NA ROWER! O DZISIEJSZEJ FRAJDZIE I DAWNYCH PRZEPISACH


Obserwuję świat i zza kierownicy samochodu, i kierownicy roweru. Obiektywnie oceniając, nikt nie jest bez winy. W pierwszym przypadku  denerwuje mnie jazda rowerzystów drogą, zamiast położoną obok ścieżką rowerową, nagłe zmiany kierunku bez uprzedzenia oraz, co tu dużo mówić, agresja posiadaczy dwóch kółek. W drugim zaś, przejeżdżanie obok mnie na centymetry i spychanie do kratek ściekowych, bezsensowne używanie klaksonów oraz, co tu dużo mówić, agresja posiadaczy czterech kółek. 

Tak jak lubię jeździć samochodem, tak nic nie zmieni faktu, że rower  (także trekking) są moimi faworytami w kategorii fizycznej aktywności. Z tym większym zaciekawieniem sięgnąłem po wydaną w Katowicach w 1937 roku niewielką książeczkę „Przepisy dla rowerzystów na drogach publicznych”.

Całość otwiera plansza z zestawem znaków drogowych używanych przed wojną. Kierowca współczesny przeniesiony w tamte czasy mógłby mieć czasem z nimi problem.

 

Tekst rozpoczyna się od statystyki dotyczącej województwa śląskiego. Dane stają się tym ciekawsze, jeśli porównać je z najnowszymi. Otóż w 1936 roku odnotowano na Śląsku 1048 wypadków, w których zginęły 44 osoby. Dla roku 2020 to odpowiednio: 50 tysięcy wypadków i 186 ofiar (w tym 18 rowerzystów).

 

Co oprócz niektórych znaków jeszcze się od lat przedwojennych zmieniło? We „Wskazówkach dla rowerzystów” czytam, że dzieciom do lat 12 nie wolno poruszać się na drogach publicznych. Czyli wcale, ponieważ jazda po chodniku była wtedy zabroniona. Dziś wygląda to nieco inaczej. Jeśli dziecko porusza się samodzielnie na rowerze, ale jeszcze nie skończyło 10 lat, może kierować rowerem, ale tylko i wyłącznie pod opieką dorosłego. Porusza się wtedy wyłącznie po chodniku, w związku z tym opiekun ma prawo także po chodniku jechać.

 

Powyżej 10 roku życia dziecko może już jeździć po drogach publicznych, ale musi posiadać, obowiązującą do 18 roku życia, kartę rowerową. Przed wojną rowerowego „prawa jazdy” nie było. Była za to obowiązkowa rejestracja rowerów i tablice rejestracyjne. Opłata za pierwszy rok wynosiła cztery złote, za drugi – dwa (w tym czasie bilet tramwajowy miesięczny w Warszawie kosztował 15 złotych, bilet do kina 40 groszy, a radioodbiornik około 200 złotych). Tabliczki należało przymocować z tyłu za siodełkiem „prostopadle do osi roweru”.

Trudno odmówić sobie przytoczenia punktu 38, który mówi: „Nie wolno wyprzedzać na rowerze pojazdu Pana Prezydenta Rzeczypospolitej i zdążających za nim pojazdów jego orszaku oraz spieszących do wypadku pojazdów straży ogniowej, ambulansu pogotowia ratunkowego i policji państwowej.”

 

W broszurze przypomniano również „Przepisy celne dla rowerzystów przekraczających granice R.P”. Czytam, że „Obywatele państw obcych przybywających na rowerach do obszaru celnego Rzeczypospoliej Polskiej winni w urzędach celnych złożyć odpowiednie zabezpieczenie celne w gotówce z obowiązkiem wywozu wymienionych środków lokomocji w ciągu trzech miesięcy od daty wjazdu.” Oczywiście, urzędy wydawały stosowne zaświadczenie, ale dodatkowo każdy taki rower musiał być jeszcze przez urzędnika oplombowany.

 

Dziś, na szczęście, takich pomysłów już nie ma i można się bez reszty oddać jednej z większych przyjemności, jaką jest jazda na rowerze. Odkryłem ją dziesięć lat temu, kiedy kupiłem pierwszy dobry rower. Nagle się okazało, że jest to najlepszy obok marszu sposób na poznawanie świata w tempie, które pozwala na uważne oglądanie go i smakowanie różnymi zmysłami. Daje poczucie wolności, staje się terapeutą, bo pomaga na jakiś czas zapomnieć o codziennych kłopotach. Ale też uświadamia mi granice fizycznych możliwości i… pozwala je przekraczać.

 

A właściwie skąd w polszczyźnie się wzięło słowo rower? Przecież ten pojazd według rachunku prawdopodobieństwa (istnieje coś takiego w języku?) miał się nazywać albo bicykl (bicycle, biciclett), albo welocyped (vélo). Tymczasem nazwie patronuje nieistniejąca od 15 lat brytyjska firma motoryzacyjna Rover, która produkowała do 1925 roku nowatorskie na ówczesne czasy rowery z kołami tej samej wielkości i napędem przenoszonym za pomocą łańcucha.

 

I tak od ponad stu lat w Polsce „idziemy na rower”. A na Śląsku i w Wielkopolsce „na koło”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DZIKA PROMENADA W PSZCZYNIE. NAPRAWDĘ DZIKA?
16.09.2021
CZY WYŻEJ JEST PIĘKNIEJ? O FOTOGRAFII Z DRONA
25.08.2021
ŚLĄSKI OGRÓD BOTANICZNY W RADZIONKOWIE. JAKI PO PIĘCIU LATACH?
20.05.2021
MARCIN WRONA „WRONĄ PO STANACH” (RECENZJA)
22.04.2021
BAZYLIKA PIEKARSKA NA FOTOGRAFIACH I WE WSPOMNIENIACH
01.04.2021
MARIUSZ SZCZYGIEŁ „OSOBISTY PRZEWODNIK PO PRADZE”
11.03.2021
OJCOWSKI PARK NARODOWY MA JUŻ 65 LAT
04.02.2021
SZWAJCARIA RACHOWICKA. GDZIE I DLACZEGO TAK WARTO
15.10.2020
ŚWIERKLANIEC. CHOĆ PIĘKNIE, A JEDNAK ŻAL
01.10.2020