wewnętrzna, w nas.

Dopiero wtedy można usłyszeć to, co naprawdę ważne. Tyle teoria. Dlaczego tak cholernie trudno wcielić ją w życie?



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

O POŻYTKACH MILCZENIA W NOC WIGILIJNĄ I NIE TYLKO
24.12.2016
GADULSTWO I MILCZENIE. CO LUBISZ? KIM JESTEŚ?
23.09.2016
gipsowa figura spiacej kobiety
NUDA, KOCHANA NUDA!
16.11.2015