MUZEUM OGNIA WŚRÓD NAJBARDZIEJ NIEZWYKŁYCH NA ŚWIECIE


Ciekaw jestem, ilu kierowców – z tysięcy jadących każdego dnia wiślanką, jedną z najbardziej ruchliwych polskich tras – wie, co to za niepospolitej urody obiekt stoi w Żorach. Położony tuż obok drogi, oddzielony od niej jedynie wielką połacią trawnika, intryguje niecodzienną, śmiałą architekturą. To ona sprawiła, że Muzeum Ognia, bo o nim mowa, znalazło się wśród trzynastu najbardziej niezwykłych muzeów na świecie. W doborowym towarzystwie, między innymi muzeum sztuki The Broad w Los Angeles, Len Lye Center w Nowej Zelandii czy Muzeum Róży w Pekinie. Listę stworzyli eksperci serwisu architektonicznego Contemporist.

Jurorzy docenili przede wszystkim niezwykłą bryłę z odniesieniem do płomieni, a co za tym idzie do dramatycznych doświadczeń miasta, które po każdym z licznych w swojej historii pożarów odradzało się jeszcze piękniejsze. Gdzie, jak nie tu właśnie, mogło powstać takie muzeum. Otwarto je w 2014 roku. W tym czasie zdążyło już zebrać wiele nagród architektonicznych i niezliczoną ilość pochwał ponad stu pięćdziesięciu tysięcy zwiedzających.

A jak to wszystko wygląda na żywo? O wnętrzach za chwilę, bo tym, co najbardziej przykuwa uwagę jest sama bryła budynku. Można ją odkrywać na setki sposobów. Wszystko zależy od pory dnia, natężenia światła, kąta pod którym kierujemy wzrok na poszczególne fragmenty.

Bliki, cienie, nawet układające się w abstrakcyjne wzory odbicia przejeżdżających samochodów  – wszystko to powoduje, że oglądane miejsce może się po chwili diametralnie zmienić.

Przewodnikiem w Muzeum Ognia i zarazem symbolem Żor jest (najczęściej) uśmiechnięty płomyk „Żorek”. Dlaczego można go spotkać w różnych częściach miasta? Odpowiedź kryje się w jego historii i nazwie, która pochodzi od żaru związanego z wypalaniem lasów dla pozyskania ziemi pod uprawę. Poza tym gród był kilka razy niszczony przez wielkie pożary: w 1552 roku spłonęła połowa miasta, następny w 1661, kolejny w 1702, kiedy to spaleniu uległa cała drewniana zabudowa czy wreszcie z 1807 roku. Jedenastego maja 1702 roku po wielkim pożarze zrozpaczeni mieszkańcy przeszli w procesji przez pogorzelisko dziękując Bogu za życie oraz prosząc o odwrócenie ogniowego fatum cyklicznie nawiedzającego Żory. Na pamiątkę tego pochodu, w rocznicę odbywają się obchody Święta Ogniowego. Właśnie kilka dni temu, jedenastego maja, przeszła kolejna, trzysta piętnasta wieczorna procesja mieszkańców z pochodniami wokół rynku.

Bilet wstępu do Muzeum Ognia jest jednocześnie testem do rozwiązania w trakcie wizyty. Na końcu prawidłowość zaznaczonych odpowiedzi ocenia system po przytknięciu karty. A jedynie aktywni zwiedzający mogą liczyć na sukces. Nie ma obaw – to jedno z tych muzeów, w których aktywność jest wręcz pożądana. Wszystko można dotknąć, nacisnąć, przekręcić. Frajda bez względu na wiek.

Zwiedzanie rozpoczyna się od projekcji krótkiego filmu “Śladami ognia” Andrzeja Celińskiego, reżysera nominowanego do Oscara w kategorii krótki dokument. Dwa w jednym: w ciągu dziesięciu minut i historia ognia, i świetnie pokazane Żory.

A potem już tylko zwiedzanie. W czterech salach chyba wszystko, co można pokazać wprost i za pomocą metafory o ogniu. W pierwszej “Od jaskini do parowca” spotkamy mówiących jaskiniowców, zobaczymy narzędzia do krzesania ognia. Tu można skierować szkiełko na promień światła i wywołać ogień, a także zapalić znicz olimpijski.

W drugim pomieszczeniu nazwanym “Pali się” wszystko o pożarach i walce z nimi. Przez chwilę zostałem dyspozytorem straży pożarnej. Tu również przeszedłem przez “ścianę ognia”.

A chwilę później w “Sali duchowości” wybierałem na interaktywnych ekranach teksty na temat mitologii ognia, osób związanych w swoim życiu z tym zjawiskiem. Dzieci mogą mierzyć się z zagadkami na temat przysłów o ogniu.

W strefie “Szkiełko i oko” czekają doświadczenia naukowe. Jest i profesor, a że prawdziwych kukieł już nie ma, ten doradza, opowiada i zachęca do technicznych zabaw. Widziałeś już kiedyś ognistą szafę grającą? Włączałeś jednocześnie dwa silniki oglądając ich pracę? Oglądałeś się w kamerze termowizyjnej?

Wizyta w Muzeum Ognia trwa, zakładając wykorzystanie większości aplikacji multimedialnych, około godziny. Po wyjściu z podziemi na zewnątrz, warto raz jeszcze spojrzeć na obiekt z różnych stron. W trakcie zwiedzania wystawy zmieniło się na zewnątrz światło. Więc i pora na nowe odkrycia.

A przy okazji nie zawadzi ponownie przyjrzeć się porzekadłu o chwaleniu cudzego. Niby takie wyświechtane.

http://www.contemporist.com/13-architecturally-amazing-museums/