PAWEŁ STELLER – ZAPOMNIANY GENIUSZ DRZEWORYTU


Nazwany przez Francuzów polskim Dürerem. Uczeń Władysława Skoczylasa – twórcy szkoły drzeworytu, wnet jednak mistrza doścignął. Zwłaszcza w portretach – znaku rozpoznawczym swojej twórczości. Co prawda, nigdy się nie spotkaliśmy, a mimo to Paweł Steller pozostawił trwały ślad w moim życiu. Najpierw za sprawą wspomnień ojca, który jako dziecko poznał artystę (mieszkali w Katowicach niemal po sąsiedzku) i uważał starszego o trzydzieści jeden lat Pawła za swojego przewodnika, nie tylko w świecie sztuki. Także dzięki niezwykle energicznej, zawsze pogodnej żonie artysty, Stefanii, u której kilka razy rodzinnie gościliśmy latem, w wypełnionym pamiątkami, drewnianym domu położonym w Wiśle Dziechcince. Nie zapomnę wielkich porcji sałaty ze śmietaną i górą cukru obowiązkowo podawanych do każdego obiadu. O pani Stefanii, zmarłej ponad dwadzieścia lat temu, myślę niezmiennie ciepło. Za to sałatę na słodko od tamtej pory omijam szeroko.

Jakimś cudem zachowały się jeszcze szkice, wprawki ze wspólnych wypraw taty i Pawła po beskidzkich szlakach. Często zatrzymywali się w gościnnych progach probostwa w Międzybrodziu Bialskim, skąd ruszali na dalsze wędrówki. Pejzażowi tamtych okolic artysta pozostał wierny do końca życia. Zapewne nie bez wpływu miało miejsce urodzenia –  Hermanice, na Śląsku Cieszyńskim.

Kiedy odtwarzam jego biografię, dochodzę do wniosku, że mogłaby się stać kanwą scenariusza niezłego filmu.

Przyszedł na świat 23 stycznia 1895 roku jako piąte z siedmiorga dzieci. Mama zajmowała się domem, ojciec po pracy w hucie w Ustroniu doglądał niewielkiego gospodarstwa.

Wspomina biograf: Do pracy w polu Stefan nie nadawał się. Był za słaby, sił do niej nie miał. Skłonności jego szły w innym kierunku. Mając zaledwie cztery czy pięć lat oczekiwał z niecierpliwością chwili, kiedy starsze rodzeństwo pójdzie do szkoły, a rodzice w pole. Krył się wtedy na strychu i tam przez nikogo nie niepokojony obserwował piękno okolicy. A miał co oglądać.

Z małego okienka na poddaszu rozciągał się na południe urzekający widok gór wyraźnie odcinających się na tle pogodnego nieba lub roztapiających się w mgłach i chmurach. Po lewej widniał Lipowski Groń i Polanica, po prawej Mała i Wielka Czantoria, a między nimi toczyła swe wody srebrzysta Wisła. Zabranymi bratu Antoniemu farbami i kredkami, wszystko co chłonęły jego oczy, malował bez końca. Już w tym okresie dawał o sobie znać jego późniejszy talent.

W przypadku Stellera sprawdza się zasada, że zainteresowania wyniesione z dzieciństwa przeradzają się w pasję w życiu dorosłym.

A że talent był niepospolity przekonał się już na studiach artystycznych we Lwowie, ukończonych z wyróżnieniem i w Pradze, gdzie w 1917 roku przyjęto go na wydział rysunku jako jedynego Polaka spośród stu ubiegających się kandydatów. Do wybuchu I wojny światowej zdał celująco I rok studiów.

Lata wojenne spędził wcielony do armii austriackiej, a w odrodzonej już Polsce kontynuował studia na wydziale grafiki w nowo powstałej Państwowej Szkole Sztuk Pięknych. W 1925 roku ożenił  się z Elżbietą Sosnowską, pochodzącą ze zubożałej szlachty kresowej z Wołynia. Małżonkowie zamieszkali w Katowicach. Rok później urodził się jedyny syn, Stefan.

Steller zostaje nauczycielem rysunku, zdobywa pierwsze nagrody i wyróżnienia. Lata 30. to pasmo sukcesów. Mieszkanie przy ulicy Andrzeja 13 staje się znanym w mieście salonem towarzyskim, skupiającym osobistości kultury. Publikacje tek drzeworytów „Górny Śląsk” oraz „Typy polskie” i „Śląsk Cieszyński” są wydarzeniami nie tylko w kraju.

Niestety, wybuch II wojny światowej gwałtownie kończy sielankowy epizod biografii artysty. Rozpoczyna współpracę z ruchem oporu, pomaga uciekinierom z obozu Auschwitz i często w związku z tym zmienia adresy w dobrze znanych Beskidach.

