MŁYNARSKI ZADZIORNYM KLASYKIEM, A TU TAKA SZTAMPA


Pierwsze wrażenie po otwarciu książki „Mistrz absolutnie. Wspomnienia o Wojciechu Młynarskim”? Bierz ją, jeśli jeździsz wieczorami kolejką podmiejską, w której światło jarzeniówki co chwilę przygasa i ledwo widzisz twarze sąsiadów. Przeczytasz wszystko bez najmniejszego problemu. Czcionka wielkości dwuzłotówki, niewiele mniejsze odstępy i olbrzymie marginesy, ale się udało. Bo dwieście dwadzieścia stron to już prawdziwa książka, a nie jakiś zeszycik. Tylko – pomyślałem – czy ta napompowana objętość nie przynosi również innych następstw? A Młynarski w pierwszą rocznicę śmierci nie jest okazją do lansowania się i pewnego zysku?

O rozmowę na temat artysty, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin poprosiła jedenaście osób, znających go wiele lat, a czasem całe dziesięciolecia. Wśród nich są Włodzimierz Korcz, Andrzej Zieliński, Michał Ogórek, Artur Andrus, prof. Jerzy Bralczyk, Alicja Majewska, Krzysztof Daukszewicz, Irena Santor, Janusz Weiss, Andrzej Poniedzielski oraz Marek Groński.

Wszyscy bez wyjątku mówią o bohaterze w tonie bezkrytycznego zachwytu, a niektórzy przypominają sobie też od czasu do czasu o nadarzającej się okazji do autopromocji. W końcu ten jednostronny, panegiryczny ton narracji zaczyna zwyczajnie nużyć, zwłaszcza że niektóre ze wspomnień są bardzo podobne, a nawet identyczne. Te właśnie dominujące fragmenty nie wnoszą nic nowego do wiedzy na temat autora. Więcej – rażą szablonowym banałem. Powszechnie i to od dawna przecież wiadomo, że Młynarski był perfekcjonistą, tytanem pracy, wirtuozem słowa i ciętego dowcipu. Niezrównanym wykonawcą swoich piosenek.

Zabrakło mi w tych relacjach opowieści o Młynarskim zwyczajnym, codziennym, nie pomnikowym. „Ucukrzono” tę postać, a był przecież człowiekiem niesłychanie wymagającym, trudnym i nieprzewidywalnym. Autorzy, co prawda, wspominają, że po roku 1989 relacje stawały się coraz trudniejsze, nasilała się choroba afektywna dwubiegunowa dramatycznie ograniczająca codzienne kontakty, że Młynarski przerywał koncerty i wprost alergicznie reagował na najmniejszy przejaw krytyki. Te epizody są podawane oszczędnie, jakby mogły wpłynąć na ocenę twórczości poety, czy zmniejszyć sympatię do niego.

Na szczerość zdobywa się jedynie profesor Bralczyk mówiąc o rozgoryczeniu poety wynikającym z konfrontacji tego, co mogłoby być z tym, co jest. I dodaje: „Gorycz mogła wynikać i wynikała też z innych przyczyn. Starzejemy się, chorujemy. Mało jest ludzi, którzy potrafią pogodnie godzić się z własną starością, niemocą, słabością, a także nastrojami, którym przecież ulegamy. I stanem zdrowia.”

Jedynym wątkiem nieco bardziej eksponowanym są zwierzenia na temat paraliżującego strachu ogarniającego artystów w bezpośrednich kontaktach i w trakcie wykonywania piosenek Młynarskiego, kiedy ten był na sali. Mówi Michał Ogórek: „Wykonawcy bali się go, bo wiedzieli, że jeśli nie sprostają jego wymaganiom, nie dostaną nowej piosenki.”

Irena Santor, która znała Młynarskiego od dziecka, dodaje: „Kiedy mały Wojtuś stał się Wojciechem Młynarskim, w naszym środowisku mówiło się na niego maestro Wojciech Młynarski. Czułam się wtedy przy nim skrępowana. Był piekielnie inteligentny, a jednocześnie niecierpliwy, szybki, mówił zwięźle i od innych też oczekiwał błyskawicznej puenty. Ja taka nie jestem, myślę bardziej rozwlekle.”

Co mi się w tej publikacji podobało? Drobne, na pozór mało znaczące historie, które potrafią niekiedy powiedzieć więcej o bohaterze niż ogólnikowe snucie rozważań na temat jego wielkości. Janusz Weiss przypomniał sobie, że kiedy spotykał Młynarskiego na początku kariery w kabarecie „Stodoła” przed koncertem, ten zawsze zmieniał obuwie, w którym przyszedł, na wypastowane, świecące lakierki. Miał je w worku, takim jak na kapcie. „Zdziwiło mnie to trochę, bo my nigdy nie przebieraliśmy się na scenę”.

W kilku miejscach zwraca się uwagę, jak bardzo Młynarski potrafił przenikliwie obserwować życie codzienne (podobno zapisywał sobie całe dialogi, na przykład w sklepie monopolowym czy w barze mlecznym) i z życzliwością traktował później obserwowane ludzkie przywary w swoich tekstach, zwłaszcza satyrycznych.

Profesor Bralczyk upomina: „Nie ograniczajmy jednak twórczości Młynarskiego do satyry. Jest u niego także bardzo wiele liryki prawdziwej. Liryki, choćby ubranej w codzienność, choćby w piosence o kartoflance biurowej (…). Te postacie, te Żorżyki czy inne Zdzisie, to są postacie liryczne. (…) to jest tradycja Gałczyńskiego, absolutnie genialnego poety.”

Bywa, że lekturę można sobie darować. Z żalem, bo oczekiwało się czytelniczej przygody. Tak jest w przypadku tej książki. Na szczęście odłożenie jej na półkę nie oznacza końca przygody z bohaterem. Zostały nieśmiertelne piosenki. A w nich Młynarski, jakiego chcę pamiętać.

Mistrz. Absolutnie.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

WOJCIECH MŁYNARSKI „OD ODDECHU DO ODDECHU”
19.04.2017