PATRYCJA TODO „MOJA FRANCJA”


Często lektura jednej książki wywraca budowany latami, misterny i jedyny do przyjęcia obraz. Francja – niezwykły kraj, ojczyzna demokracji europejskiej, źródło wysublimowanej kultury i zapierających dech w piersiach krajobrazów i zabytków. Francuska szarmanckość, pełen ogłady język potoczny, elegancja strojów – wiadomo, pozazdrościć. Tyle myślenie stereotypowe. Jaka jest prawda i codzienność? Usiądź wygodnie i posłuchaj. Czeka Cię nielichy szok.

Patrycja Todo wyszła za mąż za Francuza. Od ponad szesnastu lat ogląda Francję trochę oczami urodzonej w 1971 roku Polki, a trochę już rodaczki Moliera. Jej książka nie jest przewodnikiem, gdzie jechać, co zobaczyć i jakie dania zamówić. To raczej, pokazany na ponad trzystu trzydziestu stronach, smętno-gorzki obraz kraju, który nie dopuszcza do siebie myśli, że to co najlepsze już poza nim.

GDZIE FRANCUSKA RADOŚĆ ŻYCIA

Autorka podkreśla, że generalizowanie jest krzywdzące, ale lata przeżyte w środowisku nie emigrantów z Polski, a rdzennych Francuzów, dają podstawy do kreślenia wniosków ogólniejszych. A Francuzi są, jej zdaniem, mało sympatyczni, aroganccy i wiecznie niezadowoleni. „Wyniośli w sytuacjach najmniej stosownych, a do tego samotni w grupie.” Podobno stawiają na indywidualizm. Autorka nazywa zjawisko inaczej – narodowym egoizmem. Wspomina odwiedziny u męża, pracującego w paryskiej dzielnicy La Defense: „Architektura wprawiła w podziw, lecz maszerujący niczym żołnierze, beznamiętni ludzie napawali przerażeniem. Odniosłam wrażenie, jakbym znalazła się na innej planecie. Ludzie byli całkowicie pochłonięci sobą. Zaganiani, pozbawieni życzliwego uśmiechu, bez uczucia na nieobecnych twarzach.”

DZIECI SZCZĘŚLIWE?

Ten stan rzeczy przekłada się choćby na stosunek do dzieci. O ile w Hiszpanii, Włoszech dzieci widać na każdym kroku, we Francji autorkę zaskoczyła „bezdzietność” ulic i brak placów zabaw. Niemowlęta od razu po urodzeniu zostawiane są w żłobkach. „Francuzi rzadko bawią się z dziećmi czy chodzą rodzinnie na spacery.” Hiszpańscy teściowie Alicji Todo nie potrafią zrozumieć, że nawet w małych miasteczkach nie widuje się rodzin. „W Hiszpanii dzieci widać na każdym kroku(…). Są szczęściem dorosłych i wszyscy zwracają na nie uwagę. A Francuzi często przyznają, że dzieci irytują energią i hałasem. Rzadko, że lubią z nimi przebywać.” Może dlatego na bicie najmłodszych w miejscach publicznych istnieje powszechne, społeczne przyzwolenie. Nie ma też zwyczaju, by dziadkowie opiekowali się wnukami. Przy znakomitym i hojnym systemie emerytalnym wolą podróżować, odkrywać, korzystać z uroków życia. Większości znanych autorce dzieci praktycznie nikt nie wychowuje. „Rodzice zapewniają im dobrobyt i egzystencję bez dialogu, wielopokoleniowej więzi, bez zwykłego uczenia, jak żyć, kochać drugiego człowieka i doświadczać świata.” Co dalej? „Całe pokolenie, zwłaszcza kolorowej młodzieży, która zatraca się w beznadziei i agresji.(…) Przedmieścia lyońskie, marsylskie, strasburskie i wiele innych toną w bezkarności młodych przestępców i beznadziejnej pustce znudzonej młodzieży. Odwiedza ona centra miast i budzi niepokój.” Nie wolno tego zjawiska krytykować, by nie być posądzonym o nietolerancję. „Francuzi narzekają szeptem. Tylko w domach (…) przyznają się do dyskomfortu we własnym kraju, gdzie nie czują się już u siebie.”

