PAL SZEŚĆ ALBO JĘZYKOWE Z GŁUPIA FRANT


Tak się złożyło, że w wyjaśnieniu kilku prezentowanych, a często używanych powiedzeń, nie brakuje i ucinania głów, i wypalania żelazem, i strzelania do czapli. Pal sześć i tak (a może właśnie dlatego) będzie ciekawie.

 

PAL SZEŚĆ – MNIEJSZA O TO, WSZYSTKO JEDNO

Nie, to nie rozkaz wydany plutonowi egzekucyjnemu (sześciu mierzy do skazańca), choć nie odbiegamy daleko. Polecenie „pal sześć” oznaczało przed wiekami, że kat miał ofiarę przypalić żelazem właśnie tyle razy. Nie wiadomo dlaczego akurat sześć, skoro kroniki donoszą, że po najwyżej trzykrotnym przypaleniu nieszczęśnik był już martwy. Najwyraźniej rekordzista w tej kategorii nie przeżył dopiero szóstego i tak już potem dla pewności zostało.

Przywiązanie do powtarzania utartych formuł ma długą tradycję, a torturowanie w tej dziedzinie również swoje „zasługi”.

Zalał ci ktoś sadła za skórę? Ciesz się, że nie dosłownie, jak dawniej.

 

KAPUŚCIANA GŁOWA – O KIMŚ, KTO NIE GRZESZY INTELIGENCJĄ

Dwudziestotysięczne miasteczko Eeklo w północnej Belgii do dziś słynie z wyrobów piekarniczych. Co to ma wspólnego z kapustą, głową i Flandrią? Trochę makabryczna, trochę śmieszna legenda rodem ze średniowiecza wszystko wyjaśnia.

Otóż, piekarze z Eeklo wypiekali nie tylko chleby, ale byli też szczególnymi chirurgami, których wybitne umiejętności dostępne były jedynie dla najbogatszych. Mianowicie potrafili kompleksowo i wszechstronnie naprawiać głowy.

Jak to robili? Ucinali je, po czym za pomocą masy z mąki i sobie tylko znanych składników nadawali ładniejszy wygląd według (wcześniejszych oczywiście) wskazówek klienta. Po wypieczeniu w piecu pozostało tylko uzupełnić, jakże ważny dla sprawności umysłowej, poziom oleju i artystycznie przyszyć. Czyli dawna chirurgia plastyczna i neurochirurgia w jednym.

Na miejsce głowy, w czasie jej przeróbki, przytwierdzano do korpusu główkę kapusty. Jej lecznicze właściwości – znane do dziś – miały powodować, że pacjent nie tylko się nie wykrwawił, ale piękniejszy i mądrzejszy natychmiast po zabiegu wychodził z piekarni o własnych siłach.

Z tym olejem to jednak gruba przesada. Wiadomo przecież, że delikwenta wychodzącego z piekarni w Eeklo można było opisać chińskim przysłowiem: Do byka nie podchodź od przodu, do konia od tyłu, a do idioty wcale.

 

ZBIJAĆ BĄKI – PRÓŻNOWAĆ, LENIUCHOWAĆ

Bąk – niby taka zwyczajna nazwa, a po łacinie jakże zyskuje: Botaurus stellaris. To średniej wielkości czapla. Szczęśliwy ptak mizernej postury, który dla myśliwego nie ma żadnej wartości. Strzelanie do niego w celach kulinarnych było i jest stratą czasu, marnotrawstwem.

Inny trop prowadzi w stronę owada. Bąk, inaczej końska mucha, chętnie posila się ludzką albo zwierzęcą krwią. Ukąszenie bywa nieprzyjemne, podobnie jak samo latające zwierzę. Naturalnym odruchem jest zabicie, w najlepszym wypadku odpędzenie go. Marnuje się w ten sposób czas, bo zamiast pracować zbija się bąki.

Obie wersje są równie prawdopodobne, choć przychylniejszym okiem spoglądam na zbijanie bąków w czasie polowania na muchy, a nie na czaple.

Antonim tego zwrotu też przenosi do świata zwierząt – harować jak wół.

 

SPUŚCIĆ NOS NA KWINTĘ – POSMUTNIEĆ, STRACIĆ DOBRY HUMOR

Do wyboru: sport albo muzyka. W szermierce kwinta to nazwa ruchu obronnego, wiążącego się z opuszczeniem głowy. Sprawia wrażenie, jakby zrezygnowany zawodnik ostatecznie przegrywał.

Drugi pomysł wykorzystuje skrzypce. Najcieńsza struna, podobnie jak najwyższy ton gamy, nazywa się w nich quinta. Przechodzenie do niższych tonów to umowne zniżanie się, pokornienie. No i jak tu wtedy zachować muzyczną pogodę ducha. Trzeba więc uważać, co się mówi skrzypkowi, bo może niepotrzebnie spuścić z tonu.

 

Z GŁUPIA FRANT – UDAWAĆ NAIWNEGO

W tym wyrażeniu zagadkowe jest dosłownie wszystko. Od niedzisiejszej formy „z głupia” po tajemniczego „franta”. Najpierw o nim. W dawnej polszczyźnie miał aż trzy znaczenia, tak bardzo znowu nie odbiegające od siebie. Za Słownikiem języka polskiego podaję, że był to i komediant, błazen, i cwaniak, spryciarz, a przy tym również hulaka, birbant.

A może, bo i taki pomysł się pojawił, to Franta, czyli po czesku półgłówek. Imię jest zdrobnieniem od František. Jako że południowi sąsiedzi mają specyficzne poczucie humoru, dlatego w temat co ma Franciszek wspólnego z głupkiem, zagłębiać się nie będę. Zapytajcie znajomego Czecha.

Prościej wyjaśnić „z głupia”. To dawny rzeczownik od przymiotnika „głupi”. Gdyby przyszło uwspółcześnić ten związek powiedzielibyśmy : „z głupiego frant”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

KARTOFEL I ZIEMNIAK. KTO RZĄDZI W TYM ZWIĄZKU?
20.08.2020
A PAMIĘTASZ, DZIĘKI KOMU PRZESTAŁEŚ BYĆ ANALFABETĄ
23.07.2015