NEOLOGIZM TO NOWOTWÓR. NIEMOŻLIWE?


Nie tylko możliwe, ale prawdziwe. Oba wyrazy znaczą to samo. Ten drugi z potrzebnym, ze zrozumiałych względów, uzupełnieniem – „językowy”, używany jest dziś sporo rzadziej, a kiedyś miał wyłączność na oznaczanie nowo utworzonego słowa. Tak czy inaczej, pojęcia nie mamy, jak często w ciągu każdego dnia neologizm jest przez nas wykorzystywany. Siedzisz na czacie i klikasz myszką? Już dwa. Kupiłeś wypasione auto i wpadłeś w pułapkę kredytową? Kolejne dwa. A na ślimaku znów korek. I kolejne. A zupełnie już odrębnym tematem są neologizmy dzieci lub współtworzone wraz z nimi. Tylko moja bratanica Paulina i ja pamiętamy, co znaczy „trzęsawka zatokowata”. Dla ułatwienia dodam, że nie jest to wcale termin medyczny. Dziś jednak o całkowicie innej kategorii kuriozalnych propozycji – śmiertelnie poważnie podanych, więc tym bardziej zabawnych.

Od czasu do czasu rozlewa się w mediach dyskusja, aby wreszcie zająć się obcymi neologizmami i z całą bezwzględnością je spolszczyć. Czy zawsze warto próbować i co z takich propozycji wychodzi, opowiem za chwilę na pewnym przykładzie. Dość dawnym, więc przy tej okazji będziemy mogli jeszcze sprawdzić, co też z pomysłów przetrwało do naszych czasów. Będzie śmiesznie.

Do tego potrzebny był mi numer jedenasty „Poradnika językowego” z 1906 roku. Autor, ksiądz Kaniecki kończy zamieszczony tam swój artykuł „Sprawa nowotworu” (wyobraź sobie zestawienie takiego tytułu z tematyką słowotwórczą obecnie) tyleż chełpliwym, co groźnie brzmiącym zapewnieniem: „Poradnik może być jednem z tych zbiorowisk, z których nie jeden dobry nowotwór najprędzej upowszechnić się może.” Sprawdźmy zatem, co ksiądz – językoznawca w kwestii „dobrych nowotworów” proponuje.

  • Recepta – autor chciałby ją zastąpić słowem „znaczlek, tj. znaczące czyli przeznaczające leki”. Zdaje się jednak, że ma pewne wątpliwości, skoro dodaje: „może kto jeszcze lepszy utworzy po dojrzalszym od mego namyśle.” Neologizm nie obronił się. Po stu dziesięciu latach chodzimy do apteki z receptą, a nie znaczlekiem.
  • Kwestionariusz – tutaj wodze fantazji puszczone na dobre. Aż cztery propozycje. „Opytywie”, „opytywa”, „opytno” i ostatnia (mój faworyt, zwłaszcza z wyjaśniającym wszystko?! uzasadnieniem) – „składnopyt, chcąc tym ostatnim więcej wyrazić składność opytu.”
  • Skrzynka na listy – „listoń”. Oczywiście, językoznawca nie darował sobie w tym miejscu jeszcze jednego pomysłu – „zamiast listonosz może lepszeby było listosz.” Nie wyszło. Żaden listosz nie zamierza wrzucać przesyłek do listonia.
  • Śruba – „przykrętnica” albo „krętocis”. Przyznaję, wobec wyjaśnienia drugiej nazwy jestem bezradny. Brzmi ono: „w porównaniu do ciśnienia prostego.” Już teraz wyrażam wdzięczność za pozostawione w komentarzach błyskotliwe uwagi.
  • Gwint – pozostańmy jeszcze chwilę w kręgu terminów ślusarskich. Fakt, neologizm bliski niemieckiemu „gewinde”, ale żeby od razu „krętowrzyn”, „krętowścib” albo „witociąg”. I czytam: „coby było już dokładniejsze, niż to ogólne (gwińt).”
  • Pseudonim – „podimek”. Tu chociaż intencje rozumiem: „pod imieniem czyli nazwą się kryjący”.
  • Brytfanna – „pieczenno”.
  • Źródłosłów – o tym, używanym w językoznawstwie z powodzeniem do dziś, terminie autor pisze z przekąsem, że to neologizm – dziwoląg, „o ile mi wiadomo, przez sławnego gramatyka tak oznaczony”. W to miejsce dziwolągi już prawdziwe: „pierwień”, „prasłówek”, „pierwosłów”.
  • Drogowskaz – „wdrożnik, który wdraża, drogę pokazuje.”
  • Roswerk –  autor chce zamienić ten neologizm na „obracadło” lub „więcej powierzchownie „dokonie” ewentualnie „wdan” (więcej może w pospiesznej mowie kupieckiej).” Tak, to wszystko naprawdę po polsku. Prośba do Czytelników: jak przy śrubie.
  • Zecer – „czcionownik” albo „czcionecznik”. Słowo używane bardzo rzadko, bo i szlachetnego zawodu zecera – „czcionecznika” już od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie ma.
  • Perfumy – „pachnidło”. Wreszcie trafiony. Takiego synonimu używa się dzisiaj. Autorem artykułu jest, przypominam, ksiądz, więc żeby nie było wątpliwości, że nie ma z perfumami jakiś bliższych kontaktów, w komentarzu ujawnia spory do nich dystans: „Wyraz z pomiędzy ludu znany mi od lat kilkadziesiąt, niedawno też w jednej z tutejszych gazet go czytałem.”
  • Dźwiękonaśladowczy – przyjmujące się dopiero na początku XX wieku słowo, ale dla autora zbyt długie, rozwlekłe. Proponuje… „głośny”. Źle skojarzyłeś. Prawidłowe wyjaśnienie: „po głosie, według głosu (wyraz) utworzony.”
  • Jubileusz – „wielkorocz” albo „wielorocz”. Z dopiskiem, że oba rodzaju żeńskiego. Oczywiste dla każdego i od razu, że nie męskiego.
  • Warsztat – to sobie zostawiłem na koniec. Aby uniknąć nieporozumienia (zobaczysz za moment, jak łatwo o nie), czytam zamieszczone obok wyjaśnienie: „jako stolec, przy którym się pracuje”. Nie po raz pierwszy ogarnia mnie radosna bezsilność, ponieważ wymyślone przez autora spolszczenia i ich uzasadnienie brzmią następująco: „przykrętnisko, ogólniej można pracowidło, gdyby się tej nazwy nie chciało użyć do oznaczenia narzędzi, statków wszystkich razem, jak golidło, także golidro, np. jest wszystko, czem się goli.” Czy chodzi o to, żeby być ogolonym przed przykręceniem się do stanowiska (stolca) w warsztacie?