WSI SPOKOJNA, WSI WESOŁA?

Lepiej na prowincji. Ludzie się znają, żyją bardziej na zewnątrz, ale jednocześnie ich mentalność pozostaje bardzo hermetyczna. Wielu mieszkańców nigdy nie wyjechało choćby poza granice departamentu. Dla cudzoziemców im mniejsza miejscowość tym bardziej niedostępna. I nie wynika to jedynie z powszechnej nieznajomości języków obcych. Jeśli dołożymy brak wiedzy geograficznej, historycznej, innych kultur i tradycji to wniosek, że miejscowi przybierają maskę naburmuszenia, żeby ukryć kompleksy może wydawać się sensowny. Wielu znanych autorce obcokrajowców powtarza, że we Francji mieszkałoby się doskonale, gdyby nie antypatyczni i aroganccy Francuzi.

A POLAKÓW LUBIĄ?

Może i tak, ale wiedza o Polsce jest szczątkowa. Autorka przyznaje, że w ciągu szesnastu lat przeżytych we Francji tylko raz natknęła się w telewizji na program o zmianach zachodzących w naszym kraju. Było to przy okazji organizowanych przez nas Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Wyjaśnia jeden z francuskich znajomych: ” Żaden z nas nie interesuje się waszym krajem. Po prostu jest on daleko, gdzieś na Wschodzie, i do niczego nie jest nam potrzebny. Zupełnie nic o nim nie wiemy.” Trudno pogodzić się Patrycji Todo z przekonaniem Francuzów o własnej nieomylności, ale też nieprzyjemnym stosunkiem do narodu polskiego, na osłodę – amerykańskiego też. Co ciekawe, oba kraje nigdy nie weszły w konflikt zbrojny z Francją.

SZYK I ELEGANCJA?

I tu autorka odziera nas ze złudzeń. Do eleganckiego wyglądu wagę przywiązują jedynie zamożni emeryci. A poza tym: „wszystko szare, bure, bez charakteru, wygniecione, zakurzone.” Miłe, że na tym tle Polki, Czeszki, Rosjanki są pełne powabu i delikatności. Raczej niech nie liczą na szarmanckość. Ustępowanie paniom miejsca, przytrzymanie drzwi, ogólnie – zasady savoir-vivre’u odeszły do dziejowego lamusa. Jakby tego było mało, oprócz zachowania, dochodzi jeszcze higiena osobista. Nie zgadniecie, jaka jest norma w kraju Diora. Otóż, nie ma szkoły, która poradziłaby sobie z zawszonymi dziećmi. Nikt się temu nie dziwi, tak już jest. Patrycja Todo opowiada też o kolejnych przeprowadzkach do apartamentów w ekskluzywnych dzielnicach i konieczności czyszczenia najpierw brudnych toalet. Dowiedziała się przy okazji, że w wielu domach wodę w WC spuszcza się raz dziennie, prysznic bierze się raz na tydzień, a kąpiel w wannie na wysokość dłoni to częsta norma. Wszystko w kraju, w którym kobiety wydają ponad dwa miliardy dolarów na perfumy i kosmetyki. Tyle, ile Niemki, Brytyjki i Hiszpanki razem wzięte. Autorki nie opuszcza wiara, że wśród sześćdziesięciu milionów Francuzów niektórzy są wymyci.

CZY FRANCUZ JEST PATRIOTĄ?

Kilka lat temu rząd rozpoczął debatę na temat francuskiej tożsamości narodowej. Zamiast niej odezwały się głosy oburzenia, że to „oznaka rasizmu” i „przejaw nacjonalizmu”. Patriotyzm dawno został utożsamiony z tym ostatnim. Jedynie nielicznych stać było na deklarowanie dumy z bycia mieszkańcem Francji. Wniosek nie jest krzepiący: „Właściwie bycie Francuzem sprowadzono do obywatelskiej egzystencji w demokratycznym, laickim państwie. Jak na jakimś wyborczym plakacie.” Zapytany mąż stwierdził, że czuje się związany z własnym regionem, ale na przykład z Bretanią, czy Alzacją nic go nie łączy. Paryż podziwia, ale samych paryżan, jak większość Francuzów, nie znosi.

