POLSKA LUDOWA. Z NIEPODLEGŁOŚCIĄ SŁABO, Z ABSURDEM WYŚMIENICIE


W stuletnim okresie niepodległości mieliśmy ponad czterdzieści lat niepodległości skarlałej, bo pisanej pod dyktando sowieckie. Dla pokolenia urodzonego po roku 1989 Polska Ludowa to termin abstrakcyjny. Dla pozostałych, coraz częściej niestety idealizowany, co dobrze oddaje słyszany ostatnio w kolejce do kasy dialog: „Pani, mnie się za komuny lepiej żyło niż teraz”. Na to druga: „Żeby pani wiedziała, wszystko mogłaś pani kupić i każdego było stać”. Tak naprawdę, jeśli coś z tamtej rzeczywistości może określić  słowem „wszystko”, to był nim absurd. A od niego nie żyło się ani trochę lepiej.

Zawodną pamięć można łatwo odświeżyć sięgając po prasę tamtych czasów. Fragmenty, jakie przytaczam, potrafią pełniej uzmysłowić sobie bezsens gospodarki socjalistycznej i przedmiotowe traktowanie ludzi niż niejeden historyczny elaborat.

„Szerokie rzesze konsumentów” stołowały się w barach mlecznych, gdzie tanio można było zjeść pierogi, omlety, kluski. W Rzeszowie po skargach na „pieluchowe zapachy”, kierownictwo wywiesiło tabliczki: „Tu się przychodzi jeść, a nie oddychać”.

Klient baru „Słonecznego” w Gdyni wspominał:

„Musiałem być bardzo głodny, by przebić się przez smród szpinakowej bryi, gryczanych mazi, rozgotowanych puree popijanych zawiesiną zwaną kompotem, sporządzoną według sprawdzonych żołnierskich proporcji 1:1 (jeden słoik kompotu na wiadro wody).”

Szczytem marzeń w latach 60. był samochód Syrena. Jeszcze na początku dekady produkowano go w ilości ok. 1000 sztuk. Rocznie.

„Właściciel limuzyny Syrena z Kielc raz na tydzień w niedzielę udawał się wraz z rodziną i gośćmi na przejażdżkę dwudziestokilometrową. Przed wejściem do samochodu pasażerowie i kierowca zdejmowali buty i wkładali przygotowane w wozie bambosze”. („Słowo Ludu” 1969)

 

„W Starachowicach miejscowe czasopismo urządziło plebiscyt na Człowieka Roku. Głównego kandydata nie można jednak było wystawić, ponieważ prócz zasług miał brodę i długie włosy. Poparcie jego kandydatury miejscowe czynniki uzależniły od poddania się przez aktywistę fryzjerowi” („Polityka” 1965)

Telewizor w latach 60. był domowym ołtarzykiem (w wielu domach jest nim po dzień dzisiejszy). To nic, że na sto sprzedanych do naprawy wracało już po pół roku 120, co znaczyło, że nowy odbiornik psuł się częściej niż raz w tym okresie. I tak chciał mieć go każdy. A że nie mógł, stąd list do redakcji:

„Jak reagować na gości, którzy przychodzą na telewizję, gdy gospodarze nie mają na nią ochoty ani czasu? Są z tych, co oglądają cały program jak leci. Gdy sugerujemy, by przyszli we wtorek o 19.00 na teatr telewizji, przychodzą już o piątej po południu i zmuszają do siedzenia z nimi”. („Przekrój” 1965)

Jeszcze na początku lat 70. telewizor nie był dobrem powszechnym, skoro w podręczniku „Grzeczność w mundurze” pojawiła się taka rada:

„Najlepiej jeśli znajduje się on pod stałą opieką jednego czy dwóch kolegów, znających się trochę na tym (…) O ile w przypadku radia sprawa jest stosunkowo prosta, to przy pewnych typach odbiorników telewizyjnych obsługa jest dość trudna i łatwo o ich uszkodzenie”.

 

„We wrześniu 1964 otwarto wiejskie kluby Ruchu w Siennicy Małej i Tarnawie pow. Krasnystaw. Jednocześnie we wsiach rozbłysło światło elektryczne i włączono telewizory. Zaraz po zakończeniu uroczystości doprowadzenie prądu zostało zlikwidowane” („Polityka” 1964)

Ogólnie, w ustroju socjalistycznym „ludzie pracy” powinni spać po 22.00. Stąd, wieczornych rozrywek dla nich nie przewidywano:

„Miło jest po wyjściu z kina pogawędzić na świeżo o oglądanym filmie. W Warszawie są z tym, niestety, kłopoty. W Śródmieściu kawiarni jest mało. Te, które po ostatnim seansie filmowym są jeszcze otwarte, są przepełnione. Druga trudność. W stolicy, praktycznie rzecz biorąc, tramwaje ok. godz. 22.00 zaczynają już tak masowo zjeżdżać do zajezdni, że na ulicach zaczyna być pusto. Nasza Warszawa nie ma jeszcze dobrze urządzonego życia wieczornego.” („Przekrój” 1962)

Zdaje się, że na początku lat 80. coś drgnęło, ale czy na pewno o to chodziło? Kierownik hotelu Wrocław narzekał:

„Jeśli usunąć wszystkich cinkciarzy, damy z półświatka, niebieskich ptaków, którzy nie sieją, a zbierają gruby szmal, to kto będzie zamawiał wieczorem befsztyki z polędwicy za 217, pół litra wódki za 1700 lub piwo za 100 złotych? Urzędnik z płacą 9 tysięcy zł miesięcznie, robotnik zarabiający 12000 tysięcy?”

