PRANIE MĘCZY? NO TO PRZECZYTAJ


Mam coś dla tych, którzy prać nie lubią, może to dla nich czarna magia albo też chcą się dowiedzieć, jakie były początki internetu. Jedno jest pewne – jeśli ktoś narzeka na niewdzięczną robotę – warto, by poznał, jak wyglądała ta niby prozaiczna czynność. A podejrzeć można w odtworzonej z początków XX wieku pralni na katowickim osiedlu Nikiszowiec. Nie do wiary, funkcjonującej jeszcze całkiem niedawno.

Jak sobie radzono z praniem? Na wielu osiedlach robotniczych, mniej więcej sto lat temu, całkiem nowocześnie, za darmo, choć nie bez wysiłku. Pracodawcy, najczęściej właściciele kopalń, dbali o to, aby robotnicy nie musieli opuszczać osiedla dla nich wybudowanego. Żeby skupili się na pracy i wypoczynku. Wszystko więc można było załatwić na miejscu. W obrębie zabudowań mieszkalnych znajdowała się szkoła, kościół, sklepy, restauracje, przychodnia lekarska. I pralnia, a przy niej łaźnia, z której korzystały kobiety z dziećmi. Mężczyźni brali kąpiel po pracy w łaźni kopalnianej. Pranie i mycie się poza mieszkaniami zapobiegały ich zawilgoceniu i pojawieniu się grzyba na ścianach (w familokach obowiązywał zakaz prania).

Dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku skomplikowany, jak się za chwilę przekonamy, rytuał prania zmieniło niewielkie urządzenie – pralka Frania. Nie dość, że wyparła swoją poprzedniczkę – tarę, to znacznie ułatwiła życie. Czynność stała się mniej męcząca i nie trzeba było się ruszać z domu, zwłaszcza że uchylono wtedy zakaz prania w mieszkaniach.

Nowinka dotyczyła zwłaszcza młodych kobiet. Przy dawnych zwyczajach pozostały starsze – pewne, że w żadnej pralce nie wypierze się tak dobrze jak w pralni. Sporo czasu upłynęło, zanim popadła ona w całkowitą niełaskę; najdłużej, bo aż do lat osiemdziesiątych korzystano jeszcze z magli.

Poza tym pojawił się prawdziwy internet. Jego początki, w wersji „pralniczej”, musiały odejść do lamusa. Rzecz w tym, że sam proces prania był monotonny i czasochłonny, nie brakowało więc czasu na opowieści o urodzinach, ślubach, pogrzebach. Pokazywanie fotografii. Na plotki, narzekanie na czasy, mężów, dzieci i polityków. Wszystko, jak dzisiaj w sieci – z pierwszej, drugiej albo nie wiadomo jakiej ręki.

Bez ustalonego porządku obyć się w pralni nie mogło. Specjalny regulamin pozostawiał mało miejsca na własne pomysły. Jeśli były wątpliwości, wyjaśniał je Zarząd Kopalni. Czasem pretekstem mogła być, np. bójka dwóch kobiet. A wtedy, jak to się stało 12 grudnia 1938 roku, pojawiła się tej treści notatka na temat niedawnego wydarzenia:

W dniu 5 grudnia br. po otwarciu pralni przez maszynistę Zawadę osoby czekające pozajmowały koryta w kolejce, jaką zajmowały przed pralnią. Pomiędzy innymi zajęła też dwa koryta niejaka Koziakowa. Po pewnej chwili przybyła niejaka Hachułowa i oświadczyła, iż w poniedziałek zajmuje ona te koryta, że Koziakowa nieprawnie takowe zajęła. Wobec nieopróżnienia koryta przez Koziakową doszło do sprzeczki, do której przyłączyła się Bańczykowa. W czasie tej sprzeczki doszło pomiędzy wyżej wspomnianymi do bójki. Która rozpoczęła bójkę, nie da się stwierdzić. Zaznacza się, iż Koziakowa słusznie zajęła koryta według kolejki (przybyła prędzej od Hachułowej), wobec czego Hachułowa niesłusznie domagała się opróżnienia koryta przez Koziakową, gdyż obecnie nie istnieje żaden plan, kto, kiedy, które koryta ma zająć.

                                                                                                       Zarząd domów Kopalni Giesche, Dryś

[odręczna uwaga]

Należy zwrócić uwagę obydwu stronom, że w razie powtórzenia bójek i jedna, i druga będą miały wstęp do pralni zabroniony.

Zobaczmy, jak prały nasze prababcie. Cały proces wraz z krochmaleniem trwał nawet cały dzień. Pradziadkowie byli od wkładania czystych koszul.

