PAWLIKOWSKA “NARKOTYKI, ANOREKSJA I INNE SEKRETY” (RECENZJA)


Każdy rodzaj literatury, mało ważne, o jakim gatunku myślimy – powinien być rękodziełem, właściwiej – myślodziełem z jakąś dozą wyjątkowości, a nie masowym produktem z taśmy, lepiej lub gorzej pozorującym unikatowy charakter. Wiem dobrze, to frazes, ale niestety nie dało się inaczej rozpocząć recenzji nowej (czy jeszcze?) książki Beaty Pawlikowskiej “Narkotyki, anoreksja i inne sekrety”. Pytanie w nawiasie nie znalazło się tam przypadkiem. Autorka publikuje w tempie kilku książek rocznie i staje się ekspertem od wszystkiego: podróży, diet, ekologii, leczenia chorób, języków obcych aż po problemy z pogranicza psychologii i psychiatrii. Pół biedy, kiedy mi mówi, że jakaś przyprawa jest szkodliwa. Gorzej, jeśli poważne schorzenia i nałogi sprowadza do amatorskiej teorii winnej wszystkiemu podświadomości.

Poznęcam się nad książką za chwilę. Na razie o tym, co w niej dobrego. Niewiele, ale zawsze coś. Zaczyna się interesująco, od opisu psychiki osoby, zwłaszcza dziecka, dotkniętej anoreksją. Z właściwą sobie skłonnością do egzaltacji Pawlikowska pisze: “Bo anoreksja to ryczący huragan duszy, który tak wgryzł się w twoje myśli, że nie jesteś w stanie wyobrazić sobie bez niego życia”. Czytam dalej o prawdziwym koszmarze egzystencji osoby uzależnionej, ale i torturach najbliższego otoczenia przeżywającego katusze bezradności. Autorka te doświadczenia poznała aż nazbyt dobrze (“Miałam anoreksję przez kilkanaście lat. Prawie doprowadziła mnie do śmierci. Miałam tak wyniszczony organizm, że narządy wewnętrzne zaczęły zanikać.”). Mogłem przypuszczać, że ton wiarygodnej, osobistej relacji będzie w dalszej części kontynuowany.

Szkopuł w tym, że Pawlikowska nie poprzestaje na opisie własnej historii, co zajęłoby nie więcej niż sto stron, tylko zaczyna rozpisywać się na temat opracowanych przez siebie metod leczenia. W rezultacie kończy dwieście pięćdziesiąt stron dalej. I na tym polega całe nieszczęście poradnika “Narkotyki, anoreksja i inne sekrety”. Autorka mierzy się bowiem z problemem wymagającym ogromnej wiedzy, doświadczenia nie tylko jednostkowego, poczucia odpowiedzialności za los osób zniewolonych nałogami, a szukających dla siebie ratunku również na półkach księgarskich. Własnych przeżyć w tak wrażliwej, skomplikowanej dziedzinie nie można odrywać od tego, co na ten temat mówią lekarze.

Znana podróżniczka od pewnego czasu dużo i nader chętnie opowiada o swoim uzależnieniu od narkotyków, seksu, anoreksji, bulimii, a o tym, że została kiedyś zgwałcona wiedzą już pewnie w przedszkolach. Nie zamierzam kpić, wskazuję jedynie na pewien szczególny ekshibicjonizm autorki. Za dużo tego, za otwarcie, zbyt barwnie i natrętnie. Trudno mi dać wiarę, że wszystkie te traumy zostały solidnie zwalczone, psychika zregenerowana, a pacjentka czuje się świetnie.

To naprawdę (i na szczęście) nie działa tak, że aby odzyskać zdrowie, wystarczy tylko “znaleźć błędne dane, zastąpić je prawidłowymi i wgrać je na nowo do pamięci komputera” (mózgu – przyp. mój).

