POZYTYWNA ENERGIA I MAGICZNE ŚWIĘTA CZYLI ROZBIJAM FRAZESY


Napierają z każdej strony, czają się wszędzie. Tony wyświechtanych zwrotów. Frazesy liczone na pęczki. Ciężko żyje się bez nich; są takie ozdobne, obłaskawione, zrozumiałe, a że wypełnione banałem to już całkiem inna sprawa. Swoją rolę odgrywa też moda. Ni stąd, ni zowąd zaczynamy powtarzać pewne słowa, które po pewnym czasie tracą swoje sedno i nadużywane doprowadzają do ubożenia języka. Jeszcze niedawno każde potwierdzenie, zgoda na coś, kwitowane było kalką z angielskiego. Jednym jedynym – „dokładnie”. Zamiast wieloma innymi synonimami. Do tego stopnia, że czasami było to już „epicko” śmieszne.

W założeniu ma być niebanalnie i atrakcyjnie. Więcej przymiotników, „złotych myśli”, tworzy wrażenie bogatego słownictwa, niemal erudycji. Wrażenie stające się pułapką – łatwo wpaść w przesadę i przekroczyć bezlitosną językową granicę śmieszności.

Romantyczna kolacja we dwoje, potem kubek aromatycznej kawy (herbaty), a za oknem wirujące płatki białego puchu, który w Zakopanem, zimowej stolicy Polski, wygląda zawsze inaczej niż poza stolicą. Cudze chwalicie, swego nie znacie, chciałoby się powiedzieć. I choć ogólnie życie nie jest usłane różami, zewsząd płynie w tatrzańskie doliny moc pozytywnej energii. Nic dziwnego, zbliżają się magiczne święta, które w sposób szczególny nas ubogacą. Wiadomo przecież, że nie szata zdobi człowieka, tylko liczy się wnętrze. Niech więc nikt w tę jedyną noc, kiedy zwierzęta mówią ludzkimi głosami, nie będzie samotną wyspą na oceanie. Bo przecież naszą siłą są ludzie i zrównoważony rozwój.

Nie obrażę się, jeśli ten tekst przeczytasz ponownie. Dzięki temu stanę się być może kultowym autorem.

I tak sobie coraz częściej mówimy monotonnie językowo, operując szablonem, bezmyślnie powtarzając frazesy i czcze słowa. Zapominamy (sam biję się w piersi), że w mówieniu potrzebne jest najpierw krytyczne myślenie. Skutki jego braku celnie wytknął poeta i satyryk Artur Maria Swinarski w wierszu „Odwiedziny”:

Wczoraj (i skąd nagle taka wizyta?)

gość nieproszony do mnie zawitał (…)

i z wielkim a pompatycznym gestem

przedstawił mi się: „Frazes jestem!”

I jak to u niego bywa w modzie,

zaczął mówić wpierw o pogodzie:

że śnieg pewnie spadnie (jaki?) puszysty…

że mróz będzie w nocy (jaki?) srebrzysty…

że jesień w tym roku była – trajkotał –

(jaka?) polska, a więc (jaka?) złota…

Mówił śląc mi spojrzenia (jakie?)

powłóczyste,

że wraca z akademii (jakiej?) uroczystej,

że były owacje (jakie?) spontaniczne (…)

Potem pan Frazes rozpalił się do cna:

że niewdzięczność (jaka?) czarna…

że działalność (jaka?) owocna…

że rada (jaka?) cenna…

że przepaść (jaka?) bezdenna (…)

Pasja mnie (jaka?) szewska chwyta

I wyrzucam gościa na łeb (na jaki?) na zbity.

Pochodną frazesu i pustosłowia staje się od pewnego czasu pompatyczne nazewnictwo i przywoływanie anglicyzmów. Szczególnie upodobała je sobie moda i pielęgnacja ciała. Czołowe miejsce w moim rankingu zajmuje stylistka paznokci. Czyli ktoś, kto poprzez ich ozdabianie dba o image klientki (klienta?). Dobrze, jeśli taka osoba pracuje w Centrum Paznokcia, a najlepiej w House of Nails. Brzmi bardziej prestiżowo. Na marginesie, gdzie są „dawni” fryzjerzy. Teraz trzeba się strzyc u stylisty fryzur w Hair Center.

W zasadzie wcześniej powinniśmy skorzystać z usług konsultanta. Ideałem byłoby skontaktować go z naszą stylistką dla wypracowania wspólnego stanowiska. Zmieniam telefon, jestem w banku, kupuję wycieczkę albo lodówkę – wszędzie, na każdym kroku, rozwiewający wątpliwości i życiowe dylematy, konsultanci. Ostatnich sprzedawców widuję już tylko na miejskim targowisku. Zresztą, trywializacja nazewnictwa zawodów postępuje. W celach marketingowych „podrasowuje się” ich nazwy, by zwiększyć atrakcyjność. W miejsce sekretarek pojawiły się menedżerki biura zarządu. Ze świecą szukać sprzątaczek. Ich pracę wykonują specjalistki ds. utrzymania czystości. Szwaczka brzmi szaro i nudno. Konfekcjonerka odzieży robi to samo, ale jak brzmi!

Nie potrzebuje ich wszystkich (no, może poza ostatnią) fashionistka. Ledwo wstanie, czyta amerykańską wersję „Vogue’a”, potem wchodzi na style.com, a resztę dnia spędza na marzeniach o pierwszej parze butów od prawdziwego „labutena”. Fashionistka pytana jest najczęściej w telewizjach śniadaniowych o fashion. Czyli o wszystko, co w życiu najważniejsze. I zawsze wie. Każdorazowo stworzy o dziewiątej rano wartościowy content.

A najwięcej wie ambasador marki. Nic nie poradzę, że to określenie mnie śmieszy. Funkcję obejmuje powszechnie rozpoznawalny celebryta bez większych skandali na koncie. Nie przeszkadza mu, że nie ma własnej ambasady. To niepotrzebne, kiedy jest się ambasadorem od przeciwłupieżowych szamponów. O skandal dyplomatyczny nie trzeba się martwić i nawet szamponu używać. Ja też chcę być ambasadorem! Albo przynajmniej coachem. Zwłaszcza tu widzę dla siebie perspektywy, bo na stronie poświęconej tej profesji wyczytałem: „każdy potrzebuje coacha, taka jest prawda”.

Na razie życzę „miłego dnia”, albo – jak usłyszałem w czasie popołudniowych zakupów – „miłego reszty dnia”. Na co kupujący odparł: „Wzajemnie. I miłego jutra”. Od razu zrobiło się przemiło.

Co tam, będę lepszy: miłej reszty roku!