W SZKOŁACH UCZĄ DOBRZE?

Dzieci w podstawówce najczęściej wycinają i wklejają. Kończąc ją, większość nie potrafi wykonać prostych obliczeń i napisać prostego tekstu. „Jeden na ośmiu nie potrafi ani pisać, ani czytać i ma problemy z liczeniem, a i tak dostaje się do gimnazjum.” Warto pamiętać, że co sześć tygodni dzieci mają dwanaście dni wolnego, letnie dwumiesięczne wakacje, jeszcze święta, długie weekendy i częste strajki nauczycieli. Autorka odnosi wrażenie, że jej synowie chodzą do szkoły w przerwie między wakacjami. Do rzadkości należą tygodnie, w których wszystkie lekcje odbyłyby się według planu. „Lekcje po prostu przepadają, a gimnazjaliści zabijają nudę w bibliotece lub pobliskim parku.” No i laickość, z której Francja jest tak szalenie dumna pociąga czasem zabawne konsekwencje. W trakcie jednej lekcji historii przytacza się fragmenty Koranu, mówi o chrzcie Chlodwiga i o Mahomecie. Przypadkiem wyszło na jaw, że dziewięcioletni syn autorki był święcie przekonany, że Chlodwiga ochrzcił Mahomet. Co ciekawe, „katolicki kalendarz ciągle wyznacza rytm świąt i przerw wakacyjnych, jednak na zajęciach szkolnych istnienie Chrystusa jest tematem tabu.” I smakowita historia na zakończenie części oświatowej:

Mojej polskiej przyjaciółce w Lyonie kazano w szkole udać się do psychiatry, bo jej dwóch synów bliźniaków rozmawiało z matką po polsku, a z ojcem po holendersku. Wszyscy mieszkali we Francji. Na tłumaczenie, że dzieci są trójjęzyczne i radzą sobie bez problemu, że urodzone są w Polsce, a tata pochodzi z Antwerpii, więc chłopcy siłą rzeczy mówią w trzech językach rodzice usłyszeli, że mają z pewnością niedorozwinięte potomstwo! Dziś rodzina mieszka w Belgii, a tam każdy mówi przynajmniej w dwóch językach. Niepotrzebny jest już francuski psychiatra.

 

JESZCZE COŚ?

 Niemało. Zachęcam do lektury rozdziałów o pozycji kobiety w społeczeństwie, a zwłaszcza zdradliwych pułapkach równouprawnienia i feminizmu. Naturalnie, nie mogło zabraknąć rozdziału poświęconego kuchni. Oczywiście dominuje ton entuzjazmu, bo przecież mowa o narodowej religii. „Tu się żyje po to, żeby jeść…”. I kolejnego, na temat miłości w wydaniu francuskim. Ten fragment – zaskakująco cierpki i pełen obaw autorki.

Byłbym zapomniał. Pod koniec dowiedziałem się, gdzie Patrycja Todo znalazła szczęśliwe miejsce na mapie Francji. Bo nie do końca jest tak, że na kartach książki uprawia jedynie narzekanie i malkontenctwo. Sama zresztą stan rzeczy wyjaśnia: „Czasami dochodzę do wniosku, że przedstawiając moje osobiste doświadczenia, daję w książce niesprawiedliwy, smutny obraz Francji. Jednak liczne podobne przypadki i opowieści potwierdzają regularnie moje własne spostrzeżenia.”

Sam nie wiem po lekturze, czy lepiej żyło mi się w błogim przekonaniu, że Francja jest tak nadzwyczajna, jak wrażenia turystyczne – powierzchowne i krótkie, ale intensywne – podpowiadają. Czy taka, jaką właśnie poznałem z relacji – raz na zawsze obalająca idealizowany mit „douce France”.

Ciekaw jestem, czy ktoś ma, oprócz barwnych „pocztówkowych” francuskich doświadczeń i takie, które są bliższe, mieszkającej tam od wielu lat, autorki „Mojej Francji”.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