NA LUZIE. BO I DYKTANDO MOŻE SPARALIŻOWAĆ


Kiedy pasją jest wszystko, co związane z językiem polskim, słowniki stają się naturalnymi przyjaciółmi. Zaglądam do nich w chwilach niepewności. A nawet, kiedy ich nie mam. Jako filolog polski nie wstydzę się powiedzieć, że jestem ze słownikami za pan brat i codziennie mi pomagają. Sprawdzam, jeszcze raz sprawdzam. Może dlatego tak lubię niemal każde dyktando. I niemal każde nienawidzę. Bo przystępuję do sprawdzenia swojej wiedzy z ufnym przekonaniem, że trudno będzie mnie zaskoczyć. Dobre samopoczucie ulatnia się już gdzieś w okolicach końcówki pierwszego akapitu. A pod koniec wiem, że mam do wyboru: albo czytać od bladego świtu jedynie słowniki, albo podejść do takich zmagań językowych na luzie. I tak też zrobiłem.

 
Powodów ku temu było kilka, ale o nich później. Kłopot jest jeden: żeby sprawdzić swoje umiejętności ktoś inny powinien tekst podyktować. Sama lektura zdecydowanie nie jest tym samym, choć i ta potrafi sparaliżować. Jak bardzo tym razem?
Autorką dyktanda jest dr hab. Mirosława Mycawka z Katedry Współczesnego Języka Polskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego.
 
Nadkomisarz Mrzyk, nie Hiszpan, lecz pół Wołoch, pół Hucuł, każdemu, kto ujrzał go en face, do złudzenia przypominał Jeana Reno. Mimo że pochodził z podrzeszowskiej wsi Hyżne, weekendy spędzał w połemkowskiej chyży, ulokowanej w pół drogi między Hoczwią a Rzepedzią na Podkarpaciu. Ostatnio choćby, wpółleżąc wpośród krzewów urzetu na płożących się pędach bażyny, przy wtórze terkotu czarno nakrapianego paszkota, obserwował dzierzbę, która znienacka przycupnęła na brzeżkach wpółspróchniałej dzieży. Czyhał na ekstraokazję uchwycenia jej w teleobiektywie, gdy nagle srokosz czmychnął spłoszony złowróżbnym pohukiwaniem puchacza. Nazajutrz o brzasku, już w grodzie Kraka, by nie ulec tużpoweekendowej chandrze, komisarz mimo mżawki ruszył bez wahania w towarzystwie chyżego charta i długowłosego collie na coranną przebieżkę wzdłuż bulwaru Czerwieńskiego. Gdy most Dębnicki był tuż-tuż, jak spod ziemi wyrósł naprzeciw Mrzyka kustosz Mrzonka z Wawelu. Z wyrazem twarzy znanym z „Krzyku” Muncha, rzężąc, półgłośno wycharczał, że podczas Nocy Muzeów, korzystając z chaosu i harmidru, sportretowana przez da Vinci super-Włoszka porzuciła ramy obrazu, uprowadzając ze sobą jasnobeżową quasi-fretkę. Mrzyk raz-dwa wdrożył śledztwo i jął przeczesywać miasto. Akcja przebiegła w tempie blitzkriegu. Już po półgodzinie komisarz dostrzegł dezerterkę na placu Wszystkich Świętych. Z wprawą himalaistki wspięła się obunóż na cokół pomnika Dietla, gronostaj zaś oplótł się wokół spiżowej szyi zacnego męża niby rektorski kołnierz. Rozsrożona dama krzyknęła: – Mam dość tej megaharówki i hiperupokorzenia. Co dzień hordy „gimbusów” natrząsają się ze mnie, „zarażając” mnie swoim żargonem. Zamiast ochów i achów słyszę ohydne komentarze w stylu: „– Laska byłaby w porzo, gdyby nie ten obciachowy rzemień wrzynający się jej w czachę”. Co noc zaś z podziemi katedry wynurzają się kościotrupy monarchów i rujnują mój spokój, odstawiając żałosny danse macabre. Nadto znużył mnie już ten futrzak. Weźcie go sobie do zoo. Szop pracz się nim zajmie. Zamiast niego żądam iPhone’a bez SIM-locka i z wi-fi (Wi-Fi), gdyż zamierzam mailować (mejlować) z moją superprzyjaciółką Giocondą, chałturzącą za półdarmo w Luwrze. Mona zamrze z wrażenia, gdy dostrzeże mój profil na Facebooku. Aha, i dołóżcie mi do towarzystwa autoportrety van Gogha, Goi i Velázqueza, a hojnie obdarzony talentem artysta malarz niech mi zrobi świeży make-up i tatuaż z tchórzofretką. Hej, komisarzu, rozżarzżeż w sobie krztynę empatii! Nie żądam przecież mauzoleum à la Tadż Mahal. Widząc, że nie na żarty to dictum, Mrzyk, nie handrycząc się i nie narażając na pogróżki, przystał nań, byleby ustrzec włodarzy miasta przed haniebnym skandalem wszech czasów, a nużby gorszym niż naówczas, gdy futuryści wydali jednodniówkę pt. „Nuż w bżuhu”. Clou tej historii? Otóż arcydzieło mistrza Leonarda przechrzczono na „Damę z komórką”, a jego bohaterka zamiast fochów strzela smartfonem fotki turystom.
 
