ORZECHOWSKI „MÓJ SĄSIAD ISLAMISTA”. O NASZEJ PRZEGRANEJ


Od dawna zastanawia mnie, jak długo jeszcze rozpanoszona polityczna poprawność zabraniać będzie w powszechnym, oficjalnym obiegu formułowania jasnych i czytelnych wniosków dotyczących islamu. Nawet, jeśli byłyby dla nas druzgocące. Co jeszcze ma się wydarzyć, by stwierdzono – przegrywamy, może już przegraliśmy. A właśnie ta ostatnia diagnoza jest najbliższa prawdzie. Otrzymałem tego potwierdzenie w świetnej książce Marka Orzechowskiego „Mój sąsiad islamista”, choć wolałbym powiedzieć – myliłem się w ocenie zjawiska.

Orzechowski, dziennikarz, pisarz, wieloletni publicysta w Bonn i Brukseli, nie ma wątpliwości. To nie islam jest tak mocny, tylko my, Europejczycy, tak słabi. Posługujemy się wytartymi sloganami o demokracji, wspólnocie, solidarności, a druga strona działa. Mówi się ciągle o konieczności ułożenia sobie życia z muzułmanami. Tylko już nikt nie dodaje, że na ich prawach i porządku. Akcje terrorystyczne nie są wyłącznie elementem zastraszania. Chodzi o coś więcej. O kolejne, zresztą otrzymywane, ustępstwa. Trudno nie zgodzić się z autorem, kiedy pisze o podleganiu przez nas islamizacji „cichej, skrojonej na miarę odporności poszczególnych społeczeństw. Jesteśmy ofiarami wciskania się porządku islamskiego bez rozgłosu, krok po kroku, w każdą szczelinę naszych wolności i obyczajów, w każdą normalną dla nas przestrzeń swobody.”

Jeśli dodamy do tego gangrenę poprawności, gdzie, na przykład, wypowiedź znanego francuskiego polityka o tym, że „nie wszyscy nasi muzułmanie są terrorystami, ale wszyscy terroryści są muzułmanami” wymaga wielkiej odwagi i narażenia się na ataki naiwnych humanistów to obraz jawi się ponury. Niezwykle trafny w tym kontekście wydaje się cytat z Alberta Camusa otwierający książkę: „Kto rzeczy nie nazywa po imieniu, przyczynia się do nieszczęścia świata”.

Jestem mocno przekonany, że bardziej od liczb, wskaźników i analiz przemawiają i tworzą realny obraz obserwacje, jakie można poczynić w życiu codziennym. Orzechowski opisuje awanturę dwóch arabskich rodzin, której był przypadkowym świadkiem w brukselskim sklepie. Bohaterami tego wydarzenia są muzułmanie, pozostali klienci i obsługa sklepu oraz służby porządkowe. Posłuchajmy:

„Rodziny były liczne, kłótnia szybko przerodziła się w rękoczyny.  O co poszło? Nie wiadomo, kłócili się po arabsku. Razem z innymi nielicznymi klientami oboje z żoną schowaliśmy się w tyle sklepu, za regałami. Kasjerzy uciekli. Jeszcze chwila i po sklepie zaczęły fruwać przedmioty, krzesło z kasy rozbiło wystawowe szyby. Ktoś w ukryciu wezwał policję. Przyjechał jeden radiowóz, potem następny, jeszcze jeden. Młode policjantki i policjanci z wypisanym na twarzy lękiem, a może wstrzemięźliwością? Nie weszli do sklepu, próbowali interweniować z zewnątrz. Nic to nie dało. W końcu dotarły niewielkie posiłki. Rodzina przegrywająca spór powoli zaczęła opuszczać sklep, coś tłumaczyć policjantom. Sklep opuścili także agresorzy. Kłótnia trwała dalej, policja się nie wtrącała. Kiedy jeden z policjantów próbował załagodzić sytuację i nieopatrznie wspomniał coś o sądzie, gdzie można rozwiązać problem, jeden z agresywnych mężczyzn krzyknął, że sądy są dla białych, nie dla nich, oni mają własne prawo – i przeciągnął ręką po szyi. W końcu awanturnicy wsiedli do samochodów i odjechali. Wszyscy, łącznie z policją, odetchnęli z ulgą i sprawy jakby nie było. Nikt nie zapytał, czy ktoś odniósł obrażenia, czy ktoś chce złożyć skargę. Udaliśmy w milczeniu, że nic się nie stało, i szybko rozjechaliśmy się do domów.”

Istnieje w łacinie figura retoryczna, zamykająca się słowami „pars pro toto” (część zamiast całości). Mam wrażenie, że autor dobrze sobie zdaje sprawę z siły opowiedzianego szczegółu. Stąd częste przykłady, zwłaszcza z codziennego życia w Brukseli, gdzie od lat mieszka. A stolica Belgii, kraju przodującego w dostarczaniu wojowników Państwu Islamskiemu, w 2030 roku ma być miastem całkowicie muzułmańskim. To nie marzenie islamistów, tylko wiarygodne prognozy tamtejszych uniwersytetów. Pozostaje jeszcze kilkanaście lat, ale opisana przygoda w sklepie zdaje się wskazywać, że miasto do nowej roli jest już całkiem dobrze przygotowane.

