MÓJ SYN MAHUNO


O tym, że mam syna dowiedziałem się, kiedy był już jedenastoletnim chłopcem. Zobaczyłem go na fotografii, jak odświętnie ubrany w koszulkę zapiętą pod szyją i różowe spodenki uśmiecha się trochę nieśmiało do swojego taty. Czyli do mnie – co tu dużo mówić, wzruszonego i szczęśliwego. Byłem pewien, że spędzimy razem szmat czasu. Skąd miałem wiedzieć, że już za cztery lata mój syn Mahuno raz na zawsze przepadnie w zawierusze wojennej. I że będzie mi go tak brakowało.

Opowiem dzisiaj o krótkiej historii ojcostwa na dużą odległość. Tak dużą, że nigdy nie mogliśmy podać sobie ręki ani usłyszeć swoich głosów. Prawdziwa bliskość nie od tego jednak zależy.

Mahuno Luhoro urodził się w Muhurgu, w zachodnim Kongo (kiedyś Zairze), przy granicy z Rwandą. Rodzice zmarli tuż po urodzeniu chłopca. Najpierw ojciec na malarię, dwa lata później matka na nieznaną chorobę. Dzieckiem zajął się zniedołężniały dziadek, a naprawdę polskie Siostry Służki. Miał szczęście – na terenie jego parafii żyło wtedy ponad trzy tysiące sierot, w prawie trzystu rodzinach najstarsze dziecko opiekowało się młodszym rodzeństwem.

Mahuno dzięki mojej pomocy, ale przede wszystkim opiece Sióstr, spóźniony poszedł wreszcie do szkoły podstawowej. A ja wkrótce dostałem pierwszy list napisany jego ręką. Mało ważne, że nic się z niego nie dowiedziałem – syn umie pisać! Nareszcie mogłem też zobaczyć, jak wygląda “nanas”.

Dołączony został również tekst napisany przez osobę dorosłą. Zabrakło tłumaczenia, więc mogę sobie wymyślać każdą życzliwą mi treść. Nie mylę się pewnie, ale dla pewności – może ktoś zna suahili?

s. Irena: Gdy raz zrobiliśmy takie przyjęcie dla sierot, i były też jakieś słodycze – dzieciaki zostawiły te słodycze i wzięły się za jedzenie grochu. Ich życie jest bardzo proste, ale i… konkretne.

s. Stanisława: U nas w Kongo ludzie jedzą węże, szczury… Wszystko, co się rusza… Kiedyś taki dzieciak niesie w liściu z wodą dwie kijanki – “Co ty niesiesz?” – “Kijanki – mówi – do sosu będą na obiad”.

Po półrocznym oczekiwaniu, następny list. Czy Mahuno jest pilnym uczniem? Muszę sobie zadać to niewygodne pytanie porównując ten i wcześniejszy. Ale przynajmniej wiem, jak wygląda afrykańska kura.

scan-6

W kolejnym,  Mahuno chwali się na fotografii swoim starszym kolegą Mubalamą. Różowe spodenki zamienił na hipsterskie czerwono – niebieskie. Obowiązkowo szczelnie pozapinany. Wiadomo, Afryka.

s. Irena: Tamtejsi ludzie lubią się dzielić i dzielą się… Na przykład, miałam taki wypadek – dałam jednemu dziecku cukierka, to ono potrzymało go w buzi i dało drugiemu, a to następnemu; czworo ich było, każde musiało spróbować.

s. Jolanta: U nas nie ma czegoś takiego jak śmietniki. Kiedyś przyszły w paczce takie malutkie marmoladki i one były w pojemniczkach plastikowych. No to dzieci to sobie wzięły do domu i używały tego jako takiej nabieraczki, łyżeczki małej.

scan-8

Dołączony kolorowy rysunek tylko na pierwszy rzut oka wydaje się pogodny. Oprócz ptaków, byka, domu, królika, a nawet zegarka, pojawia się samochód wojskowy i strzelający z karabinu mężczyzna. Zły znak. Na razie tylko znak.

scan-7

Nie rozczulamy się zbytnio w naszych kontaktach. Pisujemy do siebie kilka razy w roku. Opowiadam Mahuno o moim dniu powszednim, polskiej zimie, najważniejszych świętach. On zwierza się ze swoich kłopotów, radości. Jednym słowem – męskie, przyjacielskie uczucia łączące ojca i syna.

