WPRAWDZIE „POWIDOKI” WAJDY, ALE IDŹ DLA LINDY


Przyznaję, poszedłem do kina zobaczyć film „Powidoki” z nastawieniem negatywnym. Przeczyta człowiek kilka recenzji i zasugerowany bezmyślnie szufladkuje. Że Wajda całkiem bez formy w swoim ostatnim dziele, że scenariusz marny, dialogi „papierowe”. I w ogóle, wstyd, bo to nasz kandydat do Oscara. Usiadłem więc w fotelu w elitarnym gronie trójki pozostałych widzów (wszyscy bez popcornu!) i potwierdziłem niektóre z zarzutów. Wszystkie jednak blakną, ponieważ ten film ma jeden, rekompensujący wszystkie niedostatki, atut. Jest nim gra Bogusława Lindy wcielającego się w postać Władysława Strzemińskiego.

Pierwsze sceny pokazują plener malarski u stóp średniowiecznego zamku w jurajskim Mirowie. Spędza tu czas profesor Strzemiński z grupą swoich studentów. Mamy ponury, stalinowski rok 1950, a widzimy szczęśliwą młodzież otaczającą charyzmatycznego mentora – malarza, teoretyka sztuki,  pioniera awangardy lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Twórcę teorii widzenia, w której najważniejszym elementem są tytułowe powidoki, czyli wykorzystanie zdolności zatrzymania przez siatkówkę oka widzianego obrazu dłużej niż samego momentu oglądania rzeczy.

Wakacyjna sielanka trwa krótko. Artysta nie poddaje się rygorom obowiązującego w sztuce socrealizmu, co w tamtych czasach niosło dramatyczne konsekwencje. Na domiar złego, będąc oficerem saperów podczas I wojny światowej utracił rękę i nogę (również oko, co w filmie pominięto). Rzecz jasna, te ułomności mogły tylko potęgować ciężar egzystencji.

Stanu rzeczy, w którym ktoś otwarcie sabotuje w jakiejkolwiek dziedzinie wyznaczoną linię władza nie tolerowała. Twórca musiał się opowiedzieć za bezkrytyczną akceptacją narzuconego programu albo znikał z życia publicznego i, w dosłownym sensie, pozostawał bez środków do życia (przejmująca scena z wylizywaniem talerza). Na nic zdają się wysiłki Juliana Przybosia (Krzysztof Pieczyński) czy dyrektora muzeum (Mariusz Bonaszewski). Partia wydała wyrok. Strzemiński zostaje zwolniony z Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi, którą, nota bene zakładał. A wyrzucenie ze Związku Polskich Artystów Plastyków pozbawia go jakichkolwiek środków do życia.

Teraz nie chodzi już tylko o niezłomność zasad i wierność misji artysty, ale o sprawy prozaiczne: zapłacenie właścicielce lokalu za czynsz i codzienny talerz zupy, zdobycie kartek żywnościowych, leczenie postępującej gruźlicy. Wszystko razem sprowadza się do jednego – rozpaczliwych prób zachowania godności, wbrew wszystkim sprzysięgającym się przeciwko okolicznościom. Trudne wyzwanie, z którym Linda poradził sobie – mówię bez wahania – rewelacyjnie.

Gdyby nie on, oglądałbym średniej klasy film do zobaczenia późną porą w kanale Historia. Potrafi przekonująco wcielić się i w targanego emocjami introwertycznego artystę, i w ojca nieprzystępnego wobec jedynej córki Niki (Bronisława Zamachowska). Tworzy postać tragiczną, niejednoznaczną – mocno zapadającą w pamięć. Przekonuje nawet w scenach wykładów, kiedy objaśnia – wpatrzonym z uwielbieniem studentom – swoją nowatorską teorię unizmu. Bez dwóch zdań, „Powidoki” uratował Wajdzie jeden aktor. I dla niego warto spędzić w kinie półtorej godziny.

Nie jest to film wybitny. Dlaczego? Treść wykładów zajmujących dość sporo filmowego czasu wymaga od widza pewnego zasobu wiedzy na temat teorii malarstwa. Nie dowiedziałem się niczego o powodach kalectwa, które przecież tę postać w jakimś stopniu „stworzyło”. Zabrakło mi wyjaśnienia ostrego konfliktu i przyczyn rozejścia się z nieobecną, ale często przywoływaną w filmie, wybitną artystką, Katarzyną Kobro.

Muszę też wspomnieć o jeszcze jednym rozczarowaniu. Mianowicie,  gra dziewczynki (zbieżność nazwisk nieprzypadkowa) wcielającej się w rolę Niki jest – nawet stosując taryfę ulgową – wyjątkowo bezbarwna, pozbawiona emocji. Czy to w scenach pogodnych, czy wstrząsających zachowuje się podobnie sztywno i nieprawdziwie. Ostatnia scena filmu skupia te wady jak w soczewce. Szkoda, bo niefortunnie obsadzona ważna rola z pewnością ma wpływ na ostateczną ocenę obrazu.

Trudno w recenzji pominąć znaczenie, jakie w tym dramacie biograficznym pełni Łódź. Obrazy szarych ulic z ciągami odrapanych, pokrytych liszajami budynków, posępne fabryczne zabudowania jakby przeniesione z kadrów „Ziemi obiecanej”, klatki schodowe z niemal wyczuwalnym smrodem stęchlizny  dopełniają atmosfery beznadziei i smutku.

„Powidoki” sprawiają wrażenie filmu nakręconego w pośpiechu, scenariuszowo i w doborze obsady nie do końca przemyślanego. Gdyby nie pełnokrwista i zachwycająca rola Bogusława Lindy zastanawiałbym się, czy go polecić. Nie muszę tych rozterek przeżywać – to wprawdzie przeciętny film w dorobku Wajdy, ale znakomity Lindy. Dlatego zobaczę ten obraz kiedyś ponownie.

A tak przy okazji, do kina koniecznie powinni wybrać się również wszyscy, którzy rozpowiadają, jaki to mieliśmy socjalizm z ludzką twarzą.