OSTATNIE LIŚCIE NA WODNYM NIEBIE


Ten moment musiał nadejść. Pora na ostateczne i nieodwołalne, fotograficzne pożegnanie jesieni. W jej wersji ulubionej, czyli z łagodnym obliczem ciepła, koloru i melancholii. Ktoś powie: jak to, przecież listopadowe szarugi trwają w najlepsze. Za kilka dni, pierwszego grudnia, rozpoczyna się meteorologiczna zima. Czas przygotować kożuchy, szale i rękawiczki,  a nie drażnić barwami i wspomnieniami chwil, które przeminęły. Wiem, czuje się w powietrzu powagę nadchodzącej pory roku. Internet pęka w szwach od litościwych porad. W życiu nie wypiję tych „kubków gorącej, aromatycznej herbaty” i nie przeczytam „ciekawych, niebanalnych pozycji”, jak to mi radzono w ostatnich tygodniach. Wszystko, by czasem zdradziecko nie dosięgły mnie macki złowrogiej, jesiennej chandry. Były blisko, ale nie dosięgły i życiowej energii nie wyssały.

Pełen listopadowego wigoru wybrałem się kilka dni temu nad położony w miejskim parku staw. Po pierwsze, chciałem sprawdzić, czy znajdę jeszcze jakieś pozostałości feerii barw, albo też jesienny stół już posprzątany i  zobaczę jedynie szaro-bure, nieapetyczne resztki okresu przed zimowego. A po drugie, lubię narzucenie sobie fotograficznego zadania. W końcu złej pory roku, brzydkiej pogody na sesję zdjęciową, nie ma nigdy. Co najwyżej, wichura może zdmuchnąć niezłomnego fotografa razem z jego statywem i aparatem, śnieg zasypać, woda zalać. Ale nie tym razem. I nie ta historia.

liscie na wodzie jpg.

Okazało się, po przybyciu na miejsce, że jest dużo lepiej niż myślałem. Na drzewach kołysało się całkiem sporo liści, sitowia mieniły się kolorami, drobne krzewy obsypane nieśmiałą czerwienią, trawy lekko tylko pożółkłe. Nieźle, jak na drugą połowę listopada. Jednak tym razem interesowała mnie wyłącznie woda, a nie to, co wokół niej.

Wiał lekki wiatr, fale ledwie zaznaczały swoją obecność. Jedynie, kiedy zaaferowane kaczki przepływały z jednego brzegu na drugi, powierzchnia akwenu stawała się bardziej nerwowa. Odbity obraz tworzył wtedy abstrakcyjny wizerunek drzew, gałązek, liści, nieba.

Jesień oglądana na powierzchni wody wydaje się szczególnie malarska. Efekt pędzla znakomicie oddają załamania na wodzie, rozchodzące się koła po spadających kroplach, gwałtowny ruch po zerwaniu się do lotu łabędzia. Tak rodzi się spontanicznie impresjonizm w wersji naturalnej, proponowanej przez naturę.

Przenosząc co kilka metrów statyw, chodziłem po grubej warstwie liści. Nie zastanawiałem się wcześniej, dlaczego właściwie muszą spadać. Odpowiedź okazała się prosta, a przyroda jeszcze raz pokazała swój geniusz. Drzewa „wiedzą”, że nadchodzi czas zimowej suszy, którego – razem z tysiącami liści do wykarmienia – nie przeżyłyby. Następuje więc najpierw rozkład budulca – chlorofilu, w wyniku czego przestajemy oglądać drzewa zielone. Ujawniają się inne barwniki – dlatego podziwiamy wersje brązowe, żółte, czerwone.

Pozostaje jeszcze operacja zrzucenia niekarmionych i niepotrzebnych liści. W każdym ogonku, tuż przy samej łodydze, tworzy się warstwa odcinania. Pod koniec jesieni martwe liście utrzymywane są na gałęzi jedynie przy pomocy mikroskopijnych wiązek przewodzących. Wtedy wystarcza podmuch i opadają. A drzewo z ulgą oddycha.

Podekscytowany, z zestawem fotografii, powoli zbierałem się do powrotu. Niezmiernie ciekaw, co z też z dość nietypowej, listopadowej sesji wyniknie. Jak to dobrze, że jeszcze istnieje – tak pożądany – element podniecenia, emocji przed odkryciem zawartości kart pamięci. Choć trochę to przypomina dawne „czary”  wokół błon fotograficznych. Okazało się, po niewielkiej i koniecznej obróbce w cyfrowej ciemni, że natura potrafi zachwycić również na chwilę przed ułożeniem się do snu.

odbicia w wodzie jpg.

Powoli zapadał zmierzch. Odbite w wodzie niebiesko-czerwone niebo stworzyło na koniec jeszcze jeden jesienny obraz. Wrócę tu wczesną wiosną. Kiedy już będziemy się wdzięcznie przebudzać, przecierać oczy i przeciągać po długim zimowym śnie. Padać sobie w ramiona i z euforią wykrzykiwać: „Doczekaliśmy!” Przesadziłem? Ależ skąd. Każdej wiosny tak robię.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

LISTOPAD NA „ŻABICH DOŁACH”. JAK Z OBRAZKA
09.11.2017
PAJĘCZYNA – ARCYDZIEŁO SAMOTNEGO GENIUSZA
09.11.2016
W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI ALBO DLACZEGO JESIEŃ
25.10.2015
chleb z papryką w scenerii jesiennych liści
GRZEJĄCY CHLEB W CIEPŁYM KOLORZE JESIENI
11.10.2015
jesienne pola po skoszonym zbożu
RŻYSKO, JESIEŃ I CUDZOZIEMCY
13.09.2015