NIE NA DARMO CZARNOCIN LEŻY W SZWAJCARII


Na wyprawę mogłem poświęcić cały dzień. Zapowiadano świetną pogodę i wszystko układało się (do czasu) po mojej myśli. Pojadę, pozwiedzam, wieczorem wrócę. Wreszcie, bo Szwajcaria marzyła mi się od dawna. Pozostało jeszcze sprawdzenie w kalkulatorze odległości, ile czasu zajmie przejazd. Wpisałem Katowice i jakieś miasteczko w nadgranicznym kantonie. Wyszło dziewięć godzin czterdzieści minut. Razem ponad dziewiętnaście. A kiedy spacer? Trudno, zawiedziony zrezygnowałem z tej Szwajcarii i wybrałem inną. Dojechałem do niej w osiemdziesiąt minut i nie musiałem przekraczać ani jednej granicy. Co więcej, wróciłem zachwycony.

Wystarczyło ruszyć autostradą A4 w kierunku Opola i na węźle Olszowa zjechać w prawo na Czarnocin. Już sam dojazd w kierunku wsi daje okazję podziwiania nietypowego, jak na Opolszczyznę, krajobrazu, pełnego jarów i wzgórz. Po kilku minutach i ostrym podjeździe jestem w „śląskiej Szwajcarii”, jak nazywają miejscowość i okolice.

Wieś, niczym w prawdziwej Szwajcarii, sprawia wrażenie opustoszałej. Dobrze, że choć czasem zapieje kogut. O innych gospodarskich odgłosach można zapomnieć. Jest czysto, cicho i dostatnio.

Zabudowania leżą w dolinie, gdzie w XIX wieku pan na dobrach, hrabia Andrzej Renard, wybudował niewielki zamek myśliwski, skąd udawał się na polowania w okolicznych lasach. Po drugiej wojnie światowej budynek przebudowano, pozbawiając go wieży i ozdobnych detali architektonicznych. Po zmianach przypomina niewielki blok.

Jedno z polowań, zorganizowane 7 października 1855 roku, zakończyło się dramatycznie. Zginął wtedy syn hrabiego, Hipolit. Wieść głosi, że powiesił swoją strzelbę na szyi i przyklęknął przy  świeżo poślubionej żonie, która w trakcie czułych objęć nieopatrznie nacisnęła na cyngiel. Strzał w tył głowy okazał się śmiertelny. Dramat dla ojca, który w synu widział swojego następcę i niewyobrażalna tragedia młodej, zaledwie siedemnastoletniej żony Hipolita, Laury. Hrabia Andrzej w tym miejscu wystawił kamienny pomnik z napisem „Filio” (synowi).

Przy skrzyżowaniu dróg, na początku wsi znajduje się mała kapliczka z figurą świętego Floriana,

a tuż obok biegnie malowniczo położona polna droga, stanowiąca fragment szlaku św. Jakuba. W tym miejscu otwiera się jeszcze kilka możliwości aktywnego spędzenia dnia.

Stąd bowiem można udać się wspomnianym śląskim odcinkiem Via Regia na Górę św. Anny. Tabliczka z charakterystyczną muszlą ukryła się wśród krzewów; łatwo ją przegapić. Znak wskazuje, że do rynku, na dobrze widocznej z tej odległości Świętej Annie, prawie sześć kilometrów. Spacer zajmie około dwóch godzin, potem czas na pobyt w sanktuarium, spacer dróżkami i popołudniowy powrót. To jedna z propozycji.

Piękniejszych krajobrazów już nie będzie. Zieleń wydaje się nierzeczywiście zielona, a żółci kwitnącego rzepaku nie da się oglądać bez zmrużenia oczu. Drzewa jak po obfitych opadach śniegu. Źródła krystalicznej, lodowatej wody przynoszą orzeźwienie.

Inny pomysł to wędrówka po rezerwacie lasu bukowego „Grafik” albo przejażdżka rowerowa; w okolicy krzyżuje się sporo dobrze oznaczonych szlaków. Głębokie, nawet na kilkanaście metrów, wąwozy z odkrytą plątaniną korzeni przypominają nieco krajobrazy sandomierskie. A wokół lasy bukowe ze 160-letnimi okazami. Trudno sobie wyobrazić, jak tu będzie wyglądać w październiku, kiedy zieleń liści zamieni się w ognistą czerwień. Zapisuję Czarnocin  na jesienną listę.

rezerwat Grafik

Na drugim końcu wsi docieram do niewielkiej łączki z drewnianymi stołami do biwakowania i miejscem na ognisko. Za mostkiem zaczyna się kolejna trasa biegnąca przez rezerwat „Boże Oko”.

rezerwat Boże Oko

Bardziej stroma od poprzedniej, dla rowerzystów z doświadczeniem i piechurów z lepszą kondycją. Mijam umocowane na drzewach stacje drogi krzyżowej. Jeszcze niedawno kończącej się ponad stuletnią, podobną do ażurowej altany, kapliczką zwaną właśnie „Boże Oko”.

rezerwat Boże Oko

Niestety, grudniowa wichura w ubiegłym roku wywróciła stary buk, całkowicie niszcząc drewniany obiekt. Szkoda, bo jak mówią mieszkańcy, od niepamiętnych czasów, a dokładniej od XV wieku, przed każdą Wielkanocą chodziło się ze wsi do kapliczki z tzw. klekotkami.

Wracałem wieczorem ruchliwą autostradą, potem utknąłem w korku. Stojąc w wielkomiejskim zgiełku, w spalinach setek samochodów, pozazdrościłem mieszkańcom życia w oazie spokoju, z dala od pośpiechu, wśród wyjątkowego krajobrazu. Szczęściarze z tych czarnocinian.

Co tu dużo mówić, nie od dziś wiadomo – Szwajcaria to jednak Szwajcaria.

 

(miniatury po kliknięciu powiększają się)



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CZY NAZWY MIEJSCOWOŚCI ŚMIESZĄ? OJ, ŚMIESZĄ!
31.07.2018
ZAMEK W ROGOWIE OPOLSKIM. MAŁY, A JEST CO ODKRYWAĆ
11.05.2018
MUZEUM ZAPAŁEK W CZĘSTOCHOWIE. ŚWIAT ODCHODZĄCY
04.05.2018
WOLNA NIEDZIELA. I Z CZEGO TAK SIĘ CIESZĘ?
20.03.2018
KAMIEŃ ŚLĄSKI. POKAŻ MI W POLSCE PODOBNĄ WIEŚ
21.10.2017
KRAPKOWICE. A NIEWIELE BRAKOWAŁO
22.09.2017
CZELADŹ. MAŁE MIASTO Z CHARAKTEREM
21.08.2017
OJCÓW. TURYŚCI MAJĄ SIĘ DOBRZE, MIEJSCOWI LEPIEJ
27.07.2017
LEŚNIÓW SŁYNIE, CHOĆ NA UBOCZU I MAŁO ZNANY
06.07.2017