Kluczowe słowo tej publikacji brzmi: podświadomość. W dziedzinie powtarzania jednego terminu Pawlikowska ociera się o światowy rekord. “Podświadomości” znajdowałem po kilka na stronie, do znudzenia i na okrągło. Znużenie lekturą rywalizowało z irytacją. Przykład? Na chybił trafił wybrana strona dwieście osiemdziesiąta: “tak walczy podświadomość…”, “jego podświadomość słyszy…”, “podświadomość twojego dziecka…”, “zapisy w podświadomości…”, “podświadomość jest uparta…”. A wszystko to z niezliczoną ilością przykładów nawiązujących do skutków oglądania filmów pornograficznych (czyżby szykował się następny poradnik?).

Mam więcej niż wątpliwości, czy wydane na książkę “Narkotyki, anoreksja i inne sekrety” 39,90 to dla ludzi próbujących się wyrwać z zaklętego kręgu uzależnień inwestycja, która ma jakikolwiek sens. A może zwyczajnie i prościej – poszukać fachowej porady u mądrego lekarza zamiast ryzykownej terapii w stylu New Age’owych porad Pawlikowskiej. Jedna z nich głosi, by usiąść obok uzależnionej córki (dlaczego nie syna?), po czym:

“myśl o niej i w myślach powtarzaj cztery słowa: Kocham cię. Przepraszam. Przebacz mi. Dziękuję.

Powtarzaj je przez cały czas w myślach”.

Najśmieszniej jest na końcu. Zmęczony powracaniem autorki w kółko do tych samych myśli, wyczerpany jej pseudofilozofią, poradnictwem psychologicznym na poziomie gimnazjalnym, odwracam ostatnią stronę i widzę pogrubione zdanie: “A teraz przeczytaj tę książkę jeszcze raz.” Nie koniec na tym. Mam ją przeczytać co najmniej trzy razy! Dlaczego? Bo jak mi mówi Pawlikowska: “Wiem, że jesteś inteligentny.” Ot, taki głębszy paradoks.

Ja z kolei wiem, że książki trzeba szanować, ale podświadomość podpowiedziała mi, że czasem można nimi rzucić.

To dopiero skuteczna terapia!

Zobacz też:

Beata Pawlikowska “Jak pokochać siebie” (recenzja)


  • Kiedyś czytałam jej książki podróżnicze, ale teraz zniechęciłam się do reszty do jej osoby. Przesadziła. Poza tym nie znoszę takiego dawania rad, w sensie – w takiej formie, nie znoszę ekshibicjonizmu i spoufalania się z czytelnikiem, a już na pewno nie znoszę twierdzenia “a przez co to ja nie przechodziłam!”. Kojarzy mi się z tymi głośnymi ludźmi, którzy opowiadają na lewo i prawo o szczegółach swojego życia, wszystko muszą skomentować i na wszystko mają swoją “niezawodną” radę, a nie potrafią wyciszyć się, przyjąć czegoś z pokorą, zbliżyć do człowieka.

    • Trzeba by sobie jeszcze jakoś wyjaśnić bardzo wysoką sprzedaż poradników Pawlikowskiej. Tu bezradnie rozkładam ręce. Masz jakiś pomysł, który nie obrazi innych?

      • Alternatywne metody leczenia raka też sprzedają się bardzo dobrze – swego czasu czytałam o takich najbardziej nawiedzonych i nic nie dających, i przeważnie artykuły komentowali ludzie bardzo zdesperowani. Tak wyjaśniam sobie popularność takich poradników i niekonwencjonalnych metod – czasami człowiek jest na tyle zdesperowany, że nie myśli już logicznie. Wiara w Pawlikowską wydaje mi się nawet bardziej racjonalna niż wiara, że lewatywa wyleczy raka…