Rzecz jasna, szczególnie lubię listy z fotografią Mahuno. Widzę jak się zmienia, to już nie jest nieśmiałe dziecko z pierwszego zdjęcia. A jak ubrany! Szary t-shirt, białe spodenki, tylko buty o trzy rozmiary za duże wskazują, że to wszystko na potrzeby sesji zdjęciowej.

scan-9

Dowiaduję się z tłumaczenia, że nagłówek “Baba mbenzi Pierre”, którego pierwszy wyraz wprawia mnie w konfuzję, oznacza poruszające: “Kochany tato Piotrze”. Nie ma co ukrywać,  mój syn Mahuno dorośleje. Zupełnie inny charakter pisma i rysunki niż w pierwszym liście. Przy okazji można zobaczyć, że afrykańskie kozy, kaczki i kaczątka są inne niż nasze, kwadrat i kąt prosty odbiegają od przyjętych standardów, ale nie czepiajmy się. A taką komodę z niebieskim radiem chciałbym mieć.

scan-19a

s. Stanisława: Bardzo ważna sprawa dla nich to jest kontakt z drugim człowiekiem. Tego u nas w Polsce, w ogóle w Europie – brakuje. My się spieszymy – pieniądze, władza… A oni nie. Poświęcą czasu, ile trzeba.

W kolejnym liście kwadrat i kąt prosty idealne. Tak trzymać, Mahuno! Dociera też pierwszy rysunkowy bukiet kongijskich kwiatów.

scan-11

Pora zdradzić, w jaki sposób zostałem ojcem Mahuno. Najpierw przeczytałem gdzieś o formie pomocy ubogim dzieciom z krajów Trzeciego Świata nazwanej “Adopcja serca”. Okazało się, że za około 300 dolarów rocznie można wyrwać dziecko z nędzy, głodowej śmierci. Zapewnić mu wykształcenie i zdobycie zawodu w szkole. Po jej ukończeniu, z otrzymaną wyprawką w postaci niezbędnych narzędzi, młody mężczyzna zakłada w swojej wiosce najczęściej warsztat stolarski, a dziewczyna krawiecki. Dzięki wiedzy i utrzymaniu siebie i rodziny z pracy rąk, a nie żebractwa, zostają szanowanymi członkami społeczności. Swoim dzieciom chcą zapewnić lepszy los, a stokroć lepszy niż ich rodziców. Widzą przyszłość, a nie beznadzieję wegetacji z dnia na dzień.

Wykształcenie, nie mam wątpliwości, jest szansą dla Afryki, dlatego tak mnie cieszyły nawet skąpe wieści o postępach w nauce mojego przybranego syna.

s. Irena: Te dzieci są uratowane od głodowej śmierci – odkąd otrzymują pomoc, mniej tych dzieci umiera – już rzadko kiedy się to zdarzy, dlatego że w tej sumie, którą otrzymują, mieści się i leczenie, i szkoła, w ogóle utrzymanie dziecka. I te dzieci są bardzo szczęśliwe, czują się zaszczycone, że mają białych rodziców, bo dla nich biały człowiek to jest prawie zaraz po Panu Bogu, a Europa to dla nich raj – jak wyjeżdżałam, to mówiły: “Siostra jedzie do raju. My byśmy też chciały zobaczyć z daleka ten raj”.

Mahuno przechodzi do trzeciej klasy. Obiecuje, że będzie się uczył i starał ze wszystkich sił znaleźć dobrą pracę w przyszłości. Kończy: “mimi mtoto wako Mahuno”, co znaczy “Twoje dziecko Mahuno”. W nagłówku za to dostałem nowe imię: “salamu babayangu Petro”

scan-13a

Zbliżały się kolejne Święta Wielkanocne. Przeczuwałem, że z dalekiej Afryki zbliża się do mnie listonosz. Nie wiedziałem, że z ostatnim listem od Mahuno.

W wieku piętnastu lat Mahuno został powołany do wojska. We wschodnim Kongo wybuchła jakaś rebelia. Siostrom udało się dowiedzieć, że chłopiec wysłany na pierwszą akcję już z niej nie powrócił. Minęły lata, a ja – nie ukrywam – za swoim przybranym synem nadal tęsknię.

Dlaczego piszę o tym właśnie teraz? Bo do wszystkich radości, jakie niesie Wielkanocna Nowina, dodaję jeszcze jedną, bardzo moją. Wiem, że kiedyś mój syn Mahuno i ja padniemy sobie w ramiona. Pierwszy raz usłyszę jego głos: “baba msangu Piotr”, “salamu babayangu Petro” albo “baba mbenzi Pierre “.

Wszystko jedno. W tym świecie porozumiemy się bez najmniejszego trudu.

scan-20

Adopcja serca


  • basetla

    Bardzo poruszyła mnie ta historia. Twoje świadectwo może być zachętą do podjęcia odważnej decyzji i udzielenia konkretnej pomocy najbardziej bezbronnym dzieciom. Jest zachętą również dla mnie.

    • Nie chcę uprawiać taniego moralizatorstwa, ale potrafimy często wydawać dość bezmyślnie całkiem niemałe pieniądze, za które możemy ratować czyjeś życie albo sprawić, że nadajemy mu godność.