Już po wszystkim. Omdlałych należy ocucić. Niech wracają do życia.
A teraz o kilku moich wątpliwościach.
 
1. Zgodnie z regulaminem, słownikiem rozstrzygającym wątpliwości jest „Wielki słownik ortograficzny PWN z zasadami pisowni i interpunkcji” pod redakcją Edwarda Polańskiego. Sprawdziłem – nie znajdziemy w nim żadnej wzmianki o „w porzo” bądź „wporzo”. A dyktando uznaje tylko jedną z tych form. Dlaczego akurat tę?
2. Autorka wymaga znajomości nazw podrzeszowskich wsi. Ma do tego prawo, ale prawdopodobieństwo, że ktoś zapisze poprawnie nazwę Hoczew jest nikłe (chyba że ktoś objeżdża Podkarpacie jako przedstawiciel handlowy). Z Hyżnem pewnie nie lepiej.
3. Kto, poza studentami polonistyki, zaczytuje się w pismach Anatola Sterna i Brunona Jasieńskiego? Przytoczenie tytułu futurystycznej jednodniówki „Nuż w bżuchu” to kwestia nie ortografii, a erudycji literackiej. Doktor Mycawka mogła pójść na całość i zacytować pełny tytuł: „Nuż w bżuhu. 2 jednodńuwka futurystuw”. Tak, to jedyna poprawna forma zapisu. Na polu bitwy zostałyby, ku uciesze autorki, słaniające się niedobitki.
4. Dyktando nie powinno zawierać form, które wymykają się wszelkim regułom. Tak jest z pisownią nazwiska Mrzyk. Istnieje przecież i forma Mżyk. W związku z tym, że nazwisk nie obejmują reguły, poprawny zapis jest czystą loterią. Na marginesie, jak się czuje pan/pani Mżyk widząc, że powinni się wstydzić błędu ortograficznego w swoim nazwisku?
 
 Czy to oznacza, że dyktando jest marne? Przeciwnie, to jedno z najlepszych, jakie ostatnio widziałem. Bez kosmicznych dziwactw, choć „rozżarzżeż”, trzeba przyznać, robi piorunujące wrażenie i raczej nie pokazywałbym słowa obcokrajowcowi, który zamierza przystąpić do nauki polskiego. Poza tym, w zalewie modnych ostatnio tekstów monotematycznych ten dotyka wielu sfer życia. Również języka lekko archaicznego i potocznego, związanego z mediami społecznościowymi i gadżetami, także młodzieżowego slangu. W takim świecie żyjemy, podobnym słownictwem obracamy. Łatwo można się dzięki temu przekonać, że bardzo wiele słów doskonale znanych, od dawna funkcjonujących i tysiące razy odczytywanych zamienia się w złośliwe potworki w chwili, kiedy trzeba je zapisać. 
Czy dyktando musi być zawsze trudnym przeżyciem? Czekam na krzepiące (i niekrzepiące) komentarze.
 
 
 
 


TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DYKTANDO OGÓLNOPOLSKIE 2018. TYM RAZEM ŁATWIEJSZE?
19.10.2018
DYKTANDO, WAKACYJNY HOROSKOP I JATKA (TYLKO ORTOGRAFICZNA)
10.08.2017
OGÓLNOPOLSKIE DYKTANDO 2016. POLEGŁEM Z HONOREM.
19.10.2016