PO ŚWIĘTACH, WIĘC NA WNIOSKI CZAS STOSOWNY


Zmiany są dobre, pod warunkiem, że nie wprowadza się ich z chęci zanegowania tego, co zastane. Minęły Święta. Po raz kolejny doświadczyłem smutku albo radości, że mogą być tak, a nie inaczej obchodzone. Niestety, podobnie jak w poprzednich latach, potwierdził się fakt, że często gubimy z pola widzenia bożonarodzeniowy azymut. Jeden z tych punktów każdego roku, które powinny wprowadzić porządek w rytmie naszego życiu. A nie wprowadzają.

Znam domy, w których opłatek jest przeżytkiem i z tego elementu sacrum polskiej obyczajowości po prostu zrezygnowano. Czasy mamy przecież co rusz nowsze, a zadaniem nowego – małe dziecko o tym wie – jest rugowanie starego. Trzeba sobie raz na zawsze powiedzieć, że tradycja jest passé i trzeba ją do korzeni wyciąć, a resztki ogniem wypalić.

Znam domy, w których jedzony tradycyjnie od lat karp królewski spada do ligi ryb pospolitych. Można, a nawet należy, zamienić go na jedną z tych nowoczesnych potraw. Sushi? Czemu nie. A sam karp niech ostatecznie gości na stołach fundamentalistów katolickich z Podkarpacia, starych babć i dziadków oraz zacofanych niedobitków rozsianych „po tym kraju”, ponieważ słowo „Polska” rzadko jest w tych domach wymawiane, a jeśli już to ze słabo ukrywaną odrazą.

Znam domy, w których nie słychać kolęd. Ostatecznie we współczesnych aranżacjach, bo te udanie potrafią ukryć staroświeckość melodii, a przede wszystkim naiwnego, by nie powiedzieć, infantylnego tekstu. Tym samym i śpiewu w kręgu rodzinnym też nie ma, no bo jak tu rywalizować z dobiegającymi z głośników jazzowymi wokalizami na temat „Przybieżeli do Betlejem”.

Znam domy, w których lamki na choince wygasza się, kiedy tylko miną święta. A sama choinka staje się nagle irytującym, zawadzającym artefaktem.

Ale znam również domy, w których choinka zapalana jest każdego dnia o zmierzchu. I jeszcze długo po obchodach Bożego Narodzenia, w cieple rodzinnej wspólnoty z błogością można się poddawać rytmowi niespiesznej rozmowy, wysłuchując z uwagą jeden drugiego. Nikomu nie wadzi, że porusza się tematy od Sasa do Lasa, od architektury po medycynę. Umieszcza pomiędzy nimi – jak bakalie w świątecznym keksie – wspomnienia z dawnych wigilii spędzanych z bliskimi, których przy stole już nie ma. I przerzucając się detalami na temat domowych specjałów, na które każda niemal gospodyni (a i często gospodarz domu) mają sprawdzone przez pokolenia, świąteczne przepisy zapisane drżącym pismem prababki w pożółkłych zeszytach.

Skąd się biorą te odmienności w przeżywaniu świąt? Przyczyn może być kilka. Najważniejszą – moim zdaniem – obok bezwolnego poddawania się ciśnieniu sprawnie realizowanej laicyzacji albo z drugiej strony trwania przy trwałych zasadach i rytuałach, byłaby umiejętność (albo jej brak) zauważenia chwili. Świadomość, że nić naszego życia składa się z nanizanych nań momentów, a nie wielkich wydarzeń. Bez smakowania i cieszenia się chwilą wszystko, również i świąteczność, staje się pospolite i nieautentyczne. Tym samym domagające się zmian… dla zmian. Choćby je sprowadzić do absurdu negacji tego, co zastane i uświęcone tradycją, zapominając, że ta – jak brzmi moja ulubiona definicja – jest nowoczesnością, która się sprawdziła.

Czytam właśnie powieść Sándora Máraiego „Żar”, gdzie obok świetnych analiz psychologicznych są też intrygujące spostrzeżenia. Jedno z nich dotyczy Wiednia.

Wiesz, że Wiedeń był dla mnie tym, czym w świecie jest kamerton. Wypowiedzieć to słowo – Wiedeń – to było tak, jakby wywołać dźwięk kamertonu, a potem obserwować, co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek, ten, z którym właśnie rozmawiam. Tak sprawdzałem ludzi. Ten, kto nie potrafił odpowiedzieć, nie był moim człowiekiem. Bo Wiedeń był nie tylko miastem, lecz pewnym dźwiękiem, który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy, albo go nie słyszy.

Teraz w miejsce czasu przeszłego użyję teraźniejszego i wyraz Wiedeń zamienię na Boże Narodzenie.

Wiesz, że Boże Narodzenie jest dla mnie tym, czym w świecie jest kamerton. Wypowiedzieć te słowa – Boże Narodzenie – to jest tak, jakby wywołać dźwięk kamertonu, a potem obserwować, co z tego dźwięku słyszy drugi człowiek, ten, z którym właśnie rozmawiam. Tak sprawdzam ludzi. Ten, kto nie potrafi odpowiedzieć, nie jest moim człowiekiem. Bo Boże Narodzenie jest nie tylko świętem, lecz pewnym dźwiękiem, który człowiek słyszy w swojej duszy po wsze czasy, albo go nie słyszy.

O to by mi chodziło.



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

CO ŁĄCZY KALWARIĘ ZEBRZYDOWSKĄ Z MAKUSZYŃSKIM (CZ. II)
18.09.2018
CENTRUM JANA PAWŁA II. O BLISKOŚCI PAPIEŻA (I WŁOCH)
22.10.2016
ŁAGIEWNIKI. I WSZYSTKO JASNE.
12.08.2016