PETRA FOHRMAN “WEŹMIEMY ZE SOBĄ DZIECI. OSTATNIE LATA ŻYCIA RODZINY GOEBBELSÓW” (RECENZJA)


Można być dobrym człowiekiem i potworem jednocześnie. Daje się to pogodzić i nawet dobrze wyjaśnić, ale nigdy zrozumieć. Taki Adolf Eichmann, twórca planu całkowitej zagłady Żydów, miał w dzieciństwie wielu przyjaciół tej narodowości, których później ocalił. Żydowskim krewnym swojej mamy pozwolił w 1943 roku opuścić III Rzeszę i wyemigrować do Szwajcarii. Inaczej skończyliby w Auschwitz, w ramach akcji, którą sam Eichmann osobiście nadzorował. Od dawna intryguje mnie taka dwoistość ludzkiej natury. Symbiotyczne współistnienie szlachetnych odruchów i bestialstwa. Nic dziwnego, że kiedy zobaczyłem książkę Petry Forhman “Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów” postanowiłem sprawdzić, czy moja wiedza na ten temat się wzbogaci.

Nie byłoby tej publikacji, gdyby po siedemdziesięciu latach Käthe Hübner, opiekunka trójki najstarszych dzieci szefa propagandy III Rzeszy nie zdecydowała się przerwać milczenia. W pierwszych latach wojny była kierowniczką berlińskiego przedszkola. Co ciekawe, nie należała nawet do partii, ale to właśnie ją wybrała Magda Goebbels, nazistowska Pierwsza Dama. Czas spędzony od listopada 1943 do 22 kwietnia 1945 roku w domu wszechwładnego ministra, udział w życiu rodzinnym jednego z najbardziej wpływowych ludzi powinien obfitować w bogate wspomnienia. Niestety, tak nie jest.

weźmiemy ze sobą dzieci jpg.

Mamy do czynienia raczej z zestawem cytatów, wspomnień – błysków zamieszczonych w krótkich, czasem tylko, jednoakapitowych rozdziałach z dużą czcionką i dużą ilością wolnego miejsca wokół tekstu. Pomyślałem, że Käthe Hübner, starsza już pani, trwa w narzuconej sobie od czasów wojny autocenzurze albo zwyczajnie, wspomnienia wyblakły, a to, co pozostało nadaje się bardziej na artykuł w czasopiśmie historycznym niż na książkę. Mocną za to stroną są unikalne, pochodzące z prywatnego zbioru listy dzieci, a przede wszystkim zdjęcia. To z nich można najwięcej wyczytać.

Widzimy szczęśliwe, beztroskie życie całej szóstki wychowywanej w niemal idyllicznym świecie. Hübner opowiada, jak za każdym razem, kiedy Goebbels przyjeżdżał z pracy do domu pod Berlinem wszystkie z radością rzucały się na powitanie.

“Odbierałam Magdę i Goebbelsa zupełnie inaczej niż inni, a to może być niewłaściwie zrozumiane. Pani nie napisałaby o nim niczego pozytywnego. A ja postrzegam go jako ojca dzieci, widzę go siedzącego przy stole z rodziną. Widzę go otoczonego bliskimi i w tych okolicznościach nieważne były sprawy państwa, polityka…”

Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że bycie dzieckiem jednego z najbardziej wpływowych ludzi III Rzeszy upływało w dobrobycie. Musiały stosować się do ograniczeń, które dotykały całe społeczeństwo niemieckie. Jadły tylko to, co było dostępne dla każdego Niemca na przydziały kartkowe. Każde miało  własną przegródkę w lodówce, gdzie trzymało swoją rację. Najstarsza trójka chodziła do zwykłej szkoły publicznej, gdzie spotykała się ze swoimi rówieśnikami pochodzącymi z normalnych domów.

“Goebbels zawsze nazywał Magdę cukiereczkiem. Rodzice byli dla siebie bardzo mili. Po skończeniu posiłku Goebbels chętnie przekomarzał się z dziećmi. Zawsze starał się je nieco mobilizować, by mu się przeciwstawiały. W szczególności dotyczyło to jego jedynego syna Helmuta, który wydawał mu się zbyt uprzejmy, ufny, marzycielski.”

weźmiemy ze sobą dzieci jpg.

Nie znaczy to, że dzieci żyły w oderwaniu od polityki. Miłość do własnego potomstwa nie przeszkodziła ojcu cynicznie wykorzystywać je w celach propagandowych, na przykład w filmie uzasadniającym sens eutanazji „niepełnowartościowych”. Oczywiście, siłą rzeczy im bardziej było wiadomo, że wojna jest przegrana tym bardziej dramatyzm wydarzeń w domu Goebbelsów wzrastał. Aż do kulminacji i tragicznego finału w dniu pierwszym maja 1945 roku.

