DLACZEGO „KAROLINA NA DETOKSIE”, A JA NIE


Punkt wyjścia nie zaskakuje. Sytuacja typowa, nawet pospolita. Chodzi o frustrującą dla wielu życiową naprzemienność tycia i chudnięcia. Z wyraźnym wskazaniem na pierwsze. I praktyczną znajomość „rewolucyjnych diet” z rezultatami jak wyżej. Czyli, „Karolina na detoksie” to jeszcze jeden z setek zalewających księgarnie poradników na ten temat ? Tym razem chyba nie.

Karolina Kopocz, zmagająca się od dzieciństwa z nadwagą („babcia wiedziała, jak poprawić humor wnuczki”), postanowiła przy pomocy Macieja Szaciłły, promującego od lat zdrowy tryb życia, spróbować raz jeszcze. Tym razem w siedmiodniowym programie opartym na bazie warzyw i owoców. Otwarcie i odważnie, dzień po dniu autorka przekazuje nam swoje wrażenia z „frontu walki”. Towarzyszą im liczne przepisy i niezłe fotografie, szkoda, że nie wszystkie autorskie.

Byłaby to więc lektura dla tych, którzy kebaby z budki i hot dogi z „parówkami gospodarczymi” (tak, widziałem i taką nazwę) omijają szerokim łukiem. Gwoli prawdy, poradnik potrafi też zirytować.

Zacznijmy od pochwał.

1. Czytelny podział zawartości zachęca do systematycznej lektury, ale i świadomych, wybiórczych powrotów. Po krótkim wstępie z informacją, czym jest detoks siedmiodniowy, poznajemy doświadczenia Karoliny korzystającej z diety w praktyce. Potem następuje obszerna część z radami, jak żyć po oczyszczeniu organizmu. Tu znajdziemy rozdziały poświęcone m.in. tłuszczom, węglowodanom, nabiałowi, warzywom i owocom.

Lubię pieczywo, makarony i słodycze. Nic dziwnego, że niełatwe dla mnie były zwłaszcza dwa z nich: „Gluten” ze zdaniem „odstawiłem pieczywo i makaron” oraz „Cukier”, z uwagami o zakwaszeniu organizmu. Ostatnie osiem stron to „Superfoods” – opis piętnastu naturalnych, niskokalorycznych produktów zawierających mnóstwo witamin, minerałów i oksydantów. Porzeczki i pokrzywa wśród superstars ? Ależ tak !

2. Proponowana dieta nie polega na głodowaniu i jedzeniu małych porcji. Przeciwnie, można przygotować „więcej jedzenia i bezkarnie sięgać po dokładki”. Spokojnie obroniłby się w tej sytuacji uspokajający tytuł dla obawiających się burczenia w brzuchu – „Radośnie syta Karolina na detoksie”.

3. Maciej Szaciłło namawia do korzystania z warzyw i owoców sezonowych. I ja mam wrażenie, że organizm  z naturalnego rytmu jedzenia produktów właściwych danej porze roku jest zadowolony. Co więcej, zwielokrotniamy dzięki temu nie tylko smaki, ale i kolory, faktury, konsystencje i zapachy. Jest szansa, że unikniemy monotonii jedzenia podobnych produktów, bezmyślnie przeżuwanych, z wrażeniami dającymi się sprowadzić do dwóch jedynie wniosków – dobre lub niedobre.

4. Z większości przepisów można korzystać przy niewielkich zdolnościach kulinarnych i przez cały rok. Nawet te, zdawałoby się dobrze znane w polskiej kuchni i typowe dla niej, zyskują na oryginalności, np. kalafior do zupy najpierw podpalamy lekko w piekarniku, a do sałatki z kapusty dodajemy syrop z agawy i ostrą paprykę.

