PŁYTA GRAMOFONOWA JEDNAK TRIUMFUJE


Włączam napęd. Płyta gramofonowa miarowo rozpędza się do prędkości 33 1/3 obrotu na minutę. Nawet obie wartości są swojskie i do wyobrażenia. Nie liczone w abstrakcyjnych tysiącach i ułamkach sekund. Ramię powoli i delikatnie obniżane. Igła lekko dotyka brzegu połyskującej powierzchni usianej setkami mikroskopijnych rowków. Słyszę lekki trzask, który po chwili niknie. Rozbrzmiewa muzyka.

Ubiegłej zimy czarne krążki zbierane przez lata znów znalazły należne im miejsce. Powieści musiały ustąpić nieco przestrzeni na półce i pogodzić się z nowym sąsiedztwem. Już na stałe. Oczywiście, tym samym nastąpiło przebudzenie zapomnianego gramofonu. No to, pomyślałem, mamy klasyczny przykład powrotu, wyśmianych jeszcze niedawno i wyrzuconych do lamusa, wynalazków. Oba niedługo będą obchodzić sto trzydzieste urodziny. Przez lata niemal zepchnięte w otchłań niebytu. W chwale wracające.

gramofon z nałożoną płytą analogową

A już się wydawało, że nic się nie zmieni. Tak wielką siłę miało bezkrytyczne zachłyśnięcie się, najpierw od połowy lat osiemdziesiątych płytą kompaktową, a potem jeszcze nowszymi nośnikami. Minęły dwie dekady. Najpierw nieliczni ostrożnie sprawdzili, kupując na opustoszałym rynku swoje pierwsze gramofony, wartość czarnego krążka. Niezbyt jeszcze przekonani, że może mieć jakiś użyteczny walor dla melomana. Okazało się – ma. Sam przy tej okazji, po raz nie wiadomo który, przekonuję się o istnieniu pewnego mechanizmu. Mianowicie skłonności do łatwej rezygnacji z czegoś, co z powodzeniem służyło i mogłoby nadal.

Mechanizm zawsze ten sam. Pojawiająca się nowość, według zapewnień speców od marketingu, zasadniczo podniesie jakość mojego życia. Zmanipulowany kupuję. Tylko po to, by jakimś czasie powtórnie odkrywać dawno odkryte. I otwieram tradycyjną książkę zamiast audiobooka. Albo nakładam płytę winylową na talerz gramofonu.

płyta gramofonowa jpg.

Co z tego, że poziom szumów we współczesnych nośnikach ustawiony jest poniżej progu słyszalności. Szum to naturalny element obecny w czasie koncertów w filharmoniach, w salach operowych, w naturze. Wracamy z tych miejsc do domu i nagle stajemy się muzycznymi hiperpurystami. Oczekujemy, że do naszych uszu muszą dotrzeć z cyfrowych odtwarzaczy dźwięki wypreparowane, wyjałowione, tak higienicznie podane, że drobina hałasu nie ma prawa im się przykleić.

gramofon jpg.

Dzisiaj każdy szanujący się zespół, solista, równolegle wydaje płytę kompaktową i gramofonową. Ta pierwsza powoli odchodzi do lamusa wypierana przez zakupy plików muzycznych online. W ubiegłym roku były po raz pierwszy większe niż płyt CD. Sprzedaż winyli cały czas za to rośnie. W Wielkiej Brytanii w 2007 roku sprzedano około dwieście tysięcy takich płyt. Szacuje się, że w tym roku zakupy wzrosną do dwóch i pół miliona sztuk.

plyta gramofonowa jpg.

Korzystanie z płyt analogowych ma w sobie coś z odświętnej celebracji. Opakowanie, dzięki rozmiarom wydaje się plastycznie bardziej wysmakowane. Czuję dotyk grubego papieru, a nie śliskiej, plastikowej powłoki pudełka. Subtelny zapach winylu. Czarna powierzchnia płyty elegancko lśni. Maleńkie rowki obiecują przeniesienie całego słyszalnego zakresu częstotliwości.

gramofon z nałożoną płytą winylową

Z głośników wydobywają się pierwsze tony. Płyta gramofonowa obraca się niespiesznie, igła dostojnie lekko wznosi się i opada. Przede mną niemal pół godziny obcowania z żywym dźwiękiem. Równie ciepłych brzmień i wytwornej ułomności nie dostarczy mi żaden cyfrowy nośnik.  Tak powinno wyglądać słuchanie muzyki w zaciszu domowym. Snobizm? Nie obrażę się.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