Przez lata wierzono, że Magda Goebbels osobiście zamordowała swoje dzieci. Z artykułu zamieszczonego na końcu książki wyłania się nieco inny obraz. Wyrok miał wykonać na jej żądanie lekarz, Helmut Kunze, który wbił dzieciom zastrzyki z morfiny, a potem podał im cyjanek potasu powodujący uduszenie. Żołnierzom Armii Czerwonej pozostało wtedy do bunkra już tylko kilkaset metrów. Mimo nalegań Goebbelsowie nie chcieli ratować dzieci. To niezatarta pamięć o nich wywołuje najboleśniejsze wspomnienia u Käthe Hübner.

weźmiemy ze sobą dzieci jpg.

Nie potrafi znaleźć wytłumaczenia, dlaczego dwunastoletnia Helga, rok młodsza Hilda, ośmioletnia Holde, sześciolatka Hedda, mały Helmut i najmłodsza, czteroletnia Heide na żądanie rodziców musiały zginąć. Czy spowodowało to nazistowskie zaślepienie, które wcześniej nakazało na cześć Hitlera nadać wszystkim dzieciom imiona na literę “h”, czy wiara Magdy Goebbels w buddyjską reinkarnację i lepsze życie w innym wcieleniu, czy wreszcie absurdalna obawa męża, że Stalin mógłby zabrać potomstwo do Moskwy i wychować je na komunistów.

weźmiemy ze sobą dzieci jpg.

Książka “Weźmiemy ze sobą dzieci. Ostatnie lata życia rodziny Goebbelsów”  nie doprowadziła mnie nawet odrobinę bliżej do wyjaśnienia ciemnej prawdy – współistnienia w tym samym człowieku zła w diabolicznym wymiarze i odruchów dobra, miłości nawet. Z kilku powodów, z których najważniejszy to powierzchowność i chaotyczność świadectwa. Pozostały dalekie echa, refleksy zaledwie, które nie układają się w całość. Rozumiem oddalenie czasowe, luki w pamięci, być może obawy przed powiedzeniem zbyt dużo. Czy w związku z tym należało wydawać te  oderwane strzępy wspomnień?

Pozostaje największy walor publikacji – liczne fotografie dzieci. Szczęśliwych, ufnych, niewinnych. A to, że ich rodzice byli opętani, wiedziałem już przed lekturą. 


  • Bardzo interesuje mnie taka tematyka i czytam sporo tego typu książek. Z tej serii czytałam “Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele” i pochłonęłam ją dosłownie jednego poranka. Polecam ją serdecznie.
    Pozycję, o której piszesz również będę miała w pamięci, bo coś czuję, że mogłabym się dowiedzieć z niej sporo nowych rzeczy – moja wiedza na temat Goebbelsów jest znikoma.

    • Czytam właśnie książkę “Stalin. Dwór czerwonego cara” brytyjskiego historyka, Simona Sebaga Montefiore’go. Opis lat trzydziestych obfituje w podobne akapity:
      “Życie Stalina wydawało się idealnym połączeniem bolszewickiej polityki i szczęścia rodzinnego. Pomimo okrutnej rozprawy z chłopstwem, tamte czasy były beztroską idyllą, okresem niedzielnych spotkań na spokojnych daczach, radosnych obiadów na Kremlu i długich wakacji nad Morzem Czarnym, które dzieci Stalina zapamiętały jako najszczęśliwsze w swoim życiu, Z listów Stalina wyłania się obraz trudnego, ale kochającego się małżeństwa.”
      Czyżby każdy ludobójca i zwyrodnialec nosił jednak w sobie odrobinę ludzkich uczuć?

      • To jest niesamowicie kłopotliwe. Ostatnio obejrzałam serial ‘Narcos’. Opowiada on historię Pablo Escobara. Był to bardzo, bardzo zły człowiek, który robił okropne rzeczy, ale został przedstawiony w taki sposób, że popłakałam się, gdy umarł… To mnie skłoniło do głębszych refleksji na ten temat. Ale niestety wciąż nie udało mi się wyciągnąć jakichkolwiek słusznych wniosków…

  • Książka nie na moje nerwy w chwili obecnej, ale hiper interesująca. Być może są takie pytania, które nie potrzebują odpowiedzi, bo ich celem jest zmuszanie do refleksji? Tak jak w tym przypadku dualizmu bohatera III Rzeczy, własnego domu a zarazem oprawcy dla całego świata.

    • Tak, Anno, w Twoim stanie trzymaj się (na razie) daleko od takich książek.
      Rzeczywiście, są takie kwestie, o które nie należy natarczywie pytać, a tym bardziej domagać się wyczerpujących odpowiedzi. Meandry ludzkiej psychiki są niezbadane. Mało to odkrywcze, ale zdaje się, musi wystarczyć.

      • Choć muszę się przyznać, Piotrze, że w ubiegłym tygodniu oglądałam dokument o eksperymentach medycznych nazistowskich “lekarzy” – na szczęście temat na tyle mi znany, że nie wywołał takich emocji jak mogłaby wzbudzić moja wyobraźnia przy treściach książkowych. Trochę jestem znieczulona studiowaniem vis a vis Majdanka i częstymi odwiedzinami miasta Oświęcim, jednak… nie można być przecież zupełnie obojętnym i zimnym w obliczu tragedii. Tak samo – nie można nie zadawać pytań ontologicznych.