Asekurując się na wypadek niecnej krytyki, ksiądz Kaniecki z roztropnością dodaje: „Jak ktoś słusznie zauważył w „Poradniku”, i najbieglejszy językowiec nie utworzy zawsze wyrazu, któremu by nic zarzucić nie można.” Święte słowa! Co ciekawe, autor pochwalił Niemców, którzy „nie są tak bojaźliwi w tworzeniu swojskich wyrazów, jak mybyśmy byli. Mają oni już od dawna swoje „frage” tam gdzie my mówimy jeszcze kwestya; dziwnoby nam było, gdyby tu ktoś chciał naraz powiedzieć: pytanie.”

Prawdziwy i namacalny dowód na to, że język jest tworem żywym. Słowa „kwestia” nie używamy dziś w znaczeniu: „pytanie”, tylko, według Słownika języka polskiego jako: „sprawa wymagająca rozstrzygnięcia”. A samo – „pytanie” to od dawna już nie neologizm. Takiego obrotu autor nie był w stanie przewidzieć.

„Nam trzeba więcej zimnej rozwagi, niż uwidzenia, przywyczki, a przedewszystkiem wpatrzenia się w ducha języka.” Bez żadnej kpiny, z przesłaniem tego zdania całkowicie się zgadzam. Jak o każdy cenny, żywy organizm, tak o język ojczysty należy równie pieczołowicie dbać i pielęgnować go z troską. Inaczej podupadnie na zdrowiu. Niby nic odkrywczego.

Drobnej ironii sobie jednak nie odmówię. Zwracam uwagę pryncypialnemu zwolennikowi czystości mowy (przeczuwam, że mnie słyszy) na okropny rusycyzm „przywyczka” (ros. привычка – nawyk). Oto jak się wpada w zastawione przez siebie sidła. Okoliczności łagodzące? Rok 1901, nasz ortodoks lingwistyczny od urodzenia żyje pod zaborem rosyjskim. No i przydarzyła się вредная привычка. Uspokajam, to nowotwór niezłośliwy.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

AUTORSZCZA WPROWADZAJĄ ZMIANY W JĘZYKU POLSKIM
23.09.2021
BENIAMINEK NA ŚWIECZNIKU? W POLSZCZYŹNIE TO MOŻLIWE
18.08.2021
DLACZEGO „ACZKOLWIEK” I „TUDZIEŻ” TAK MNIE IRYTUJĄ
05.08.2021
ZBIJAĆ BĄKI. I PONOWNIE OD SASA DO LASA (JĘZYKOWEGO)
24.06.2021
NEOLOGIZMY, CZYLI I TY MOŻESZ ZOSTAĆ BOHATEREM
10.06.2021
KIJ W OKO I ŁABĘDZI ŚPIEW. BĘDZIE TYLKO O JĘZYKU POLSKIM?
27.05.2021
NA GRILL? NA GRILLA? I NIE TYLKO TE WĄTPLIWOŚCI
06.05.2021
ZAŻÓŁĆ GĘŚLĄ JAŹŃ. JĘZYK POLSKI CIESZY TYLKO Z OGONKAMI
29.04.2021
ODEJŚĆ DO LAMUSA SAMOTNY JAK PALEC? I ZNÓW O JĘZYKU
08.04.2021