O muzułmańskim terroryzmie pisze się od lat dużo. Każda tragedia na powrót przywołuje te same, tysiące razy przywoływane, dramatyczne pytania. Książka „Mój sąsiad islamista” nie daje łatwych odpowiedzi, w czym specjalizuje się wielu domorosłych ekspertów. Nie ma tu naginania faktów do przyjętej tezy, omijania niewygodnych wniosków. Miałem poczucie obcowania z tekstem odpowiedzialnym, napisanym przez kogoś, kto po latach obserwacji i analiz zdecydował się krytyczną refleksję na temat zjawiska budzącego w Europie powszechną już grozę. I na temat jedynej na razie odpowiedzi rządzących – ciągłej polityki ustępstw:

„Kiedy kościoły zamienia się w meczety, kiedy brytyjska policja ściga mężczyznę głośno krytykującego w autobusie islam, kiedy w wielu szwedzkich gminach Szwedzi stanowią mniejszość, kiedy sąd w Brukseli odstępuje od wymierzenia kary, aby z islamisty nie czynić męczennika, kiedy policja belgijska pilnuje porządku na basenach publicznych, gdzie muzułmańska chuliganeria poluje na dziewczyny niemuzułmanki, kiedy młodzi Marokańczycy, gwałciciele, tłumaczą, że nie dokonaliby gwałtu, gdyby ofiara była muzułmanką, wcale nie mamy do czynienia z dywagacjami na temat islamizacji, która ma nastąpić – ten proces jest w toku. Terrorystyczne zamachy w Europie są fragmentem krwawej wojny prowadzonej w globalnej skali”.

A przykłady można mnożyć i dokładać. Ot, choćby rezygnacja z bożonarodzeniowych choinek i jasełek, kartki season’s greetings zamiast tych ze stajenką betlejemską, obrażanie, w poczuciu całkowitej bezkarności, nauczycieli przez uczniów muzułmańskich, choć jednocześnie przyniesienie przez innych kanapek z wieprzowiną potrafi do głębi naruszyć ich „wrażliwość”. W szpitalach muzułmanie żądają, by opiekowali się nimi lekarze tej samej płci i wyznania, a łóżka były ustawione w stronę Mekki. Wszystkie te oczekiwania spełniane są szybko i bez protestu, byle tylko nie urazić muzułmańskich uczuć. Kruszyć kopie o jasełka, życzenia, kościelne dzwony? A przecież na tym właśnie polega bezpardonowe wpychanie się „porządku islamskiego bez rozgłosu, krok po kroku, w każdą szczelinę naszych wolności i obyczajów, w każdą normalną dla nas przestrzeń swobody”? Ciekawe, jak długo da się to wszystko dla sztucznego spokoju kwitować wzruszeniem ramion.

Trudno, by nie przekonywała teza, że owo zagrożenie bierze się stąd, że islam to coś znacznie więcej niż wiara. „Islam jest nie tylko religią. To zamknięty w sobie system dominacji w państwie i społeczeństwie. Islam nie jest prywatną sprawą jego wyznawców. Każdy jego wyznawca jest zobowiązany do utrwalania islamu i poszerzania obszaru jego dominacji. Islam jest słowem Allaha i bezlitosnym kodeksem życia w rodzinie, grupie, społeczeństwie, w państwie. Istotą islamu jest wpisana w jego księgi dominacja. Nad własnymi wyznawcami i nad niewiernymi. Islam nie podlega reformacji, uzupełnieniom, rozwojowi, najpełniej wyraża się w formie znanej przed czternastoma wiekami, kiedy powstawał.”

Marek Orzechowski napisał rzecz, na którą od dawna czekałem, choć muszę przyznać, że „Mój sąsiad islamista” to książka niezwykle przygnębiająca.  Nie może być inaczej w sytuacji, kiedy wypowiada się ktoś kompetentnie i bez obaw o obrazę uczuć strony, która z obrażania, negacji i mordu uczyniła chleb powszedni.

Na koniec autor przywołuje opinię, o której słyszy się coraz częściej z ust samych muzułmanów – chodzi o Rzym. Zdobycie miasta będzie przypieczętowaniem ich tryumfu nad światem i końcem naszej cywilizacji. Pytanie – najpierw my, potem przyjdzie pora na starcie z powierzchni kilku tysięcy śladów naszej historii, czy odwrotnie. Takie akademickie rozważania dotyczące kolejności nic nie wnoszą. W końcu to tylko kwestia czasu i sami się dowiemy.

„Porzućcie wszelką nadzieję”? 



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

„ŁOBUZY. GRZESZNICY MILE WIDZIANI” (RECENZJA AMBIWALENTNA)
05.10.2018
EDYTA STEIN, LUBLINIEC I PIĘKNO URZECZENIA
14.08.2018
DARIUSZ ROSIAK, ZIARNO I KREW (RECENZJA)
18.10.2017
MICHEL HOUELLEBECQ „ULEGŁOŚĆ” (RECENZJA)
14.11.2016