Kiedy w styczniu 1945 roku do Katowic wkraczają wojska radzieckie, Stefan Steller bez namysłu powraca do miasta. Wkrótce się przekona, że nie był to najlepszy pomysł. Otrzymuje bowiem urzędowe polecenie zaprojektowania pomnika-obelisku ku czci Armii Czerwonej. Odsłonięto go  już 27 lutego 1945 na Placu Wolności (sic!).

Zaszczyty, uznanie ludowej władzy? Przeciwnie – niecały miesiąc później NKWD oskarżyło artystę o szpiegostwo na rzecz obcego wywiadu i 3 kwietnia 1945 zesłało do obozu nr 503 w Kuzbasie pod chińską granicą. Wrócił stamtąd po dwudziestu miesiącach.

Zaczęły się lepsze czasy. Intensywnie tworzył, był doceniany i nagradzany. Co prawda ciężko przeżył śmierć żony w 1954 roku, ale z depresji wyrwała go – poznana jeszcze przed wojną w Międzybrodziu – Stefania, wkrótce druga żona. Oboje kupili dom w Wiśle, o którym wspomniałem – ulubione miejsce artysty, gdzie mieszkał do końca życia.

W sierpniu 1974 artysta złamał nogę w biodrze i zmarł niedługo później w Katowicach.

Pozostawił po sobie z górą dziesięć i pół tysiąca prac, w tym dwieście czterdzieści trzy drzeworyty i ponad tysiąc akwarel.

Górale, robotnicy, Ślązacy, wiejskie gospodynie przedstawieni są z niebywałą ekspresją i ładunkiem emocjonalnym. Właśnie za drzeworyt Typy śląskie zdobył w 1937 roku Złoty Medal w dziedzinie grafiki na międzynarodowej wystawie w Paryżu.

Warto uważnie spojrzeć, jak wielką siłą i sugestywnością  obdarza twarze ludzi, zwłaszcza starych, doświadczonych życiem. Zamiast poszukiwania czysto formalnych efektów, interesowało go pokazanie „wnętrza” modela. Nie wiem, co podziwiać bardziej – sprawność techniczną czy umiejętność tworzenia portretów pełnych wyrozumiałej wiedzy o charakterze portretowanej osoby.

Warszawski krytyk w 1937 roku z zachwytem pisał: Pyszne twarze polskie pełne blasku i wyrazu, wspaniały rysunek, równy niemal rysunkowi Rembrandta czy Rubensa.

Steller mistrzowsko posługiwał się też ołówkiem. Inaczej niż w przypadku drzeworytu, jego rysunki urzekają miękkością linii i łagodnym światłocieniem. Do moich ulubionych zaliczam portret syna, Stefana.

„Czarodziej drzeworytu” potrafi zaskoczyć swoimi akwarelami. Jest subtelnym kolorystą, delikatnie zestawiającym barwy. Pejzaże sprawiają wrażenie jakby łagodne słońce prześwietliło powietrze albo w letni poranek zamglenie filtrowało promienie światła.

Stała wystawa prac Stellera prezentowana jest w unikalnych wnętrzach, w których zachowały się boazerie, dwa kominki, dębowe drzwi ozdobione masą perłową, a przede wszystkim meble – eklektyczna jadalnia z 1913 roku oraz gabinet w stylu art déco. Należały one do pierwszego właściciela kamienicy wybudowanej w Katowicach w 1910 roku.

 

 

Na fotografiach – zbiory Działu Grafiki im. Pawła Stellera Muzeum Historii Katowic

Cytat z książki Juliana Humeńskiego, Paweł Steller. Urzekło go piękno



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

MUZYKA W SZTUCE. CZY DA SIĘ POKAZAĆ DŹWIĘK?
21.08.2018
PROWOKOWAĆ LOS. NA PRZYKŁADZIE BEKSIŃSKICH
05.02.2018
SPORT I SZTUKA. NIC NOWEGO, A JEDNAK
25.01.2018
DOM MEHOFFERA W KRAKOWIE. MODA TRWA
07.01.2018
TAGI GRAFICIARZY TRAFIAJĄ DO MUZEÓW. NAPRAWDĘ
16.12.2017
NA SZCZĘŚCIE BYWAJĄ „NIEMIŁE” WYSTAWY
18.08.2017
PO CO W STARYM KRAKOWIE NOWY MOCAK
03.08.2017
ART BRUT. CO TO JEST I DLACZEGO W WERSJI WYTRAWNEJ
19.07.2017
DLACZEGO NIE OMIJAM MUZEÓW (NA RAZIE)
19.01.2017