NEOLOGIZMY, CZYLI I TY MOŻESZ ZOSTAĆ BOHATEREM


Każdy z nas ma niepowtarzalną szansę, a nawet całe ich mnóstwo, aby do ponad miliona słów w języku polskim dołożyć swoje, autorskie. Wystarczy, żeby wymyślił nowe. Jeśli tylko neologizmy będą miały sens i uzasadnienie można liczyć na miejsce w historii (polszczyzny). Zanim z werwą ruszymy do budowy nowych zrębów, spójrzmy jednak wpierw na dawne potyczki z nowotworami językowymi, bo tak kiedyś nazywano neologizmy.

Sięgnąłem do dawnej prasy, a dokładnie do numerów „Poradnika językowego” sprzed 115 lat. Najpierw Roman Zawiliński, językoznawca i etnograf, z troską opowiada o ówczesnej manii tworzenia nowych wyrazów i popiera to konkretnymi przykładami. Co ciekawe, niektóre z tych – jego zdaniem – dziwacznych się przyjęły, choć akurat nie woniawka zamiast perfum.

 

 

Z kolei inny autor, ksiądz Andrzej Kaniecki, kończy zamieszczony tam swój artykuł „Sprawa nowotworu” (wyobraźmy sobie taki tytuł artykułu o tematyce słowotwórczej obecnie) tyleż chełpliwym, co groźnie brzmiącym zapewnieniem: „Poradnik może być jednem z tych zbiorowisk, z których nie jeden dobry nowotwór najprędzej upowszechnić się może.” Sprawdźmy zatem, co językoznawca w kwestii „dobrych nowotworów” proponuje i co się po latach obroniło.

  • Recepta – autor chciałby ją zastąpić słowem „znaczlek, tj. znaczące czyli przeznaczające leki”. Zdaje się jednak, że ma pewne wątpliwości, skoro dodaje: „może kto jeszcze lepszy utworzy po dojrzalszym od mego namyśle.” Neologizm nie obronił się. Po stu dziesięciu latach chodzimy do apteki z receptą, a nie znaczlekiem.
  • Kwestionariusz – tutaj wodze fantazji puszczone na dobre. Aż cztery propozycje. „Opytywie”, „opytywa”, „opytno” i ostatnia (mój faworyt, zwłaszcza z wyjaśniającym uzasadnieniem) – „składnopyt, chcąc tym ostatnim więcej wyrazić składność opytu.”
  • Skrzynka na listy – „listoń”. Oczywiście, językoznawca nie darował sobie w tym miejscu jeszcze jednego pomysłu – „zamiast listonosz może lepszeby było listosz.” Nie wyszło. Żaden listosz nie zamierza wrzucać przesyłek do listonia.
  • Śruba – „przykrętnica” albo „krętocis”. Przyznaję, wobec autorskiego wyjaśnienia drugiej nazwy jestem bezradny. Brzmi ono: „w porównaniu do ciśnienia prostego.” Już teraz wyrażam wdzięczność za pozostawione w komentarzach błyskotliwe uwagi.
  • Gwint – pozostańmy jeszcze chwilę w kręgu terminów ślusarskich. Fakt, neologizm bliski niemieckiemu „gewinde”, ale żeby od razu „krętowrzyn”, „krętowścib” albo „witociąg”. I czytam: „coby było już dokładniejsze, niż to ogólne (gwińt).”
  • Pseudonim – „podimek”. Tu chociaż intencje rozumiem: „pod imieniem czyli nazwą się kryjący”.
  • Brytfanna – „pieczenno”.
  • Źródłosłów – o tym, używanym w językoznawstwie z powodzeniem do dziś, terminie autor pisze z przekąsem, że to neologizm – dziwoląg, „o ile mi wiadomo, przez sławnego gramatyka tak oznaczony”. W to miejsce dziwolągi już najprawdziwsze: „pierwień”, „prasłówek”, „pierwosłów”.
  • Drogowskaz – „wdrożnik, który wdraża, drogę pokazuje.”
  • Roswerk –  autor chce zamienić ten neologizm na „obracadło” lub „więcej powierzchownie „dokonie” ewentualnie „wdan” (więcej może w pospiesznej mowie kupieckiej).” Tak, to wszystko naprawdę po polsku. Prośba do Czytelników – jak przy śrubie.
  • Zecer – „czcionownik” albo „czcionecznik”. Słowo używane bardzo rzadko, bo i szlachetnego zawodu zecera – „czcionecznika” już od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie ma.
  • Perfumy – „pachnidło”. Wreszcie trafiony. Takiego synonimu używa się dzisiaj. Autorem artykułu jest, przypominam, ksiądz, więc żeby nie było wątpliwości, że nie ma z perfumami jakiś bliższych kontaktów, w komentarzu ujawnia spory do nich dystans: „Wyraz z pomiędzy ludu znany mi od lat kilkadziesiąt, niedawno też w jednej z tutejszych gazet go czytałem.”
  • Dźwiękonaśladowczy – przyjmujące się dopiero na początku XX wieku słowo, ale dla autora zbyt długie, rozwlekłe. Proponuje… „głośny”. Źle czytelniku skojarzyłeś. Prawidłowe wyjaśnienie brzmi: „po głosie, według głosu (wyraz) utworzony.”
  • Jubileusz – „wielkorocz” albo „wielorocz”. Z dopiskiem, że oba rodzaju żeńskiego. Jakże by inaczej, jasne dla każdego i od razu, że nie męskiego.
  • Warsztat – to sobie zostawiłem na koniec. Aby uniknąć nieporozumienia (zobaczysz za moment, jak łatwo o nie), czytam zamieszczone obok wyjaśnienie: „jako stolec, przy którym się pracuje”. Nie po raz pierwszy ogarnia mnie radosna bezsilność, ponieważ wymyślone przez autora spolszczenia i ich uzasadnienie brzmią następująco: „przykrętnisko, ogólniej można pracowidło, gdyby się tej nazwy nie chciało użyć do oznaczenia narzędzi, statków wszystkich razem, jak golidło, także golidro, np. jest wszystko, czem się goli.”