Można mieć nadzieję, że przy takich cenach nikt się nie skarżył na obsługę. Co innego w lokalach gorszej kategorii. Tak kierownictwo restauracji „Popularna” w Legnicy odpowiedziało na wpis klientki w książce skarg i wniosków (pisownia oryginalna):

„Podany obywatelce kapuśniak był ostatnią porcją i sprzedaż jego była już zakończona a kelner wyprosił jego u kucharki czego nie powinna była czynić. Znajdujący się makaron w tejże zupie był jedynie wynikiem tego że kucharka wzięła nabierkę z innej zupy – rosołu. Kapuśniaku więcej w sprzedaży nie było, dlatego kelner podał Ob. inną zupę lecz wyjaśnił to nie właściwie.”

Z kolei wczasowicz napisał taką skargę:

„W moim pokoju przestało grać radio. Kiedy się zwróciłem do recepcji o wymianę na inny odbiornik z nieczynnych pokoi, powiedziano mi, że nie jest to możliwe, mogę natomiast zgłosić uszkodzenie, lecz – uprzedzają mnie – to potrwa dwa tygodnie. Na co ja wyjaśniłem, że za dwa tygodnie już mnie nie będzie, co ich zasmuciło. Pewnie dzięki temu jednak mi przysłali instalatora do naprawy radia. Instalator miał półmetrowy klucz francuski i gumę do przepychania zlewów i wyraził wątpliwość, czy uda mu się naprawić radio, zwłaszcza, że o radioaparatach nie ma pojęcia.”

Co ciekawe, przeglądając starą prasę można odnieść wrażenie, że i język poddawany był procesowi bylejakości i absurdu. W fabrykach pojawiały się hasła:

„Pijaństwo, brakoróbstwo i żarty na zakładzie pracy to wrogowie twojej rodziny”

W Poznaniu, w restauracji „Piast” wisiało takie:

„Każdy członek spółdzielni członkiem komitetu członkowskiego”

Dziennikarze też jakoś nie radzili sobie z polszczyzną:

„zwiększyła się liczba macior, które są dobrym kierunkiem nadziei na przyszłość”

„zausterkowane zabezpieczenia mienia w zakładach zostały uzupełnione”

„pozwana nigdzie nie pracowała, jest narodowości cygańskiej i żyje z cyganatu”

W połowie lat 80. w telewizji pokazywano reklamy komputera. Były to czasy, kiedy najprostsze artykuły spożywcze kupowano na kartki. Tak ten fenomen komentował tygodnik „Polityka”:

„Od czasu do czasu na ekranach naszych telewizorów pojawiają się urocze panienki zachwalające – głównie urokiem swojego ciała – mikrokomputery, koniecznie stuprocentowo kompatybilne z IBM. Cudzoziemcy, którym zdarzyło się przypadkowo zobaczyć taką reklamę w polskiej telewizji, nie posiadają się ze zdumienia. Oto w kraju, w którym ciągle jeszcze dominuje kalka i ołówek kopiowy (a w najlepszym przypadku ręczna i zdezelowana maszyna do pisania) – w takim właśnie kraju mikrokomputery wypełniają znaczącą część czasu reklamowego w telewizji”.

A to wszystko w okresie „kartkowym”, w czasach, gdy w sklepie brakowało wina, klienci mogli liczyć w zamian na przysługujące im dwie butelki denaturatu.

Tygodnik „Kulisy” donosił:

„Do rzeszowskiej piekarni wpadł obywatel, pokazując chleb z paczką Giewontów zapieczoną wewnątrz. Kiedy kierownik zbladł z przerażenia i szykował się do składania usprawiedliwień, klient zawołał: Panie, gdzieście kupili te Giewonty?”

Artykuł dedykuję dwóm paniom z kolejki tęskniącym za powrotem do Polski Ludowej.

Wystarczyłby jeden dzień. Godzina?

 

(fotografie z Muzeum PRL w Rudzie Śląskiej)



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

DZIEWIĘCIU NIEZŁOMNYCH Z KOPALNI „WUJEK”
14.12.2018
MŁODY DENTYSTO, JEDŹ NA TARG STAROCI!
07.08.2018
JAK ZACHOWAĆ MŁODOŚĆ? GARŚĆ PORAD Z 1951 ROKU
01.06.2018
UMARŁ STALIN. NIECH STALINOGRÓD WIECZNIE ŻYJE!
03.03.2018
„MARZENIA Z BETONU”. DOBRY TYTUŁ, ZAWARTOŚĆ JESZCZE LEPSZA
19.11.2017
PRL W OPARACH NOSTALGII
30.09.2017
KSIĄŻKA SKARG I WNIOSKÓW. LITERATURA FAKTU I ABSURDU
12.11.2016
„CZASYPISMO”. CO MA WSPÓLNEGO HICZKOK Z OPERACJĄ NA PROSTOTĘ
14.10.2016
KAŁUŻYŃSKI „NIEBIESKIE PTAKI PRL-u” (RECENZJA)
18.05.2016