      • Tośka

        Popularne osoby często bywają autorytetami dla innych, w dodatku w prawie każdej dziedzinie. Są tacy, którzy uważają, że jeśli ktoś jest popularny, sławny to z pewnością na wszystkim się zna – na medycynie, polityce, wychowaniu, psychologii itp. Można by przytoczyć sporo nazwisk aktorów, piosenkarzy, sportowców, żon ludzi znanych,którzy wypowiadają się w mediach na każdy temat, piszą poradniki, chętnie opowiadają o swoim (lub współmałżonka) życiu w tabloidach i na ściankach. Poza tym ludzie lubią czytać porady, nie zawsze sięgając po nie do prawdziwych autorytetów. Sądzą, że w ten sposób pogłębiają swoją wiedzę.Kolejna rzecz to modna w wielu kręgach (szkodliwa) ideologia “New Age” – podświadomość, zbiorowa świadomość, pozytywne myślenie, pozytywna energia, rozwój, przebudzenie, kult magii, “wszystko możesz” – łatwo się tym zachłysnąć. Pawlikowska jest popularną podróżniczką, sławną kobietą, więc zaciekawieni tym, co ma do powiedzenia, kupują jej książkę. Tytuł też jest zachęcający, ale myślę, że po przeczytaniu książki wielu skutecznie się zniechęci i nie pozwoli sobie “wyprać mózgu”.

        • Zgadzam się z Twoimi wnioskami, choć z tym z ostatniego zdania nie do końca. Nakłady książek Pawlikowskiej sięgają niewyobrażalnego poziomu na krajowym rynku wydawniczym – pół miliona egzemplarzy. To dopiero “pranie” (na życzenie).

  • basetla

    Denerwujące jest też, według mnie, nieustanne porównywanie nas, ludzi do komputerów.
    “Każdy z nas jest takim żywym komputerem działającym na bazie osobistego systemu operacyjnego.”
    “Na razie mamy fantastyczny, żywy komputer, czyli ciebie. I system operacyjny, który został ci wgrany przez życie.”
    A mnie nikt niczego nie wgrywał. Mam swój rozum i wolną wolę.

    • Ponad siedem miliardów żywych komputerów na świecie! Przybysze z kosmosu przybywajcie. Damy wam radę.

  • Mnie chyba najbardziej przeraża okładka tej książki. Nie mam pojęcia jakim prawem rysunkowe, tandetne robaczki znalazły się koło anoreksji i narkotyków, ale godzi to nie tylko w estetykę, ale też w jakieś poczucie przyzwoitości. Pewnie miało nawiązywać do jej innych książek, ale przy tej tematyce jest naprawdę nie na miejscu i współczuję grafikowi, który musiał projektować taki szmelc.

    • “Projekt okładki: Beata Pawlikowska i Maciej Szymanowic”. Można więc powiedzieć, że książka stanowi spójną całość.
      Ponadto w stopce znalazła się też deklaracja autorki: “(…) przecinki w tej książce są postawione i zniknięte zgodnie z artystyczną wolnością, wbrew zaleceniom korekty i na moją odpowiedzialność.”

  • Aga z podróży szczypta

    ostatnio panuje nagonka na panią Beatę. Nie wiem czemu. To, że wydaje kilka książek rocznie? Pogratulować samodyscypliny. To że się na wszystkim zna? Hmm czy na wszystkim? Kobieta ma ponad pięćdziesiąt lat, więc trochę już na tym świecie żyje. W książkach, które czytałam (nie tylko podróżniczych) podkreśla, że opisuje swoje spostrzeżenia, wnioski. Szukała odpowiedzi na dręczące pytania i je znalazła. “Rady” pani Beaty znane są w psychologii: pokochaj siebie, wybacz sobie, myśl pozytywnie, działaj zamiast siedzieć, nie uzależniaj swojego szczęścia od innych osób, skoncentruj się na tym co jest tu i teraz, nie porównuj się z innymi, daj sobie prawo do popełniania błędów, zmień złe nawyki na dobre i mogłabym jeszcze długo wymieniać. Wystarczy, żeby każdy z nas zadał sobie pytanie czy jest szczęśliwy i uczciwie na nie odpowiedział… Kluczowe jest słowo uczciwie (oszukiwanie samego siebie jest dla mnie kompletnym wariactwem). Ona to zrobiła i teraz stara się skrócić drogę innym. Ona była po tej drugiej stronie, sięgnęła dna i znalazła siłę żeby się od niego odbić. Tej książki jeszcze nie czytałam, ale czytałam mnóstwo innych dlatego pozwoliłam sobie zabrać głos w dyskusji. Pani Beata jest pozytywną osobą, która zmieniła swoje życie na lepsze pokonując strach i lęki. I takiej odwagi (czasami w prostych sprawach) oraz zmian na lepsze życzę wszystkim.