 

Czy chodzi o to, żeby być ogolonym przed przykręceniem się do stanowiska (stolca) w warsztacie?

Asekurując się na wypadek niecnej krytyki, ksiądz Kaniecki z roztropnością dodaje: „Jak ktoś słusznie zauważył w „Poradniku”, i najbieglejszy językowiec nie utworzy zawsze wyrazu, któremu by nic zarzucić nie można.” Święte słowa! Co ciekawe, autor pochwalił Niemców, którzy „nie są tak bojaźliwi w tworzeniu swojskich wyrazów, jak mybyśmy byli. Mają oni już od dawna swoje „frage” tam gdzie my mówimy jeszcze kwestya; dziwnoby nam było, gdyby tu ktoś chciał naraz powiedzieć: pytanie.”

Prawdziwy i namacalny dowód na to, że język jest tworem żywym. Słowa „kwestia” nie używamy dziś w znaczeniu: „pytanie”, tylko, według Słownika języka polskiego jako: „sprawa wymagająca rozstrzygnięcia”. A samo – „pytanie” to od dawna już nie neologizm. Takiego obrotu autor nie był w stanie przewidzieć.

„Nam trzeba więcej zimnej rozwagi, niż uwidzenia, przywyczki, a przede wszystkiem wpatrzenia się w ducha języka.” Bez żadnej kpiny, z przesłaniem tego zdania całkowicie się zgadzam. Jak o każdy cenny, żywy organizm, tak o język ojczysty należy równie pieczołowicie dbać i pielęgnować go z troską. Inaczej podupadnie. Niby nic odkrywczego.

Drobnej ironii sobie jednak nie odmówię. Zwracam uwagę pryncypialnemu zwolennikowi czystości mowy (przeczuwam, że rzadko dziś wspominany dobrze mnie słyszy) na okropny rusycyzm „przywyczka” (ros. привычка – nawyk). Oto jak się wpada w zastawione przez siebie sidła. Okoliczności łagodzące? Mamy rok 1906, nasz ortodoksyjny lingwista od urodzenia żyje pod zaborem rosyjskim i w przestrzeni publicznej zmuszony jest używać języka rosyjskiego jako urzędowego.

No i przydarzyła mu się вредная привычка. Uspokajam – to nowotwór niezłośliwy.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

AUTORSZCZA WPROWADZAJĄ ZMIANY W JĘZYKU POLSKIM
23.09.2021
BENIAMINEK NA ŚWIECZNIKU? W POLSZCZYŹNIE TO MOŻLIWE
18.08.2021
DLACZEGO „ACZKOLWIEK” I „TUDZIEŻ” TAK MNIE IRYTUJĄ
05.08.2021
ZBIJAĆ BĄKI. I PONOWNIE OD SASA DO LASA (JĘZYKOWEGO)
24.06.2021
KIJ W OKO I ŁABĘDZI ŚPIEW. BĘDZIE TYLKO O JĘZYKU POLSKIM?
27.05.2021
NA GRILL? NA GRILLA? I NIE TYLKO TE WĄTPLIWOŚCI
06.05.2021
ZAŻÓŁĆ GĘŚLĄ JAŹŃ. JĘZYK POLSKI CIESZY TYLKO Z OGONKAMI
29.04.2021
ODEJŚĆ DO LAMUSA SAMOTNY JAK PALEC? I ZNÓW O JĘZYKU
08.04.2021
SMALIĆ CHOLEWKI TO NIE DUBY SMALONE. O CO CHODZI?
18.03.2021