 

PRALNIA

Z pralni mogło korzystać jednocześnie trzydzieści kobiet. Każda miała własne stanowisko z dwiema wannami, kranem z gorącą i zimną wodą. W jednej prano brudne rzeczy, w drugiej je płukano.

Obok stały elektryczne kotły do gotowania bielizny. Aby osiągnąć śnieżną biel tkaniny gotowało się w roztworze mydła. Następnie należało wyciągnąć bieliznę z kotła za pomocą długiej, drewnianej kopystki lub szczypców i rozpoczynano zasadnicze pranie na tarach, które można było wypożyczyć na miejscu.

Namoczoną i namydloną bieliznę pocierało się o pofałdowaną blachę, usuwając w ten sposób brud.

Następnie płukano wielokrotnie w czystej wodzie. Nadmiar wody odwirowano w centryfudze, czyli w dużej, elektrycznej wirówce, którą uruchamiał zatrudniony w pralni tzw. maszyniorz.

By materiały nie wchłaniały kurzu i mogły być dłużej użytkowane, namaczano je w krochmalu, czyli roztworze wody i skrobi ziemniaczanej.

Wyprane i odwirowane rzeczy zanoszono na piętro, gdzie była suszarnia i stały magle.

Słownik śląskich nazw

waszbret, rumpla – tara do prania

waszhaus – pralnia

bielidło – środek do wybielania bielizny, węglan sodu

sztanga mydła – połączone kawałki szarego mydła, mydło można było kupować „na sztangi”

kastrol – duży kocioł do gotowania bielizny

 

SUSZARNIA

Na całej długości ściany w dużej sali ustawiono fachy, czyli ruchome szafy.

Po wysunięciu każdej z nich, na mieszczących się wewnątrz drążkach, można było rozwiesić mokre pranie i ponownie wsunąć całość do suszarki.

W środku, pod wpływem gorącego powietrza wydobywającego się z umieszczonych niżej grzejników, wilgotne rzeczy szybko wysychały.

Jak podają źródła, część mieszkanek Nikiszowca, tych richtig genau (akuratnych), uważała, że bielizna w ten sposób wysuszona staje się lekko pożółkła. Te panie zabierały pranie do domu i wieszały u siebie na górze, czyli na strychu. A potem wracały z nim do mangli.

Po wysuszeniu następował ostatni etap całego cyklu.

Słownik śląskich nazw

szkrobek, szkróbek – krochmal

szkrobić – krochmalić

waszkorb – kosz na pranie

 

MANGLA

Maglowanie było ostatnim etapem długiego procesu prania. Obok  „poważnie” wyglądających i budzących strach małych dzieci, magli

znajdowały się długie stoły maglownicze z rynienką u dołu.

Najpierw na blacie rozkładano maglownik – długi kawałek szarego płótna i kolejne sztuki prześcieradeł, obrusów, zasłon, ręczników, a nawet chusteczek do nosa. Tworzono rulon nawinięty na drewniane, długie wałki.

Następnie wkładano je pomiędzy dolną i górną – ruchomą – część maszyny. Jej przesuwanie się po wałkach powodowało, że wszelkie zagniecenia znikały.

Pachnące świeżością, wybiglowane (wyprasowane) tkaniny delikatnie owijano w maglownik i układano w koszu. Na koniec, po wizycie w łaźni, czyste gospodynie mogły wracać do domu z czystym praniem i ostatnimi nowinami z osiedla i szerokiego świata. A nawet z upieczonym własnym chlebem. Często w tym samym budynku, co pralnia i łaźnia, administrator zakładał jeszcze piekarnię, gdzie można było przyniesione z domu bochenki albo ciasto na czas prania włożyć do piekarnika.

Słownik śląskich nazw

mangla, walkownia – magiel

maglownik, kulok – wałek, na który nawijało się bieliznę do maglowania, również długi kawałek szarego płótna, w który zawijano maglowaną bieliznę

roltuch – inna nazwa kawałka szarego płótna

Czy mi się tylko zdaje, że od czasu wizyty w dawnej pralni na swoją pralkę spoglądam przyjaźnie?



TO MOŻE CIĘ TAKŻE ZAINTERESOWAĆ

służba w latach międzywojennych
ŚWIĘTA BLISKO. SŁUŻĄCA POTRZEBNA OD ZARAZ
18.12.2018
MŁODY DENTYSTO, JEDŹ NA TARG STAROCI!
07.08.2018
figurka stoi na kostce mydła
WONNOŚĆ ALBO FETOR – OTO JEST PRZEŻYCIE
29.09.2015