    • Zgadzam się z Tobą w jednym – nie można odmówić Pawlikowskiej samodyscypliny. Tylko że ta cecha żadną miarą nie jest gwarantem jakości. Wszystko byłoby dobrze, gdyby autorka poprzestała na literaturze podróżniczej. Sęk w tym, że od pewnego czasu pisze książki medyczne, nie posiadając żadnych kwalifikacji ku temu. To, że pokonała anoreksję czy depresję nie oznacza, że jej porady dawane innym będą skuteczne i uniwersalne, zwłaszcza w przypadku chorób o tak różnych obliczach i stopniach natężenia. Już poprzednia książka “Wyszłam z niemocy i depresji. Ty też możesz!” wywołała oburzenie wśród chorych. Lekarstwa na depresję Pawlikowska porównała do alkoholu, który “znieczuli cię i odwróci twoją uwagę, ale w niczym nie przybliża cię do uzdrowienia”. Jedna z osób od lat zmagających się z tą chorobą tak skomentowała te słowa: “Dawno temu mój lekarz powiedział mi, gdy buntowałem się trochę na
      kolejne formy farmakoterapii, żebym traktował moją chorobę jak cukrzycę.
      Jak cukrzyk nie zapodaje sobie insuliny, umiera. Jak ja nie będę brał
      leków, to też umrę.”
      Z gorzką ironią można by powiedzieć – trudno. Trzeba było skorzystać z rady Pawlikowskiej: “Dziwisz się, że jesteś smutny, straciłeś chęć do życia, czujesz się samotny i opuszczony? Powiedz mi co jesz”.

    • Bulimia, anoreksja i depresja to są choroby i to bardzo poważne. W przypadku depresji często jedynym sposobem, żeby sobie z nią poradzić jest sięgnięcie po tabletki. Zacytuję tutaj prof. psychologii klinicznej B. Borysa: antydepresanty zadziałają jak wycieraczki w samochodzie podczas ulewy. Będziesz coś widzieć i możesz pójść do przodu. Czasami potrzebna jest też terapia. Świetnie, że pani Beata poradziła sobie sama z tymi chorobami, ale wiele osób nie jest w stanie.

      • Aga z podróży szczypta

        wiem o tym, co nie zmienia faktu, że pani Beata opowiada tylko o swoich doświadczeniach. Nie mówi aby chorzy zrezygnowali z terapii, wizyty u lekarzy, wypisali się z ośrodków gdzie się leczą czy wyrzucili leki. Nie. Ważne jest aby poznać przyczyny tych chorób, które tkwią w naszej głowie, albo w otoczeniu. Moja koleżanka ma bulimię. Leczyła się u najlepszych specjalistów. Bezskutecznie. Razem z nią powinna leczyć się jej matka ponieważ to ona swoim zachowaniem doprowadziła ją do stanu kompletnego załamania. Długo można na ten temat rozmawiać.

  • Bardzo dobra recenzja. Kiedyś nawet lubiłam czytać książki Pawlikowskiej o podróżach. Ale w pewnym momencie zaczęła wręcz “wylewać” się z półek. A gdy wzięła się za poradniki, to moim zdaniem przesadziła, szczególnie w dziedzinie psychologii. Na jednym swoim przypadku nie może tworzyć teorii medycznych. Mogłaby opisać swoją historię i już. Byłaby na pewno ciekawa. Miałam w ręku jej poradnik o depresji i stwierdziłam, że gdybym odsączyłam tekst od zbędnych zdań, wyrazów i powtórzeń, to książka z mega grubej zamieniłaby się w książkę 30 stronicową.

    • Bardzo podobnie jest też z “Narkotykami…”. Bez pseudomedycznych porad książka byłaby o 2/3 objętościowo skromniejsza, za to czytelnik (zwłaszcza chorujący) miałby do czynienia z godnym szacunku i krzepiącym świadectwem, że można z powodzeniem poradzić sobie w niezwykle trudnym czasie. Konsekwentne pisanie w pierwszej osobie liczby pojedynczej i całkowita rezygnacja z infantylnego poradnictwa dałyby o niebo lepsze rezultaty.