5. W świecie fast foodów zgubiliśmy cenną świadomość, że jedzenie to zbyt ważna część życia, by można je było traktować po macoszemu. Z oczywistości, że ma być smaczne, nie wynika jeszcze wszystko. Powinno też być estetycznie podane i wreszcie, nie bójmy się słowa, celebrowane. Przyznaję, że nie jestem entuzjastą jedzenia ulicznego. Nic gorszego, niż widok przeciekającego przez palce i kapiącego na chodnik sosu, czy „ogon” czosnkowego zapachu zostawianego przez śmieciowe jedzenie w środkach komunikacji. Autorzy książki mają podobne poglądy, stąd wzbudzają moją sympatię.

6. Zamieszczone uwagi dietetyczki są tak cenne i inspirujące, że czekam na osobną książkę Hanny Stolińskiej. Potrafi swoimi wskazówkami mocno czasem studzić neoficki zapał współautorów. Z dystansem odnosi się np. do zachwalanego oleju kokosowego, syropu z agawy czy stosowania lewatywy. Podaje też wiele ogólniejszych informacji dotyczących zdrowia. Z lekkim zaniepokojeniem przeczytałem, że ciągła ochota na coś słodkiego prawdopodobnie wynika z silnego zakwaszenia organizmu. Miłośnicy słodyczy, łączmy się w bólu ! 

A co nie wzbudziło mojego entuzjazmu ?

1. Odniosłem wrażenie, że proponowana dieta łączy się z wyższym stopniem wtajemniczenia. To oznacza, że bez zasad ajurwedy, jogi, medytacji jesteśmy w zasadzie skazani na schabowego. Zapewne te zalecenia pomagają utrzymać dietetyczny reżim, a na pewno są modne. Zwykły zjadacz chleba, który nie widzi w swoim życiu potrzeby wypowiedzenia słowa „laktowegetarianizm” może czuć się nieco skonfundowany.  

2. Niemała restrykcyjność diety. Przygotowania do detoksu rozpoczyna się dziesięć dni przed jego rozpoczęciem. A to oznacza eliminację mięsa, ryb, jajek, cukru, mleka i przetworów itd. Tym samym siedmiodniowe oczyszczanie przeciąga się naprawdę do dni siedemnastu.

3. Niektóre ze składników kupić można jedynie w sklepach ze zdrową żywnością. Nie każdy ma dostęp do liści limonki kaffir, chlorelli, spiruliny albo fasolki mung. Dominują, na szczęście, bardziej swojskie składniki w nowatorskich połączeniach. Sprawdźcie, co da się przygotować z gruszek, papryki czy kapusty i kalafiora.

4. Widzę niebezpieczeństwo przerodzenia się opisanej diety (zresztą nie tylko tej) w rodzaj uzależnienia. W styl życia w znacznej mierze podporządkowany nakazom dietetyka – guru. Niedaleko stąd do bycia wyznawcą jedynie słusznej wiary, powiedzmy w asafetydę, inaczej czarcie łajno (dla niewtajemniczonych – to przyprawa indyjska). Rozumiem, że dieta jest procesem całościowym. Jednak porządek dnia, w którym „Mam tyle energii, że po prysznicu (przed lewatywą) i koktajlu (pyszny i orzeźwiający) wystarcza mi jeszcze sił na 30 minut jogi”  nie wzbudza jakoś mojego entuzjazmu. Raczej lekko śmieszy.

Nie chciałbym, by tych kilka krytycznych uwag zdecydowanie obniżało wartość poradnika. „Karolina na detoksie” pozostawia z pewnością pozytywne wrażenie oraz życzliwość dla obojga autorów. I choć nie zdecyduję się na oczyszczanie w ich wersji do książki będę wracał. Inspirująca rzecz.

A teraz idę kisić warzywa. Czerwoną i białą kapustę z burakami i marchewką. Pani dietetyk w swoim komentarzu zapewnia, że w czasie kiszenia powstanie kwas mlekowy i enzymy wspomagające florę bakteryjną jelit. Podobnie w kiszonej kapuście, ale tu w wersji niemal wykwintnej.  Przepis, co zrobić z pokrojonymi składnikami i jakie przyprawy dodać, znajdziecie na stronie dwieście trzeciej. Do dzieła, wkrótce degustacja!



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